Michał Bajor: Jestem dzieckiem szczęścia

Podczas Polsat SuperHit Festiwal specjalny występ da Michał Bajor.

Michał Bajor świętuje 45 lat na scenie

Tegoroczny Polsat SuperHit Festiwal odbywa się w dniach 25-27 maja w Operze Leśnej w Sopocie.

Reklama

Specjalnymi atrakcjami imprezy będą występy Maryli Rodowicz, Sylwii Grzeszczak, Sławomira oraz Michała Bajora.

Ten ostatni w sobotę 26 maja z okazji 45-lecia obecności na scenie przypomni swoje największe przeboje. Nie zabraknie takich utworów, jak m.in. "Nie chcę więcej", "Ogrzej mnie", "My Way" z repertuary Franka Sinatry, "Moja miłość największa" czy piosenek Edith Piaf.

Na festiwalach w Zielonej Górze i Sopot '73 zadebiutował jako szesnastolatek a zapowiadał go sam Lucjan Kydryński. Zagrał także w filmie "Wieczór u Abdona" u boku Beaty Tyszkiewicz.

Dla Bajora tworzyli Wojciech Młynarski i Jonasz Kofta, muzykę komponowali Włodzimierz Korcz i Piotr Rubik. zagrał również wiele ról filmowych i teatralnych.

Wiele razy przyznawał pan, że piosenki z pana repertuaru nie są hitami. A jednak bilety na pana koncerty błyskawicznie się sprzedają. Skąd ten fenomen?

Michał Bajor: - Sądzę, że z artystycznej konsekwencji. Nigdy nie ulegałem modom, nie chciałem być celebrytą, nie miałem parcia na szkło i niepotrzebne mi były zdjęcia na ściankach. Pracowałem z najwspanialszymi reżyserami teatralnymi i filmowymi, najlepsi autorzy i kompozytorzy napisali dla mnie kilkaset piosenek, które nagrałem na 20 płytach. Co dwa lata nagrywam kolejny krążek i koncertuję dla mojej fantastycznej publiczności. To oznacza, że nie odcinam kuponów w postaci tego samego repertuaru. Wciąż szukam i spełniam swoje muzyczno-literackie marzenia.

W Polsce nigdy nie brakowało wspaniałych autorów tekstów. Szarą codzienność tak ubierali w słowa, że powstawały piosenki, które pamiętamy do dziś. Mieliśmy Jeremiego Przyborę, Wojciecha Młynarskiego, Agnieszkę Osiecką, Jonasza Koftę. Teraz brakuje takich autorów, czy może my, odbiorcy, mamy już inną wrażliwość?

- Po odejściu Wojciecha Młynarskiego zakończyła się era gigantów. Jest kilku zdolnych autorów tekstów, ale jestem pewien, że nie urodzi się już żaden na miarę wymienionej przez pana czwórki. Ponadto, od wielu lat i z wielu powodów artyści sami piszą dla siebie teksty i komponują piosenki. Nie zawsze najwyższych lotów, choć zdarzają się wyjątki. W ostatnich 7 latach życia Wojciecha Młynarskiego miałem zaszczyt pracować z nim przy trzech projektach. Myślę, że nikt z artystów nie miał takiej możliwości, by nagrać z mistrzem trzy płyty z rzędu.

Podkreślił pan, że miał szczęście współpracować z najlepszymi. Nieprzypadkowo wydał pan antologię "Od Kofty... do Korcza".

- Znalazło się na niej 26 piosenek wybranych z mojego muzyczno-literackiego życia. Mogłem przegrać je z innych płyt i byłby album "The best of...", ale ja wolę, jak jest trudniej. Wszedłem do studia i w nowych, pięknych aranżacjach Wojciecha Borkowskiego nagrałem je po latach jeszcze raz, z moją dzisiejszą dojrzałością i świadomością siebie na scenie. Opłaciło się. Filharmonie, opery, teatry i domy kultury pękają w szwach, a odbiór przez słuchaczy jest pełen emocji.

Obchodzi pan jubileusz 45-lecia działalności artystycznej. To okazja do wspomnień. Co najbardziej zapadło panu w pamięć?

- To pytanie z gatunku nie do odpowiedzenia, bo tych opowieści są setki. Za swój debiut uważam moment, kiedy dostałem pierwsze honorarium, otwierając gościnnie drugi konkursowy dzień festiwalu w Sopocie w 1973 roku. Miałem 16 lat. Byłem niepełnoletni, więc na festiwal pojechała ze mną mama. Byłem oszołomiony. Tyle się działo wokół mnie. Gwiazdy europejskie i rodzime, na czele z Marylą Rodowicz. Zapowiadający mnie Lucjan Kydryński... Połknąłem bakcyla i wiedziałem, że nic innego nie chcę robić w życiu.

Producent pewnej piosenkarki z Włoch chciał zrobić z niej i ze mnie muzyczną parę. Zaproponował 2-letni kontrakt we Włoszech, ale rodzice się nie zgodzili. Może dzięki temu zdałem maturę i skończyłem studia aktorskie. A w parę miesięcy po tamtym Sopocie zagrałem w "Wieczorze u Abdona" Agnieszki Holland u boku Beaty Tyszkiewicz. To wszystko było jak bajka!

W czym tkwi sekret bycia na rynku tyle lat? W świetnym kontakcie z publicznością, czy może w wiedzy, kiedy trzeba się "na chwilę" wycofać, a kiedy przypomnieć o sobie?

- Mam szczęście wykonywać repertuar, po który sięga wyrobiony odbiorca. A takich nigdy nie brakuje. Powiem więcej, ludzie zmęczeni łomotem świata coraz częściej sięgają po taką piosenkę. Poza rocznym pobytem w USA nigdy nie wycofałem się na dłużej i wciąż proponowałem coś nowego. Nigdy też nie uczestniczyłem w skandalach, choć próbowano mnie do tego namówić, żeby było "goręcej", ale mnie to nie bawiło. Szanowanie widza i staranie się o niego przyniosło obopólne korzyści. Na moje koncerty przychodzi także nowa publiczność. W sumie już trzy pokolenia słuchaczy.

"Tele Tydzień" również obchodzi jubileusz. Jesteśmy z czytelnikami od 25 lat. Przez te ćwierć wieku wiele się w Polsce zmieniło. Pan sporo jeździ po kraju, koncertując - tylko w kwietniu i maju w niemal 20 miastach. Jak pan ocenia te zmiany? I te w krajobrazie, i te w ludziach.

- Och, Polska bardzo wypiękniała. A jeśli chodzi o ludzi, to od zawsze szukam takich, którzy nadają na podobnych falach, jak ja. Życie jest za krótkie na to, żebym np. miał podlizywać się publiczności i robić ukłony za wszelką cenę. Nigdy nie musiałem, a teraz nie muszę tym bardziej. Pochylam się nad tymi, którzy również okazują mi zainteresowanie czy życzliwość. Nie słucham muzyki, za którą nie przepadam, ale nie gromadzę w sobie złości do jej wykonawców. Tego samego oczekuję od drugiej strony. Jest tyle kanałów w TV, radiu, internecie, że każdy może znaleźć coś dla siebie. I tak być powinno.

Na artystyczny fenomen Michała Bajora składa się również to, że jest pan znakomitym aktorem, którego bardzo chcieli mieć w swoich filmach m.in. Jerzy Kawalerowicz, Istvan Szabo, Krzysztof Kieślowski, Filip Bajon, Feliks Falk. Pana miłość do kina jest tak wielka jak do muzyki? I czy jakaś rola ma dla pana szczególne znaczenie?

- Po tylu zagranych rolach to podobne pytanie jak o wspomnienia "piosenkowe". Mimo młodego wieku, czytałem scenariusze i radziłem się autorytetów. W sumie może dwóch filmów nie wspominam z entuzjazmem. Tyle się nauczyłem... Brakuje mi kina. Reżyserzy uznali mnie za piosenkarza. A to błąd. W Europie czy w Ameryce wokaliści genialnie radzą sobie w filmach i odwrotnie - aktorzy zdobywają laury w śpiewaniu. Zagrałem w tak wielu filmach, że nie widzę powodu do udowadniania komukolwiek, że kamera mnie lubi. Nic na siłę. Może kiedyś kino jeszcze
upomni się o mnie, na co liczę.

W jednej z piosenek śpiewa pan: "A ja, wbity w kąt, mój los widzę stąd, na tym balu, śmiesznym balu, gdzie Wodzirej-Los powtarza wciąż nam: odbijany, zmiana dam...". Czy z pana jubileuszowej perspektywy Wodzirej-Los rozdał panu piękne i mocne karty, czy jednak coś mogło potoczyć się inaczej?

- Od początku najbliżsi, ale i malkontenci uważali, że jestem dzieckiem szczęścia. Tak, Wodzirej-Los z piosenki Aznavoura pozwolił mi doświadczyć wiele dobrego. Patrząc z perspektywy czasu, nie pamiętam jakiejś szczególnej artystycznej porażki. Większość planów udało mi się zrealizować i dalej tak się dzieje.

Jest pan artystą, który dość często nagrywa płyty. Może pan powiedzieć nam coś o swoich planach?

- Na razie podróżuję z albumem jubileuszowym "Od Kofty... do Korcza". W planie mam dwie płyty. Jedną już nagrałem i wyjdzie jesienią, a nagranie drugiej jest planowane na wiosnę 2019 r. Z tyłu głowy mam pomysł na kolejny krążek i jeśli płyty CD wciąż będą istniały, nagram i ten materiał. Z ważniejszych wydarzeń - zaśpiewam na polsatowskim festiwalu w Sopocie. Z okazji 45-lecia pracy zostałem zaproszony przez Ninę Terentiew, by wystąpić w koncercie 26 maja, w Dzień Matki. Czuję się zaszczycony!

Rozmawiał ADAM PIOSIK.

Dowiedz się więcej na temat: Michał Bajor | Polsat SuperHit Festiwal w Sopocie

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje