"Jest się czym chwalić"

W 2006 roku do sklepów trafił szósty studyjny album Agressivy 69, zatytułowany "In". Pionierzy muzyki industrialnej w Polsce do jego nagrania zaprosili prawdziwe gwiazdy sceny alternatywnej: perkusistę Martina Atkinsa, współpracującego wcześniej między innymi z PIL, Ministry, Swans, Depeche Mode i Nine Inch Nails, oraz Wayne'a Hussey'a, lidera popularnej na przełomie lat 80. i 90. angielskiej formacji The Mission, wcześniej muzyka Sisters Of Mercy. Udział tych artystów w nagraniu "In", a także kontrowersyjna okładka albumu, nowy image zespołu czy sprawa promocji albumu na zachodzie Europy, to tematy poruszone podczas rozmowy Pawła Amarowicza z Bodkiem Pezdą i Sławkiem Leniartem z Agressivy 69.

Jak doszło do waszej współpracy z Martinem Atkinsem i Waynem Hussey'em?

Reklama

Bodek: Martin Atkins był zawsze naszym ulubiony perkusistą, od kiedy słuchaliśmy jego nagrań. A nagrywał już z Public Image Limited, czyli z zespołem wokalisty Sex Pistols. Później z Ministry, Swans, Depeche Mode, Nine Inch Nails... Generalnie kultowe zespoły, które każdy z nas ma na półce z płytami. Stwierdziliśmy, że współpraca z takim człowiekiem byłaby fascynująca, chcieliśmy się jakoś otworzyć na świat. Wszystkim się wydaje, że nawiązanie współpracy jest jakąś barierą. A wystarczy zadzwonić lub wysłać maila.

Ja do niego napisałem oficjalnego maila, zapraszając go do współpracy. Martin odpisał po prostu: "Let's Rock!" czyli "Działajmy!". Wysłaliśmy mu nagrania, do których on się ustosunkował, i nagraliśmy tyle i tyle. Spodobało mu się to tak bardzo, że zaproponował nawet miksowanie materiału, co się stanie na anglojęzycznej wersji płyty.

Sławek: Na Wayne'a natknęliśmy się grając na festiwalu w Belgii. Po prostu do niego podeszliśmy, poprosiliśmy o pamiątkową fotę i zagailiśmy. Przy poprzedniej płycie skontaktowaliśmy się z nim, ale nic z tego nie wyszło ze względów czasowych. Tym razem odezwał się jednak od razu z Brazylii, gdzie nagrywa swoje projekty. Napisał tekst i sam nagrał partię wokalną.

Czy nie boicie się, że udział takich gwiazd sceny podziemnej może przyćmić was samych i że o płycie będzie się mówiło więcej właśnie ze względu na udział Atkinsa i Hussey'a?

Sławek: Mogą występować takie obawy, ale zrobiliśmy to, by udowodnić sobie i innym, że jesteśmy równorzędnymi partnerami dla ludzi ze świata. Wspólnie odbieramy na podobnych falach. A Atkins i Hussey mogli się nie zgodzić, gdyby stwierdzili, że to jest artystycznie słabe. Kompleksy trzeba zostawić na boku i wierzyć w to, co się robi. My wierzymy w to.

Bodek: Zresztą dostaliśmy sygnały od polskich zespołów, że jest super... Między innymi od zespołu Sweet Noise. Poza tym wykorzystujemy to, że wzięli udział w nagraniu płyty, bo jest się czym chwalić.

W informacji prasowej na temat nowej płyty znalazła się wzmianka, że zespół zmieniła image, a "In" to wstęp do nowego rozdziału w historii grupy? Co kryje się pod tymi sformułowaniami?

Bodek: Wracamy raczej do mrocznych klimatów. Zmieniamy scenografię na scenie. Poprzednia płyta spowodowała u naszych fanów i ludzi wrażenie, nie wiadomo zresztą dlaczego, że gramy psychopop czy coś takiego. Pojawiło się słowo pop, co absolutnie nie odzwierciedlało zawartości tej płyty. Natomiast pojawianie się kilkakrotnie w internecie czy prasie słowa pop, avant-pop czy jakoś tak, spowodowało, że niektórzy fani zaczęli kręcić nosami i nawet nie sięgnęli po tamtą płytę.

Dowiedz się więcej na temat: sceny | utwór | Depeche Mode | muzyka | utwory | nagrania | okładka | rzeczy | sławek

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje