Reni Jusis: Miałam ochotę wejść w skórę kogoś innego

Reni Jusis po 7 latach wróciła z nowym materiałem /materiały promocyjne

Na jej powrót fani czekali aż siedem lat. W tajemnicy, w kilkuosobowym gronie współpracowników, Reni Jusis przygotowała płytę, którą uświadomiła nam, jak bardzo się za nią stęskniliśmy. W rozmowie z Interią artystka opowiedziała o pracy nad albumem, chwilach słabości, rodzimym show-biznesie i o niełatwych czasach, w jakich przyszło nam żyć.

Reklama

Album "Bang" to siódma płyta w dyskografii Reni Jusis. Materiał powstał we współpracy z trójmiejskim producentem i DJ-em tworzącym pod pseudonimem Stendek, a gościnnie pojawiają się również M.Bunio.S (Dick4Dick) oraz Kuba Karaś (The Dumplings).  

Justyna Grochal, Interia: - Twoja nowa płyta "Bang!" obfituje w chwytliwe numery. Dlaczego zdecydowałaś, że to akurat "Bejbi siter" będzie pierwszym singlem zapowiadającym twój powrót?

Reni Jusis: - Szczerze, to jest zawsze jakiś przypadek i chyba artysta w ogóle nie powinien wybierać singli. Po drugie zawsze pojawia się pytanie, czy to powinien być utwór najbardziej reprezentatywny, czy raczej taki wstęp, żeby później puścić coś mocniejszego. Jest mnóstwo filozofii wyborów singli (śmiech).

Reklama

- Chyba zadecydowało to, że chciałam tym utworem - który z przymrużeniem oka komentuje temat bycia kobietą, matką - niczym klamrą zamknąć rozdział mojej siedmioletniej nieobecności i przejść do rozdziału stricte muzycznego. Miałam wrażenie, że ta piosenka mogła mi w tym pomóc. 

Teledysk towarzyszący utworowi elektryzuje kolorami, podobnie jak płyta, która jest wielobarwna, pełna najróżniejszych odcieni. Takie były od początku twoje założenia względem tego albumu?

- Ta siedmioletnia przerwa spowodowała, że nagrywaliśmy tę płytę naprawdę bez jakichkolwiek założeń, presji, oczekiwań - czy to ze strony publiczności, czy wytwórni. Mam wrażenie, że publiczność już dała za wygraną i pomyślała, że się gdzieś zupełnie zahibernowałam. Ta wolność i brak ograniczeń spowodowały, że po prostu eksperymentowaliśmy. Pracę nad płytą poprzedziły moje notatki. Pisałam sporo esejów dotyczących tematów, na które chcę się wypowiedzieć. Później zaczęliśmy myśleć, jakie to powinny być tempa, stylistyka, żeby podkreślić emocje, które chciałam, by towarzyszyły tym utworom. I dlatego ona jest taka zróżnicowana. Powiedziałaś, że ona jest kolorowa, ona jest też bardzo eklektyczna muzycznie. Zawsze powtarzam, że jeden styl muzyczny nigdy nie był dla mnie celem samym w sobie, tylko narzędziem do uwypuklenia tekstu. Jeśli jakaś tematyka pchnęłaby mnie w obszary jeszcze przeze mnie niespenetrowane muzycznie, to prawdopodobnie też byłabym tym zainteresowana, bo dla mnie bardzo dużo muzyki podpowiada tekst.

Sprawdź tekst utworu "Bejbi siter" w serwisie Teksciory.pl!

Teksty są na tej płycie szalenie istotnym elementem, a jeśli już o nich mowa, to nasuwa się pytanie o twój wokal. Bardzo mocno eksperymentujesz z głosem na swoim nowym albumie.

- To też zrodziło się w trakcie. Na pewno po tylu już płytach, trasach itd. trochę znudziło mi się takie klastyczne śpiewanie. A dzisiejsza muzyka elektroniczna jest tak bogata w zniekształcenia dźwięków, wokali, że żal byłoby nie pobawić się tym i nie czerpać z możliwości technologicznych, które teraz mamy na wyciągnięcie ręki. To jest zwykle kuszące. Oczywiście czerpię też ze starych wzorców - tak jak wokoder, który jest już od kilkudziesięciu lat wykorzystywany. Również bardzo podobają mi się spitchowane wokale, czy to obniżone, czy to podwyższone.

- Miałam też ochotę wejść w skórę kogoś innego, właśnie eksperymentując z tymi wokalami. Być może nawet to miało odzwierciedlenie w okładce. Mój fotograf zapytał mnie, w co się ubiorę, a ja powiedziałam, że najchętniej bym się w ogóle w nic nie ubierała. Miałam sesje zdjęciowe chyba we wszystkich możliwych ubraniach świata i ubieranie mnie na okładkę, czesanie sprawia, że czuję się jak przed robieniem zdjęcia legitymacyjnego, co zawsze jest taką  karą i katorgą (śmiech). Wtedy stwierdziliśmy, że może rzeczywiście przywdziać po prostu...

...nic.

- Nic i jeszcze gdzieś tam się pobawić barwami. Tak więc z tymi wokalami też tak było, że w zależności od przekazu i charakteru utworu, zastanawialiśmy się nad ewentualnym przetworzeniem głosu, bo miałam wrażenie, że to dodaje niepokoju tej płycie. Uważam to za ciekawy eksperyment.

Skoro wspomniałaś o okładce, to pozwól, że o nią zapytam. Sesje, jakie towarzyszą promocji twojej płyty, a także teledysk do "Bejbi Siter", są podobnie do niej pełne kolorów, barw i odcieni. Okładka wręcz przeciwnie. Skąd się wziął pomysł na nią i skąd ta czerń?

- Zanim pojawił się pomysł na singel "Bejbi siter", miałam wrażenie, że kolorami tej płyty jest biel i czerń - że ona jest taka bardzo kontrastowa, zdecydowana - lub czerń i czerń. Wydawało mi się to interesujące, bo dotychczas moje płyty nie miały tak intrygujących okładek i nie były tak niejednoznaczne. Kiedy zaczęliśmy pracę nad okładką, postrzegałam ją ciągle w kontekście kreacji. Nie chciałam na tej okładce być jako "ja w 2016 roku", tylko chciałam na niej wystąpić jako postać trochę nierealna, bo mam wrażenie, że ta płyta też jest taka trochę transowa. Później zaczęliśmy się bawić w opracowywania wideo tego zdjęcia, gdzie na ciele zaczęliśmy wyświetlać drogę mleczną i się zaczęło (śmiech). Myślę, że gdzieś tam chyba jednak oprócz tych barw "czerń i czerń" lub "czerń i biel", chciałam wykreować taką nierealną postać, która trochę tak z dystansem będzie się odnosić do zawartości. To jest zawsze tak wiele różnych czynników, trudno to wszystko objąć jakąś jedną klamrą i wspólnym mianownikiem.

Muszę przyznać, że bardzo podobał mi się sposób zapowiadania przez ciebie nowej płyty. Milczałaś na ten temat. Rozpoczęłaś pracę na albumem, ale wszystko to owiane było tajemnicą. Fanów zelektryzowałaś wiadomością o powrocie dopiero, gdy całość była skończona. To dlatego wydawnictwo dostało tytuł "Bang!"?

- Tak, długo też szukałam tytułu dla tej płyty. Praktycznie jak już była gotowa, miesiąc po zakończeniu miksów usiadłam do tytułów i ciągle nie mogłam znaleźć właśnie tego wspólnego mianownika. To było dla mnie niezwykle trudne i pamiętam, że ten tydzień szukania nazwy był bardzo obciążający psychicznie (śmiech). Wiadomo, że każda płyta musi posiadać tytuł i fajnie jest, jeśli od tego tytułu powstaje wszystko. Natomiast tutaj kolejność była odwrotna i ja już naprawdę się poddałam. Nie miałam zbyt wielu koncepcji i propozycji aż w końcu otworzyłam komputer, spojrzałam na folder, w którym zbierałam te utwory przez ostatnie pół roku i on był zatytułowany "Bang!". Pomyślałam, że to może rzeczywiście jest w takim telegraficznym skrócie opis tego zaskoczenia. Chciałam, żeby płyta była zaskoczeniem dla publiczności. Nie ukrywam, że jest ona też dla mnie zaskoczeniem, bo ten czas bardzo szybko mi minął - to pół roku pracy ze Stendkiem, Buniem i Kubą Karasiem. Od jesieni do Bożego Narodzenia to jest naprawdę chwila. Mam wrażenie, że ta pierwsza część roku się bardziej ciągnie, a... [Reni nagle zaczyna wyliczać na palcach] wrzesień, październik, listopad, grudzień... No de facto cztery miesiące, nie sześć! To było dosyć szybkie, spontaniczne i dlatego też określam to mianem zaskoczenia dla siebie samej.

Powiedziałaś w jednym z wywiadów, że piosenka "Zostaw wiadomość" była pierwszym powstałym utworem i zarazem momentem przełomowym, ale powstawała w bólach. Miałaś moment załamania, w którym stwierdziłaś, że jednak nie dasz rady i się poddajesz, odpuszczasz?

- Tak, ta piosenka powstawała równe 30 dni! (śmiech)

To w sumie aż 25% tego czasu, w którym powstawała cała płyta!

- Tak! (śmiech) Jak na przykład utwór "Koniec końców" powstał w jeden wieczór, od początku do końca, tak utwór "Zostaw wiadomość" powstawał 30 najdłuższych dni w moim życiu. Powstawało mnóstwo wersji, mnóstwo demówek i naprawdę po tym miesiącu, jak zamknęliśmy ten utwór i nagrałam całą tę demówkę i ją zaakceptowałam, to musiałam przez kilka dni w ogóle odpocząć od pracy i zrozumiałam, że dużo mnie to kosztowało emocjonalnie. To był właśnie taki utwór przełomowy. Po pierwsze strasznie dużo chciałam w nim powiedzieć i wykrzyczeć się, a po drugie trzeba było wejść w rytm pracy. Określić kompetencje, zastanowić się nad stylem tej pracy. Przez ten pierwszy miesiąc badaliśmy się wszyscy w naszym zespole i to się powoli układało. To był proces. I rzeczywiście po tej piosence już się chyba dotarliśmy i inne piosenki nie zajmowały nam aż tyle czasu.

A gdybyś miała powiedzieć, co według ciebie jest najmocniejszą stroną tej płyty, najważniejszym punktem?

- Myślę, że dwie rzeczy. To, że muzycznie jest to nowoczesna płyta, a druga rzecz, że udało nam się na niej zawrzeć przekazy zaangażowane społecznie. Mówię na niej i o moim stosunku do eksploatacji planety, i do antykonsumpcji. Pobawiliśmy się po prostu formą. Tak jak w "Bejbi siter" nie mówimy wprost, tylko staramy się bawić tą formą albo podchodzić do tego z przymrużeniem oka.

Po wydaniu poprzedniej płyty "Iluzjon" wymarzyłaś sobie i zrealizowałaś trasę w kinach. Jak chcesz, by wyglądała trasa promująca "Bang!"?

- Teraz nastawiamy się na kluby i letnie festiwale. Ogromną frajdę sprawia mi kontakt z publicznością i naprawdę cieszy mnie to, jak jestem bardzo blisko ludzi z moją muzyką. Teraz to nie będzie trasa, tylko będziemy grać takie pojedyncze koncerty. Z taką trasą stricte przygotowaną zaczekamy do jesieni, bo w międzyczasie chcemy wydać jeszcze jednego singla.

Jesteś ciekawa tego, jak zmieniła się twoja publiczność? W końcu to aż siedem lat, a ty nagrałaś płytę bardzo nowoczesną i taką, która ma szansę pogodzić  zarówno twoich wiernych fanów sprzed lat, jak i przynieść grono nowych odbiorców, młodszych.

- Zobaczymy. Ja mam wrażenie, a na razie zagraliśmy trzy koncerty, że to jest moja stara publiczność, bo mnóstwo ludzi przychodzi z wieloma moimi starymi płytami i pyta o winyle starych wydań.  Myślę, że tymi najbliższymi letnimi koncertami będę starała się przekonać do siebie nową publiczność. Ale to też jest zawsze trudno artyście ocenić, co będzie i jak to się wszystko ułoży, bo ja tak naprawdę "przed chwilą" skończyłam tę płytę, trzy miesiące temu.

Tyle się dzieje, że właściwie pewnie nie miałaś czasu, by się nad tym zastanowić...

- Tak, to się wszystko robi tak z biegu i intuicyjnie i chyba to dobrze. Jakbyśmy się nad tym głębiej zastanawiali, to byśmy zaczęli kalkulować. To są zawsze jakieś ograniczenia, niczym kajdany, więc zobaczymy. Ale też jestem bardzo tego ciekawa.

Siedem lat to długi okres. Czy zauważasz jakąś spektakularną różnicę jeśli chodzi o rynek muzyczny i wszelkie show-biznesowe aspekty?

- Ja właśnie lubię to nazywać rynkiem muzycznym, bardziej niż show-biznesem. Wydaje mi się, że rynek muzyczny zmierza w bardzo fajną stronę. Zmieniła się przez te siedem lat na pewno komunikacja, zmieniły się też te nowoczesne technologie, które dały nam więcej wolności - możemy  całe to swoje studio zmieścić w walizce czy w laptopie, przemieszczać się i nagrywać wszędzie. To jest na pewno ogromne ułatwienie i jakiś przywilej tych nowych czasów. Po drugie rynek koncertowy zmienił się w taką bardziej europejską stronę, bo jeszcze dwie dekady temu wyglądał fatalnie. Były same koncerty darmowe, które psuły publiczność. Potrzeba było czasu, żeby odbudować rynek koncertowy i żeby ludzie chcieli płacić za bilety. No i to się udało przez te dwie dekady. To jest ogromny sukces i uważam, że w dobrą stronę to zmierza.

Powiedziałaś o rozwoju technologii, co w kontekście muzyki z jednej strony wydaje się być dużą szansą dla początkujących artystów, ale z drugiej grozi zalewem bylejakości. Muzyki powstaje coraz więcej, ale coraz częściej jest ona wynikiem zwykłego podążania za modą, a nie autentycznego przekazu, nie sądzisz?

- Myślę, że to o czym mówisz było zawsze. Mogłabym to powiedzieć dawno temu i dotyczyłoby to naszego rodzimego rynku. Myślę, że teraz problem polega na tym, że jest bardzo dużo propozycji, mamy ogromny dostęp do muzyki, w dodatku z całego świata i trudniej jest wyłowić te perły, bo trzeba się więcej natrudzić. Kiedyś taką selekcję robili za nas dziennikarze muzyczni w radiach, a teraz oczywiście możemy zdać się na ich rekomendacje, ale też korci nas, żeby samemu przesiewać to ogromne sito i dużo czasu temu poświęcamy.

Bez pomocy to nie jest wcale takie łatwe...

- Ja myślę, że żyjemy w czasach, w których jesteśmy zalewani śmieciami. Jeśli chodzi o komunikaty miejskie, czyli reklamy, billboardy, hałas, ilość dźwięków, które nas otaczają, ilość informacji, dezinformacji - możemy w tym samym czasie przeczytać dwie informacje sprzeczne na ten sam temat - i ciągle musimy w tym śmietniku robić tę selekcję. Myślę, że to jest teraz dla nas najwyższe wyzwanie i zadanie - odsiewać plew od ziarna. My za to bierzemy odpowiedzialność. To samo dotyczy wychowywania dzieci. Musisz obrać swoją drogę, wziąć za to odpowiedzialność i konsekwentnie się tego trzymać. To jest ambitne zadanie pod każdym względem, czy to dotyczy muzyki czy innej dziedziny życia.

Może zatem dobrym pomysłem byłoby wprowadzenie w szkołach edukacji medialnej.

- Tak, to bardzo ciekawy wniosek. Ale z drugiej strony coraz mniej korzystamy z tych mediów, które nam coś nakazują. Dzięki temu, że mamy dostęp sieci, a nie musimy słuchać radia czy oglądać telewizji, to jakby my dzisiaj jesteśmy autorami tej pierwszej selekcji, co uważam daje nam wolność.

Dowiedz się więcej na temat: Reni Jusis | wywiady

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje