Kamasi Washington: W muzyce chodzi o wyrażanie siebie, a nie o to, jakiej jesteś płci czy rasy

- Zawsze miałem przekonanie, że świat jest taki, jakim nam się wydaje i pozostanie takim, jakim nam się wydaje - mówi nam Kamasi Washington /materiały prasowe

- To, w jaki sposób myślimy o różnych rzeczach, ma duży wpływ na to, jakie one naprawdę są - przekonuje mnie w rozmowie Kamasi Washington, jeden z najpopularniejszych muzyków jazzowych młodego pokolenia. Saksofonista, który w maju dwukrotnie wystąpi w Polsce, zdradził nam kilka szczegółów na temat jego nowego wydawnictwa "Heaven & Earth" i nie tylko.

Reklama

Muzyka wypełnia jego świat od dziecka. Przez lata pozostawał w cieniu innych, docenianych twórców, wydając jednocześnie własnym sumptem swoje płyty. Sytuacja zmieniła się w 2015 roku wraz z premierą albumu "The Epic". Na Kamasiego spłynął wtedy deszcz pochwał zarówno od fanów, jak i krytyków. Swoją pozycję umocnił jeszcze EP-ką "Harmony of Difference" z zeszłego roku, a już 22 czerwca ukaże się jego najnowsze, dwuczęściowe dzieło "Heaven & Earth".  

Justyna Grochal, Interia: - Chciałabym zacząć od pytania o twój nowy album. Składa się z dwóch części zatytułowanych "Earth" i "Heaven". Dlaczego użyłeś tej transcendentalnej retoryki do nazw?

Reklama

Kamasi Washington: - Nie chodzi właściwie o prawdziwą Ziemię i prawdziwe Niebo. Album zasadniczo mówi o naturze rzeczywistości i świadomości. Więc to, o czym ta płyta jest, to jakby dwa sposoby patrzenia na świat. Obraz wewnętrzny i obraz zewnętrzny. Zawsze miałem przekonanie, że świat jest taki, jakim nam się wydaje i pozostanie takim, jakim nam się wydaje. To, w jaki sposób myślimy o różnych rzeczach, ma duży wpływ na to, jakie one naprawdę są. Tak więc "Earth" mówi o tym, jak ja doświadczam świata, a "Heaven" o tym, jak sobie go wyobrażam. Ostatecznie jest to jedno i to samo - to, jak wyobrażasz sobie świat, wpływa na to, jak go doświadczasz i jaki on jest. Świat, w którym żyje twój umysł, żyje w twoim umyśle. Obydwie części tej płyty dzieją się jednocześnie, a dążenie do równowagi między nimi jest tym, co kształtuje twoje życie.

A jest tam gdzieś miejsce na trzeci element - piekło?

- W tym kontekście nie ma piekła. Jest Ziemia i Niebo i coś pomiędzy, co moglibyśmy nazwać rzeczywistością. Pierwsza piosenka z "Earth", "Fist of Fury", mówi o tym, że żyć, to ciągle walczyć, zmagać się. Pierwszy utwór z "Heaven", "The Space Traveller Lullaby", jest o potencjale, jaki mamy. Gdzieś pomiędzy tym jest to, co robimy. Dopóki żyjesz, zawsze będziesz z czymś walczył. Ale też masz w sobie ten potencjał, by pokonać przeszkodę.

Powiedziałeś kiedyś, że większość twojej muzyki rodzi się z jakiejś maleńkiej idei. Jak było tym razem?

- Każda z tych piosenek pochodzi jakby z różnych miejsc. Kiedy pracowaliśmy nad albumem, zaczynałem zdawać sobie sprawę, że utwory, które stawały się dla mnie naprawdę intrygujące, łączyły się z tą samą myślą. I to właśnie wtedy wpadłem na to, że ta płyta jest właśnie o idei dualności - o świecie, który sobie wyobrażam i którego doświadczam. Ale tak jak mówiłem, każda kompozycja ma swoje źródło w innym miejscu i każda jest jakby samodzielnym utworem. Nie zacząłem od konkretnego zamierzenia, po prostu weszliśmy do studia i zaczęliśmy nagrywać. A później zacząłem widzieć, które piosenki ze mną rezonują. Tak doszedłem do tej głównej idei spajającej płytę.

A jak daleko sięgają początki nagrań?

- Zaczęliśmy w maju 2016 roku.

Jeden z utworów na płycie nosi tytuł "Connections". Byłam na twoim koncercie w 2016 roku i niesamowitym było nie tylko słuchać, ale i patrzeć na cały twój zespół. Było coś magicznego w tej waszej relacji na scenie, jakbyście porozumiewali się jakimś pozawerbalnym językiem...

- Tak. My dorastaliśmy razem. Te relacje, które mamy ze sobą, są bardzo głębokie i silne. Graliśmy razem, już kiedy mieliśmy po trzy latka. I nawet wtedy braliśmy muzykę na poważnie. Byliśmy przyjaciółmi i jesteśmy typem ludzi, którzy muzykę traktują priorytetowo. Więc tak, zdecydowanie mam poczucie, jakby łączyła nas telepatia. Oni wiedzą, co myślę bez wypowiadania jakichkolwiek słów, a płaszczyzna muzyczna pomaga w tym. Czasami muzyka jest trudno wytłumaczalna słowami, by ją zrozumieć. A to że razem dorastaliśmy, sprawiło, że uczyliśmy się muzyki wspólnie.

A co z graniem razem z ojcem? Dobrze jest mieć go tak blisko na trasie?

- Tak! Wiesz, mój ojciec odłożył swoją karierę na później, żeby zostać w domu i być ze mną, moimi braćmi i siostrami. Kiedy byłem dzieciakiem, marzyłem, żeby wydostał się z domu i więcej grał, wykorzystywał swój talent. Więc kiedy planowałem ruszyć w trasę z moją własną muzyką, bardzo chciałem, żeby do mnie dołączył i miał okazję grać i być muzykiem.

Zauważyłeś w nim jakąś zmianę z tego powodu? Jest przez to szczęśliwszym człowiekiem?

- Myślę, że jest teraz zdecydowanie szczęśliwy, tak. Może w końcu realizować swoje własne marzenie. Przynajmniej wydaje się być szczęśliwy... (śmiech)

Ostatni rok przyniósł wiele ważnych wniosków w temacie traktowania kobiet, ale jednocześnie tegoroczna ceremonia Grammy była zdominowana przez mężczyzn. A później przewodniczący Akademii, Neil Portnow, zasugerował, że kobiety powinny się podciągnąć, bo na razie nie są wystarczająco dobre, by konkurować z mężczyznami. Ty pracowałeś z wieloma utalentowanymi kobietami, jak choćby Lauryn Hill, St. Vincent, Chaka Khan czy Lisa i Naomi z Ibeyi. Masz też świetną wokalistkę w zespole. Jaka jest twoja opinia o kobietach w muzyce?

- Uważam, że kobiety są świetnymi muzykami. Cóż, ludzie czasami zabierają głos na temat spraw, z którymi się nie borykają. Jako mężczyzna mogę tylko wyobrażać sobie życie w świecie, w którym jest się nieustannie spychanym, a nie zachęcanym, by wyrazić siebie. Wydaje mi się, że w muzyce chodzi o wyrażanie siebie, a nie o to, jaką masz płeć czy jakiej jesteś rasy. Chodzi o opowiedzenie swojej historii. A założenie, że kobiety nie mają historii do opowiedzenia, jest głupie.

Wiele musi się zmienić na świecie. Również o tym jest mój nowy album. W tym wyraża się moja opinia na ten temat. Wszyscy ludzie niesprawiedliwie traktowani, czy to przez płeć, rasę, wyznanie, czy poglądy, powinni zacząć działać, zająć stanowisko i pozwolić, aby rzeczy się wydarzyły. Według mnie, jeżeli czekamy aż ludzie dadzą nam szansę, nie sądzę, by cokolwiek miało się wydarzyć, bo tak naprawdę tego nie chcemy. Kobietom, które nie dostają możliwości czy okazji, na które zasługują, powiedziałbym, aby same je sobie wzięły, a nie prosiły o nie. Żeby nie czekały na tych ludzi, a tworzyły nowy system, który nie będzie dyskryminujący.

Jak pracowało ci się z siostrami Ibeyi?

- Są wspaniałe! Poznaliśmy się na festiwalu, graliśmy na tej samej scenie. Wiesz, one mają tak niesamowitą relację, są bliźniaczkami. Kiedy staliśmy razem, miałem wrażenie, że są jedną osobą. Później widywaliśmy się na wielu różnych festiwalach. Kiedy pracowałem nad "Deathless" [utwór z drugiej płyty Ibeyi - przyp. jg], poprosiły mnie, bym dodał do tego coś od siebie. To był dla mnie zaszczyt, a one zaufały mi i były na tyle otwarte, by pozwolić mi robić, co tylko chcę.

Porozmawiajmy o innych twoich współpracach. Ty, Kendrick Lamar, Thundercat i Flying Lotus pracowaliście z Herbiem Hancockiem nad jego nową płytą. Herbie powiedział, że "wiele nauczył się od młodych ludzi", z którymi pracował. Jak to wyglądało z twojej perspektywy? Czego ty nauczyłeś się od niego?

- Niesamowitym było w ogóle grać z nim. Jedną z najważniejszych rzeczy, jakich się nauczyłem, to że Herbie tworzy obecnie muzykę na tak wysokim poziomie, na jakim prawdopodobnie jeszcze nigdy nie tworzył. Zaimponowała mi ta mentalność, aby nigdy nie przestać się rozwijać, wzrastać. I jest w nim również pewna wolność, do której ja próbuję się zbliżyć. To była wielka inspiracja grać z kimś na tak wysokim poziomie. Z kimś, kto popycha cię do wzrastania.

Herbie powiedział mi kiedyś, że gdyby nie został muzykiem, nie miałby takiego samego poczucia poznania wartości współpracy i związków między innymi ludźmi. A ty? Zastanawiałeś się kiedyś w ogóle nad tym, co byś robił, gdybyś nie został muzykiem?

- Zacząłem grać muzykę bardzo wcześnie. Nie wyobrażam sobie, żebym wcale nie grał. Mogę wyobrazić sobie, że muzyka nie staje się moim zawodem. Myślę, że wciąż pozostałbym kreatywną osobą. Kimś, kto próbuje dać światu pewne nowe rzeczy. To wynika z mojej osobowości. W dzieciństwie interesowałem się naukami ścisłymi, matematyką. Ale zdecydowanie bycie muzykiem i bycie w podróży dookoła świata, spotykanie tylu ludzi i nawiązywanie z nimi kontaktu jest dla mnie lepszą drogą. Za każdym razem, kiedy gramy koncert, łączymy się z ludźmi na naprawdę głębokim poziomie. Jako profesjonalny muzyk, zasadniczo nawiązując relację z ludźmi cały czas, rozwijam się duchowo. To pozwala mi mieć wiele uczuć do innych ludzi. Cieszę się, że zostałem muzykiem.

Wciąż słuchasz muzyki po prostu dla przyjemności? Jesteś w stanie nie skupiać się na analizowaniu danego utworu i rozkładaniu go w myślach na czynniki pierwsze?

- O tak! Słuchanie muzyki dla przyjemności to jedno z moich ulubionych zajęć! Shabaka [Hutchings, saksofonista z Londynu - przyp. jg] grał wczoraj w Londynie, poszedłem go posłuchać. Wciąż lubię być po prostu członkiem publiczności i odczuwać z tego przyjemność. Ufam, że nigdy nie stracę tego aspektu mojej miłości do muzyki. Że słuchanie nie stanie się pracą. Ale nie wydaje mi się, że kiedyś to stracę...

Zdajesz się być osobą bardzo refleksyjną, zainteresowaną innymi kulturami. Czy masz jakieś rytuały, które stosujesz przed wyjściem na scenę?

- Staram się po prostu wyciszyć, uspokoić mój umysł, ale nie robię tego za każdym razem w ten sam sposób. Każdy dzień jest inny. Czasami jest to proste i robię to na przykład żartując sobie, czasami muszę pobyć w ciszy.

Nagrałeś dwie świetnie przyjęte płyty. Masz fanów na całym świecie. Zdradź, jakie są twoje guilty pleasures? Czego słuchasz, gdy nikt nie patrzy?

- Moje muzyczne gulity pleasures... [długie zastanowienie, śmiech] To ciekawe pytanie, chyba nigdy w ten sposób nie myślałem o muzyce.

A może po prostu nie chcesz się przyznać...

- (śmiech) Tak, może to o to chodzi. Chcę to przed tobą ukryć!

Majowe koncerty nie będą twoimi pierwszymi w naszym kraju. Możesz powiedzieć coś interesującego o polskiej publiczności? Pamiętasz swoje wizyty u nas?

- Tak, polska publiczność sprawia wrażenie takiej, która czuje muzykę. Wchodzi w nią głęboko, niemal jakby wpadała w trans. Czuję wtedy między nami połączenie. Prawie jakby wszyscy byli muzykami. A może byli, nie wiem (śmiech), ale czułem to połączenie na głębokim poziomie.

Dowiedz się więcej na temat: Kamasi Washington

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje