"Motocykliści i transwestyci"

Co nam dał punk, czy w zespole rockowym możliwa jest demokracja, jakie były korzenie festiwalu Lolapalooza i dlaczego Trent Reznor nie będzie producentem nowej płyty Jane's Addiction - dowiecie się z wywiadu z Perrym Farrellem, wokalistą kultowej amerykańskiej formacji, która wystąpiła w Poznaniu, w ramach Malta Festival. Rozmawiał Jarek Szubrycht.

Jak życie na trasie? Nie kłócicie się?

Reklama

Jane's Addiction to teraz czterech mężczyzn, którzy potrafią się dogadać. Nie jest źle. Mieliśmy krótką przerwę, trwającą tydzień z okładem, więc fajnie było dzisiaj znów wszystkich zobaczyć.

Pytam o nastroje, bo Jane's Addiction wydaje się zespołem, którego członkowie nie potrafią z sobą wytrzymać, ale i żyć bez siebie nie mogą.

(śmiech) Dobrze powiedziane. Tak rzeczywiście było, aż do teraz. Wszyscy dojrzewamy i z wiekiem stajemy się coraz mądrzejsi. Taką przynajmniej mam nadzieję... Nie jesteśmy już tak głupi jak kiedyś, patrzymy na świat z perspektywy ludzi dorosłych.

Czy to znaczy, że dawne spory przestały mieć znaczenie?

Większość problemów mamy już za sobą. Dzisiaj liczy się dla mnie przede wszystkim to, że możemy wyjść na scenę i zagrać dobry koncert. Kiedy trzymamy się razem, jesteśmy prawdziwą potęgą. Staram się więc skupić przede wszystkim na tym i nie rozpamiętywać tego, co było.

Mam nadzieję, że niedługo nagramy nową płytę i będziemy grać regularne koncerty na całym świecie. Chciałbym co roku poświęcać Jane's Addiction kilka miesięcy, dawać czadu na scenie, a pozostały czas przeznaczyć na muzykę taneczną. Jak pewnie wiesz, jestem jej wielkim entuzjastą. Do tego dochodzi jeszcze organizacja Lolapaloozy - dzieląc swój rok na te trzy rzeczy czuję się całkowicie spełniony.

Jedni cieszą się z powrotu Jane's Addiction, inni wyglądają reaktywacji Porno For Pyros, a jeszcze innym marzy się drugi album Satellite Party. Wszystkim nie możesz dogodzić.

(śmiech) To prawda. Niestety, sporo czasu minęło, zanim to zrozumiałem. Rozmawialiśmy o tym niedawno z Etty, moją żoną i doszliśmy do wniosku, że tworząc muzykę zyskujesz nie tylko fanów, ale i wrogów.

Wielbiciele Jane's Addiction mówią mi bowiem, że nie podoba im się muzyka taneczna i nie chcą, żebym się nią zajmował. Z kolei fani Porno For Pyros domagają się, żebym zrezygnował z Jane's Addiction i Satellite Party... Jak mam spełnić te wszystkie oczekiwania? To niemożliwe. Muszę więc podążać za głosem serca, ono zawsze prowadzi mnie w dobrym kierunku.

Gdybym nie mógł grać ludziom do tańca, nie miałbym też pewnie ochoty na Jane's Addiction. Żaden z tych projektów nie pozwala mi się spełnić w stu procentach, ale pięknie się uzupełniają. Malkontenci mogą sobie narzekać do woli, ale ja tak naprawdę nie mam wyboru. Robię to, co czuję.

Dlaczego niektórym tak trudno zaakceptować twoje artystyczne wybory?

Zauważyłem, że ludzie, którzy spode łba patrzą na to, jak się zmieniamy, mają problemy z zaprowadzeniem zmian we własnym życiu... Ci, którzy są tak bardzo nieprzejednani w sprawie Jane's Addiction, bronią jakiegoś ważnego etapu własnego życia. Ich problemy nie powinny jednak spędzać mi snu z powiek. Jeśli ktoś chce żyć przeszłością, proszę bardzo, ale mnie w to nie mieszajcie.

Dowiedz się więcej na temat: demokracja | śmiech | motocykliści

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje