Julia Pietrucha: Morze i chłopiec z ZSRR

Julia Pietrucha wydała drugą płytę /Adam Burakowski /Reporter

Morze ma to do siebie, że raz na jakiś czas porywa któregoś artystę. Jedni utrzymują się na fali, jak chociażby kiedyś Beatlesi z klasykiem w postaci "Yellow Submarine", ale wielu, którzy chcą zbyt sztampowo podejść do tematu, po prostu ginie. "Postcards from the seaside", drugi album Julii Pietruchy bez problemu się obroni, choć raczej nie będzie w letnie wieczory puszczany w dyskotekach od Ustki po Władysławowo.

Reklama

Adam Drygalski, Interia: Jesteś antysłoikiem. Każdy jedzie do Warszawy a ty z niej wyjechałaś.

Julia Pietrucha: - Morze wzięło się stąd, że jak byłam mała w każde wakacje tam jeździliśmy. Do wojskowego domu wypoczynkowego. Plaże były wtedy kompletnie puste. Patrzysz w lewo - nie ma nikogo, patrzysz w prawo - to samo. Właściwie nie miały końca. To chyba najpiękniejsze wspomnienie z mojego dzieciństwa.

Reklama

Puste plaże, czyli pewnie było zimno.

- Czasami pogoda nie była wakacyjna. Raz padało, kiedy indziej fale były bardzo wzburzone. Ale morze zawsze mnie w jakiś sposób do siebie wołało. Stąd też ta płyta, z wieloma odniesieniami do morskiego klimatu, który tworzył nie tylko sam Bałtyk, ale i ludzie, których tam poznałam.

Marynarz z okładki płyty to też twój znajomy?

- Marynarz to sprawka Juli Jah, artystki z którą współpracuję. Opowiadałam jej, o czym są piosenki a ona malowała pocztówki. Bo każdy utwór ma swoją kartkę. Marynarz wpadł nam do głowy przy okazji "Niebieskiego". Powstał na bazie zdjęcia jakiegoś rosyjskiego chłopca, który spogląda gdzieś daleko. I tak się wbił w nasze głowy tą wołającą z fotografii nostalgią, że nie było wyjścia, tylko dać go na okładkę.

Zmieniasz trochę charakter morskiej muzyki. Na całe szczęście ta płyta to nie szanty.

- Moja muzyka jest intymna. Taka była pierwsza płyta, tak jest i teraz. A szanty nie są intymne. Zresztą ja nigdy nie przepadałam za graniem na gitarze ani przy ognisku, ani na łódce. Nie opowiadam morskich opowieści. To są moje historie, śpiewane przy dźwiękach mandoliny i ukulele.

Stereotyp gwiazdy telewizji i modelki nie przeszkadza w byciu offową solistką?

- Nie, bo nie jestem już gwiazdą telewizji. Minęło kilka lat odkąd całkowicie poświęciłam się muzyce. Kiedyś wiele osób nie wierzyło w jakość tej muzyki, bo, być może, patrzyli na mnie przez pryzmat "pani z serialu". Dostałem nawet kilka wiadomości w stylu: "Chciałem posłuchać płyty i się pośmiać a tymczasem spadły mi kapcie!" Ten stereotyp był więc kiedyś aktywny, ale poradziłam sobie z nim. Dziś w ogóle nie myślę takimi kategoriami.

Twój debiut był zaskoczeniem. Teraz, co normalne, każdy spodziewa się dobrej płyty a dla artysty jest to trudniejszy moment.

- Pewnie, że sukces może zablokować, ale pomysły na te utwory przyszły łatwo. Za pomysłami stała oczywiście ciężka praca - moja i ludzi, którzy ze mną ten album nagrali, ale nie było wymyślania czegoś na siłę. Miałam swobodę w komponowaniu, ale też czułam podskórnie, że nie rozwinęłam się na tyle muzycznie, żeby pokazać ludziom kompletnie nową jakość. Zresztą, po co miałabym to robić, skoro w otoczeniu takich właśnie dźwięków czuje się najlepiej? Postanowiłam działać z ludźmi, z którymi nagrałam pierwszą płytę. Jeśli drużyna daje sobie radę, to trener nie musi robić zmian.

Na koniec, to morze z płyty to Bałtyk, czy może... jakieś inne morze?

- Pisząc teksty nie zobaczyłam żadnego innego morza niż to nasze, więc to pewnie na wskroś bałtycka płyta! Ale wiesz, może to morze jest tylko przenośnią?

Dowiedz się więcej na temat: Julia Pietrucha

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje