Jurassic 5: Tańczymy jak sami sobie zagramy (wywiad)

Na przełomie wieków Jurassic 5 wywołali sporą sensację, swoim esencjonalnie klasycznym i korzennym hip hopem zdobywając listy przebojów i otrzymując Złotą Płytę za debiutancki album. Teraz po siedmiu latach przerwy kalifornijska szóstka ponownie zjednoczyła siły, dzięki czemu mieliśmy możliwość obejrzeć ich żywiołowe i klimatyczne show na Orange Warsaw Festival 2014. Tuż przed koncertem udało nam się też spotkać z reprezentantem ekipy, DJ-em Nu-Markiem i odbyć z nim ciekawą rozmowę.

Możemy dziś na scenach Orange Warsaw Festival zobaczyć dwie legendarne formacje powracające po latach - Outkast i Jurassic 5. Outkast zarzekają się, że nie pracują nad nową płytą, a jedynie ruszyli we wspólną trasę... Jak to natomiast wygląda w waszym przypadku? Czy trasa jest w jakiś sposób powiązana z pracą nad nowym materiałem?

Reklama

DJ Nu-Mark, Jurassic 5: - Trudno nam jeszcze powiedzieć, poruszamy się krok po kroku, wychodząc z założenia "nigdy nie mów nigdy". Ale wypuściliśmy dopiero co nowy utwór - "The Way We Do It", wyprodukowany przez Ś.P. Heavy'ego D, zobrazowaliśmy go też klipem, który możecie obejrzeć. Jesteśmy tym podekscytowani i bardzo cieszymy się, że możemy być teraz tutaj, w Polsce.

Z czego wynika fakt, że pierwszy singel po powrocie jest wyprodukowany przez Heavy'ego D - czy to wasz rodzaj hołdu dla niego, czy to czysty zbieg okoliczności?

- Heavy D wyprodukował ten numer krótko przed śmiercią, a tuż po tym, gdy go nagraliśmy, Jurassic 5 się rozpadło. Kiedy więc ponownie połączyliśmy siły, uznaliśmy, że musimy dokończyć to, co zaczęliśmy. Zmieniliśmy go delikatnie, ale nieznacznie i postanowiliśmy wypuścić do słuchaczy, taka jest geneza.

Wracacie, Kalifornia również rośnie w siłę - moim zdaniem obserwujemy obecnie najlepszy moment dla kalifornijskiego rapu od czasu ery g-funku w połowie lat 90. Pojawia się masa nowych talentów, takich jak Kendrick Lamar, ScHoolboy Q, 100s, Kid Ink, Snow Tha Product, Hopsin... DJ Mustard staje się najgorętszym młodym producentem. Jak wygląda to z waszej perspektywy - czy również widzicie, że to moment, by Kalifornia powróciła na hiphopowy tron?

- Zachodnie wybrzeże USA rzeczywiście radziło sobie świetnie w okresie, gdy wychodziły takie albumy jak "Chronic" Dr. Dre. Jeśli o mnie samego chodzi, to jestem gotów na zmiany w muzyce, bez względu na to, z którego regionu nadchodzą. Miło mi patrzeć, że Nowy Jork także się odradza, ale nie ukrywam, że siła mojego miasta mnie cieszy i dobrze widzieć, że pojawiają się nowi artyści, którzy wkładają w to sporo pracy i robią sporo hałasu, to naprawdę nastraja pozytywnie.

Kiedy ktoś pyta mnie "czym jest trueschoolowy hip hop", moja pierwsza odpowiedź brzmi: "posłuchaj Jurassic 5, to definicyjny trueschool". Co ty o tym sądzisz, jaką definicję trueschoolu dałbyś młodym słuchaczom? Bowiem znaczenie terminów coraz częściej się rozmywa.

- Sam raczej nie używam terminu "prawdziwa szkoła", bo muzyka nie podlega logicznym regułom, nie ma w niej "dobrych i złych odpowiedzi". Jurassic 5 w zestawieniu stara-nowa szkoła bardziej zaklasyfikowałbym jako "szkołę średnią", bowiem wypłynęliśmy w latach 90. Natomiast gdybym miał odpowiedzieć na twoje pytanie, to wskazałbym pewnie złotą erę hip hopu, rzeczy takie jak Pete Rock i CL Smooth, Black Star, Public Enemy, Juice Crew... a z zachodniego wybrzeża - The Pharcyde, Souls Of Mischief. To oni najbardziej "naładowali mi baterię" i dali inspirację, bym robił muzykę.

Jakie wydarzenie, element czy działanie sprawiło, że Jurassic 5 postanowiło powrócić po siedmiu latach?

- Dostawaliśmy wiele zapytań i zaproszeń na festiwale czy koncerty, ale nie byliśmy gotowi na powrót, potrzebowaliśmy trochę czasu, by od siebie odpocząć. Po tej siedmioletniej przerwie wpłynęło zaproszenie na festiwal Coachella, które było największą ofertą, jaką otrzymaliśmy. Postanowiliśmy zobaczyć, co się wydarzy, gdy wejdziemy razem na scenę i zdecydować o tym, czy zagramy kolejne koncerty w oparciu o to, jak wyjdzie nam ten konkretny.

W początkach hip hopu to DJ był jego najważniejszym elementem - najpierw pojawił się DJ, dopiero później raper. Dzisiaj sytuacja wygląda zdecydowanie inaczej, ale w Jurassic 5 pozycja DJ-a bliższa jest tej oldschoolowej, podkreślającej znaczenie. Jak opisałbyś obecny status DJ-a w hip hopie i co masz do powiedzenia tym grupom, które nie czują potrzeby posiadania w swoim składzie DJ-a?

- Kiedyś DJ był pełnoprawnym członkiem grupy, teraz często stoi bardziej z tyłu, a wyeksponowany jest raper. Także raper działający solowo - tak naprawdę nie obserwujemy dzisiaj wielu grup, jesteśmy my, The Roots... To inna rzecz, którą zauważyłem, odbiegając trochę od wątku samego DJ-a - cierpimy na niedobór ekip, a większość działa solowo. Jesteśmy w erze "ja, ja, ja", robienia samemu sobie zdjęć, mediów społecznościowych... w trochę samolubnej erze. To nastawienie przenika też do muzyki, kultury, sztuki, biznesu. To bardzo ciekawy okres, mało jest pracy zespołowej, więc kiedy widzi się te nieliczne wypływające grupy, warto je doceniać i wspierać.

Trudno było wam jako Jurassic 5 wypłynąć z pozytywnym przesłaniem i nastawieniem w latach 90., kiedy Kalifornia zdominowana była przez uliczną i gangsterską tematykę?

- Nigdy nie stawialiśmy z góry na to, żeby mieć pozytywny przekaz, po prostu byliśmy sobą. Chcieliśmy przejąć pochodnię od oldschoolowców i przekazać ją naszym słuchaczom. Ale ze strony biznesowej było to rzeczywiście bardzo trudne. Byliśmy w tej samej wytwórni co Dr. Dre, 50 Cent, Eminem, czyli w Interscope Records i nasz wydawca nie za bardzo wiedział, co z nami zrobić, radzili sobie z tym wprawdzie bardzo dobrze, ale trudno było im nas jakoś zaszufladkować i wpasować. Zawsze byliśmy inni, nieprzystosowani, nie pasowaliśmy w stu procentach do świata hiphopowego, doceniał nas świat rockowy, ale nie jesteśmy artystami rockowymi... Byliśmy jak wyrzutki ("outcast" - przyp. MN) - może to właśnie my powinniśmy się nazywać Outkast (śmiech). Jest jak jest, ale z tą pozycją "na uboczu" całkiem nam dobrze.

Wiele osób porównuje waszą muzykę, styl, przesłanie do ruchu Native Tongues. Czy rzeczywiście inspirowaliście się właśnie nimi?

- Dla mnie samego na pewno, jestem wielkim fanem De La Soul, przyjaźnię się z Maceo z De La Soul, uwielbiam A Tribe Called Quest czy Jungle Brothers. Native Tongues to bez wątpienia jedna z najważniejszych ekip w historii muzyki - i to nie tylko hiphopowej, ale postrzeganej całościowo. Porzucali obowiązujące zasady w sposób, w jaki nie robił tego nikt przed nimi, sporo ryzykowali - myślę, że właśnie przez to ich brzmienie tak mocno nas wszystkich pociągało. Nie chcieliśmy jednak kopiować ich stylu, ale stworzyć coś własnego.

Hiphopowy - a także ogółem muzyczny - biznes wyraźnie ewoluował w ostatnich latach, z uwagi na internet i wysyp darmowych albumów. Dzień po dniu jesteśmy zasypywani darmową muzyką i trudno jest sprawdzić wszystko, na co miałoby się ochotę a zarazem ciężko jest zostać zauważonym, nawet dając swoje płyty słuchaczom całkowicie za darmo. Jak odnajdujesz się w tej sytuacji?

- Tak naprawdę nikt się nie odnajduje, wszystko jest wywrócone do góry nogami. Wszystko postrzegane jest przez biznesowy pryzmat i po części przypomina panikę. Wytwórnie nie spełniają już tej roli co kiedyś, masz szczęście, jeśli sprzedasz 30 tysięcy sztuk w pierwszym tygodniu, wtedy znaczy to, że naprawdę ci się powodzi. Co jest kompromitujące, to powód do wstydu. Ludzie nie chcą kupować tego, co mogą dostać za darmo, szukają tylko jak zdobyć to za friko, więc patrząc z perspektywy biznesowej, sytuacja jest szalona. Z drugiej strony, dzięki internetowi mamy więcej narzędzi i wskazówek niż kiedykolwiek wcześniej. Można więc odbierać to na dwa sposoby. Wydaje mi się, że kluczem jest, by słuchaczy, fanów - czy jakkolwiek ich nazwiesz - "karmić łyżeczką", małymi porcjami. Wypuścić singel, poczekać miesiąc i wypuścić kolejny... Musisz rozciągnąć swoją twórczość w czasie, pozwolić ludziom delektować się tym, co robisz i pełniej to zrozumieć. Wcześniej dawałeś im jednorazowo wielką porcję, teraz musisz dzielić to na mniejsze i rozłożyć na dłuższy okres, po to aby się liczyć i by słuchacz o tobie pamiętał.

I pozwolić, by jeden album był newsem 10-krotnie, a nie tylko raz.

- Dokładnie. Kiedy ja w ostatnim roku wydawałem "Broken Sunlight", to poprzedziłem je sześcioma singlami rozciągniętymi w trakcie roku i każdy wydałem na 10-calowym winylu, co zdecydowanie mi pomogło. Ludzie nie chcieli kupować mp3 za 99 centów, woleli wydać 59 dolarów na t-shirt, pendrive z albumem i winyl. Chcą coś, co mogą dotknąć i poczuć, cyfrowy plik za 99 centów nic im nie daje i nic dla nich nie znaczy, wiedzą, że mogą dostać to za darmo.

Wygląda to trochę tak, że muzyka staje się dodatkiem do t-shirta z nią powiązanego niż odwrotnie.

- Tak, a inna sprawa, która mocno zaprząta głowy, jest taka, że nie chodzi już o bycie naprawdę świetnym, a po prostu dobrym. Wiem, że wielu nie spodoba się, że to mówię, ale tak już jest. Chodzi o bycie pięknym, strasznym, nietypowym, dziwnym, bycie charakterystycznym i kontrowersyjnym. Szczególnie w Stanach, posiadanie własnego reality show itp. - takie właśnie rzeczy przyczyniają się do sprzedaży płyt, budują grono fanów. Po raz pierwszy w historii ludzie są doceniani i nagradzani za cechy, które nie mają związku z ich sztuką. To inna kwestia, z którą zmagać musi się wielu naprawdę utalentowanych muzyków. Znam wielu świetnych perkusistów, gitarzystów, DJ-ów, wokalistów, którym trudno związać koniec z końcem. Jest jednak wyjście z tej sytuacji - musisz być kreatywny, znaleźć własną drogę, zbudować swoje grono fanów, podnieść głowę do góry i robić to, co potrafi się najlepiej.

Także z perkusistami w hip hopie wygląda to podobnie - muszą zaznaczyć swoją obecność, zbudować nazwisko i stworzyć wizerunek w mediach, jak Questlove czy Travis Barker.

- Tak, obaj z nich rzeczywiście wbili się do głów i stworzyli ze swoich nazwisk prawdziwe marki, także na płaszczyźnie biznesowej. Questlove to jedna z niewielu osób działających w grupie, które potrafiły wnieść owe grupy na wyższy szczebel, a teraz wiele osób próbuje iść jego drogą. Chodzi dziś o więcej niż tylko bycie dobrym muzykiem, zawsze po części tak było, ale nigdy aż tak mocno jak obecnie.

Patrząc natomiast w przyszłość - czego fani Jurassic 5 powinni oczekiwać i czego się spodziewać?

- Sami staramy się jeszcze tego dowiedzieć. Powiem może tak - miejcie otwarte głowy i spodziewajcie się niespodziewanego. Zawsze byliśmy znani z tego, że robimy rzeczy, które nie wszyscy rozumieją, bo tańczymy tak jak sami sobie zagramy.

Dzięki, w takim razie czekamy.

Dowiedz się więcej na temat: Jurassic 5

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje