Ofelia (Iga Krefft): Zrozumiałam, że nie mogę kopiować tego, co już było

- Wymyśliłam sobie Ofelię i tak przedstawiałam się ludziom, bo trochę wstydziłam się siebie i tego, kim jestem – mówi nam Iga Krefft, która pracuje obecnie nad swoją debiutancką płytą. W rozmowie zdradza też m.in., co jej dała ucieczka w alter ego, czy żałuje roli Uli w serialu "M jak Miłość" oraz dlaczego tak bardzo ukochała sobie lata 70.

- Mam z muzyką tak, że najbardziej kręci mnie to, co jest nowe, co jest odkrywcze - mówi nam Ofelia

Justyna Grochal, Interia: Przedstawiłaś mi się dzisiaj jako Ofelia. Podczas wywiadów jesteś Ofelią czy Igą?

Reklama

Ofelia: - Kiedyś, za czasów nastoletnich, po prostu wymyśliłam sobie Ofelię i tak przedstawiałam się ludziom, bo trochę się wstydziłam siebie i tego, kim jestem. Nie chciałam, by ludzie wiedzieli, z kim mają do czynienia. To było takie tajemnicze... (śmiech). Ale teraz to już się tak przyjęło, że część ludzi zna mnie tylko jako Ofelię. Wczoraj nawet śmiałam się, że reaguję na oba. Teraz w zasadzie nie ma różnicy, jak ktoś się do mnie zwraca.

Czyli to sięgnięcie po pseudonim było dla ciebie ucieczką?

- Tak. Bo wstydziłam się niektórych rzeczy, które ludzie mogli kojarzyć ze mną. W momencie kiedy mnie poznawali i nawet jakoś kojarzyli, to byli zdezorientowani i mówili: "Aha, to jednak nie ta osoba" (śmiech). Natomiast to już jest za mną. Już nie jest tak, że się czegokolwiek wstydzę.

Często w tematach związanych z muzyką przedstawiam się jako Ofelia, bo chcę, żeby ludzie mnie kojarzyli z tym pseudonimem. Tak czy siak gdzieś jednak mocno funkcjonuję jako Iga. Więc dlatego często podkreślam, że jestem Igą i Ofelią. Żeby to się wdrażało.

Transformacja w Ofelię pomogła?

- Jak byłam nastolatką, to miałam takie fazy, że byłam zła na świat i w ogóle mi się nic nie podobało. I gdzieś ta Ofelia, takie moje alter ego, które się pojawiło, jest bardziej świetliste. Nauczyło mnie bardziej kochać świat i przestać patrzeć na innych z jakąś złością. Myślę, że to jest super.

A co cię w tym świecie najbardziej złościło?

- Że nie ma dobrej sztuki. Że sztuka umarła. Wydawało mi się, że nie ma dobrej muzyki, że świat jest brzydki. To taki nastoletni bunt. Ale nie przeciwko rodzicom. Przeciwko światu. Przeszkadzało mi, że świat jest taki zły, brutalny. Teraz myślę, że tak chyba miało być, że nagle pojawiła się Ofelia, która pokazała mi: "Hej, zobacz, jakie niebo jest ładne".

OK, pojawiła się nagle, ale skądś się wzięła...

- To przyszło po części dlatego, że przeczytałam "Hamleta" i uznałam, że on był trochę takim mną. Tą Igą, która była zła na cały świat. Wszystkich wokół winiła, a nie wiedziała, że ona sama może coś zmienić. I jako że nie mogłam być Hamletem, bo wtedy nadal byłabym Igą, to pojawiła się ta Ofelia. Chociaż jest postacią tragiczną, jeśli chodzi o tragedię Szekspira.

Nie chodzi o to, że jestem jakaś pseudointelektualna. Absolutnie nie. Zakochałam się w tej sztuce też dlatego, że aktor, który grał Hamleta, bardzo mi się spodobał! (śmiech) Naprawdę! Po czym zaczęłam czytać "Hamleta", przeczytałam go mnóstwo razy i bardzo dużo siebie tam znajdowałam.

Podkreślasz w wywiadach swoje fascynacje latami 60. i 70. Dlaczego te konkretne dekady? Co cię w nich tak kręci?

- Rewolucja, która była wtedy. Ja w ogóle mam z muzyką tak, że mnie najbardziej kręci to, co jest nowe. Co jest odkrywcze. I wydaje mi się, że zanim umiałam to nazwać, zakochałam się w muzyce z lat 60. i 70. Bardziej 70. Już dojrzałam do tego - bo jeszcze kilka lat temu nie wiedziałam - by stwierdzić, że chciałam kopiować. Chciałam być jak Robert Plant. No może nie do końca jak on, ale chciałam śpiewać jak Robert Plant. Chciałam śpiewać jak Janis Joplin. Potem chciałam być jak Fleetwood Mac, co było zresztą otwarciem na muzykę bardziej popową. No więc zrozumiałam, że nie mogę kopiować tego, co już było, tylko muszę zastosować ten sam rodzaj otwarcia i chęci rewolucji, które oni zastosowali, i zmieniać rzeczywistość, w której jestem. Nie próbować wracać do czegoś, co już kiedyś było.

Przefiltrować to przez siebie.

- Dokładnie. Chcę to przefiltrować przez siebie i wypuścić coś zupełnie swojego. Dlatego też sięgnęłam po muzykę współczesną i zaczęłam słuchać trochę więcej muzyki elektronicznej. Dość ciekawa wypadkowa wychodzi z tych różnych inspiracji, które wpływają mi do głowy. Wczoraj słuchałam swojego utworu, który jest już zmiksowany i to takie miłe uczucie słuchać tego. Bo ja jestem trochę jak dziecko w tym - jakbym dostawała prezent, który stworzyłam. A już w dzieciństwie miałam tak, że jak szłam do teatru czy na jakiś koncert, to najbardziej mnie wkurzało to, że nie mogę robić tego z nimi. Nudziłam się na tej widowni, bo wiedziałam, że też chcę to robić. Więc jak słucham rzeczy, które stworzyłam, to to jest wielka frajda, że to jest moje. Może to jest nieskromne, ale ja zawsze marzyłam o tym, że gdy będę słyszeć swoją piosenkę, to ona mi się będzie szczerze podobać. No więc jak dostaję poszczególne piosenki już zmiksowane, to po prostu chętnie ich słucham. To jest super.

Nie masz żadnych "ale"? Nie jesteś typem, który wiecznie chce coś poprawiać?

- Ależ oczywiście, że chcę! I poprawiamy! (śmiech) Ale ten proces, kiedy mieliśmy próby czy siedzieliśmy w studiu, był dosyć intensywny, w związku z czym dużo rzeczy, które chciałam zmienić, zostały zmienione. Natomiast mam też takie doświadczenia z lat wcześniejszych, gdzie podczas pracy z innymi ludźmi, faktycznie pisałam piosenkę, nagrywaliśmy ją i tych późniejszych poprawek było w nieskończoność. W pewnym momencie orientowałam się, że to już nie jest ta piosenka. Teraz, mój producent, Jurek Zagórski, pilnie strzeże tego, żeby to było jak najbardziej podobne do moich pomysłów. I to jest super, bo dzięki temu ten materiał zachowuje taką świeżość, a nie jest przekombinowany.

A na jakim etapie są prace nad twoją płytą?

- Na etapie miksowania piosenek i słuchania ich.

Czyli to już prawie meta. Proces twórczy został zakończony.

- Do dwóch czy trzech piosenek muszę nagrać wokale i jakieś chóry, a tak to wszystkie instrumenty są już nagrane i Jurek to miksuje.

Nowe piosenki stylistycznie będą kontynuacją EP-ki czy zmierzasz w zupełnie inne rejony?

- Trochę idę w inne rejony. Jest to bardziej odważne niż EP-ka.

Odważne w jakim sensie?

- Odważne właśnie w tym stwarzaniu czegoś nowego. Czegoś, czego jeszcze nie było. Bardzo mi zależało na tym, żeby mieć swoje, unikalne brzmienie. Ale nie szukałam tego na siłę. To samo przyszło. Jakaś taka charakterystyczność tej muzyki. Wiadomo, że mam dosyć specyficzny głos, więc siłą rzeczy będzie to charakterystyczne, ale w warstwie muzycznej też mi na tym zależało.

I pojawi się trochę elektroniki. Ale na tym etapie nagrań nie ma żadnego komputera, żaden dźwięk nie jest przepuszczony przez komputer. Są tylko instrumenty analogowe, co mnie mega kręci. Ale zobaczymy, czy tak zostanie. Dla mnie to nie ma większego znaczenia, bo jeżeli coś będzie fajnie brzmiało, to tak czy siak się obroni.

Czy wyznaczona jest już data premiery?

- Jeszcze nie. Na razie dyskusje na ten temat trwają, ale płyta wyjdzie na pewno w tym roku.

Wynotowałam sobie twoją wypowiedź z jednego wywiadu. "Czekam na taki moment, kiedy będę znana bardziej z muzyki niż z serialu. Na pewno nie chcę wykorzystywać tego 'fejmu' w muzyce, bo to dwa różne tematy". Czy to trochę nie jest tak, że serial i to, co on niesie ze sobą - również pewną łatkę - będzie ci w tej karierze muzycznej przeszkadzał?

- Boję się tego, oczywiście. Bardzo wiele razy spotkałam się z nieprzyjemnymi sytuacjami z tego tytułu. Do tego stopnia, że czasem nie dostaję roli w filmach właśnie przez to. To jest niesamowicie przykre, kiedy ktoś ci mówi: "Przez to, że grasz w serialu, obniżasz rangę filmu i nie możesz dostać tej głównej roli. Jesteś zajebista i chcielibyśmy, ale producent filmu się nie zgodził". To jest cios. Chce mi się płakać, gdy o tym mówię, bo dla mnie to jest nie do pomyślenia, że nie liczy się talent, tylko...

...szufladka.

- Dokładnie. A tak naprawdę jestem w miejscu, w którym jestem, dzięki temu serialowi. Bo gdyby nie serial, to nie mogłabym mieszkać w Warszawie i uczyć się tu w szkole. Nie mogłabym sobie kupić gitar, na których nauczyłam się grać i pisać piosenki.

Patrzysz na to jak na rodzaj hipokryzji? Mamy przecież mnóstwo utalentowanych i docenianych aktorów, którzy oprócz tego, że grają w teatrze i w filmach, grają także w serialach. I nie wszystkie z nich są "wysokich lotów".

- Oczywiście! I to mnie dziwi. Bo gram w serialu z najlepszymi aktorami w tym kraju. Z Dominiką Kluźniak, która jest moim autorytetem aktorskim od wielu lat. Kiedyś nawet ich zapytałam, jaka jest różnica. Ci ludzie grają też w innych miejscach. Dlaczego jest taki problem ze mną? Czy ja nie jestem na tyle dobra? I ci ludzie mówią, że to dlatego, że ja od tego zaczęłam.

Ciężko jest mi to powiedzieć, ale nie żałuję tego, że gram w tym serialu. Bo naprawdę dało mi to dużo możliwości, zwłaszcza finansowych. Ja się sama utrzymuję od 15. roku życia. Jestem niezależna finansowo. Rzadko się to zdarza, jeśli chodzi o młodych ludzi. Choć może dar oszczędzania pieniędzy mnie nie spotkał... (śmiech) Myślę, że jak ludzie usłyszą tę płytę, to fakt, że gram w serialu już nie będzie argumentem dla nikogo. Tak naprawdę muzyka była od zawsze. Od muzyki się zaczęło. Jak miałam pięć lat, to dostałam się do "Od przedszkola do Opola". To było zanim miałam cokolwiek wspólnego z aktorstwem. Zanim zaczęłam grać w serialu, grałam w teatrze muzycznym, gdzie głównie śpiewałam. Wydaje mi się, że gdy ta płyta się pojawi i ludzie ją usłyszą, to to przestanie być argument...

Dowiedz się więcej na temat: Ofelia | Iga Krefft

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje