Herbie Hancock: Optymista mimo wszystko (wywiad)

Herbie Hancock ma na swoim koncie 14 nagród Grammy i jednego Oscara /Vince Bucci /Getty Images

Herbiemu Hancockowi nie było łatwo dorastać w purytańskiej Ameryce, ale mimo to zawsze starał się dostrzegać tylko te dobre strony życia. Po raz pierwszy przy fortepianie zasiadł jako siedmiolatek i ten moment zmienił wszystko. Od tamtej pory liczyła się tylko ona - muzyka.

Reklama

15 lipca, nakładem wydawnictwa SQN, ukazała się książka "Herbie Hancock. Autobiografia legendy jazzu". Z kolei 21 lipca ten wybitny pianista jazzowy i kompozytor wystąpi w Centrum Kongresowym ICE Kraków w ramach XX Letniego Festiwalu Jazzowego. Dzień później pojawi się on w Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie.

W swojej autobiografii Herbie Hancock szczegółowo opowiada o swoim życiu i niezwykłej karierze. Wspomina czasy, gdy grał z Milesem Davisem, kolaboracje z innymi muzykami, problemy z narkotykami i rasizmem, a także mówi o swoich inspiracjach buddyzmem. Nam opowiedział m.in o ciężkich chwilach i przyjaźni z Joni Mitchell.

Reklama

Justyna Grochal, Interia: W swojej autobiografii napisał pan, że muzyka zmieniła pańskie życie i sposób, w jaki postrzegał pan siebie. Jak się panu wydaje, czy byłby pan innym człowiekiem, gdyby na studiach nie podjął decyzji o zmianie kierunku na muzykę?

- Pewnie zostałbym inżynierem. Gdyby tak się stało, nie sądzę, żebym miał to samo poczucie poznania wartości współpracy i związków między innymi ludźmi.

W swojej książce napisał pan również, że zawsze był pan, i nadal pozostaje, wielkim optymistą. Skąd czerpał pan siłę do myślenia pozytywnie po tym, jak lekarz oznajmił panu, że ma pan guza w palcu u ręki? Dla pianisty taka informacja jest przecież wyjątkowo straszna.

- Tak, zawsze byłem optymistą, to część mojej natury. Ale kiedy dowiedziałem się, że mam nowotwór w palcu, wiedziałem, że ja sam nie mogę nic z nim zrobić. To była rzeczywistość, więc mogłem tylko pozwolić temu się dziać. Ale to, co byłem w stanie zrobić w czasie gdy miałem nowotwór w palcu, to praktykowanie buddyzmu. I ta praktyka buddyzmu naprawdę pomogła mi nie wpadać w panikę i nie zwariować z obaw. Wiesz, niepokoiłem się, ale nie było to takie wielkie, wielkie utrapienie. Poprzez buddyzm zdołałem wypracować w sobie podejście, zgodnie z którym wszystko możesz zmienić w coś dobrego. Coś może z pozoru wyglądać źle, ale zawsze istnieje sposób, by stworzyć z tego coś, co ma wartość, niezależnie co to jest.

To piękna dewiza. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i dzięki temu wciąż mamy wśród nas tak świetnego pianistę. Ale wróćmy na chwilę do pańskich początków. Co pan poczuł, gdy dowiedział się pan, że sam Miles Davis pana szuka i chce mieć pana w swoim zespole?

- (śmiech) Nie wierzyłem w to! Słyszałem pogłoski, że Miles Davis mnie szuka, ale w ogóle nie dawałem temu wiary. Wkrótce tych plotek przybywało, więc zacząłem myśleć, że to może rzeczywiście prawda. Ale trudno było mi patrzeć na to w ten sposób, bo wciąż nie wierzyłem. Jednak skoro te plotki nadal do mnie docierały, zacząłem zadawać sobie pytanie "Czy to możliwe, że Miles Davis mnie szuka?". A później dostałem telefon i to był Davis.

Zobacz Herbiego Hancocka na scenie z Milesem Davisem:

W swojej karierze współpracował pan z wieloma muzykami. Wśród nich była też Joni Mitchell. Nagrał pan płytę z jej utworami, na której oprócz innych wokalistów, zaśpiewała również ona. Proszę opowiedzieć trochę o tym projekcie oraz o pańskiej przyjaźni z Joni.

- Znam Joni Mitchell od wielu lat. Poznaliśmy się kiedy pracowała nad swoim albumem "Mingus" poświęconym Charlesowi Mingusowi, świetnemu kontrabasiście jazzowemu. Zbliżyliśmy się do siebie w tamtym czasie. Ona była wówczas aktywistką w wielu kwestiach związanych z m.in. prawami kobiet, prawami gejów, pomocą biednym oraz dzieciom itd. Po wydaniu płyty "Mingus" bardzo często dostawaliśmy propozycje, by razem występować. W ten sposób mogliśmy budować naszą przyjaźń z Joni. Był taki klub, do którego bardzo często przychodziliśmy w większym gronie na kolację lub drinka. Znaliśmy właścicieli i z czasem zaczęliśmy tam razem grywać. Było bardzo intymnie i czuliśmy się tam dość komfortowo. To był taka nasza prywatna przestrzeń. Tak więc to również umocniło naszą przyjaźń z Joni.

Zobacz Herbiego Hancocka i Joni Mitchell wspólnie na scenie:

A jak doszło do powstania albumu "River: The Joni Letters"?

- Kilka lat temu ludzie z wytwórni zasugerowali mi, żebym zrobił album dedykowany Joni Mitchell, bo wiedzieli, że jestem jej bardzo dobrym przyjacielem. Pomyślałem, że to wspaniały pomysł. Nigdy wcześniej nie nagrałem takiej płyty. Ona nie jest tylko świetną songwriterką, ona jest prawdziwą poetką. Jest niesamowita i bardzo szczera w swoich piosenkach.

Wkrótce wystąpi pan w Polsce podczas Letniego Festiwalu Jazzowego. Jakiego repertuaru możemy spodziewać się w Krakowie?

- Nie mam pojęcia, ponieważ będzie to solowy występ na pianinie.

Będzie pan zatem improwizował?

- Tak. Przygotuję zestawienie utworów, które zagram, ale jak dotąd, jeszcze o tym nie myślałem. Z pewnością dużo będzie improwizacji, to wiem.

Czytaj także:

Herbie Hancock zagra w Krakowie

Dowiedz się więcej na temat: Herbie Hancock | Joni Mitchell | Miles Davis

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje