Fismoll: Muzyka do refleksji, a nie pod nóżkę

"Moja muzyka nie jest pod nóżkę, ale bardziej do refleksji" - Fismoll /Jędrzej Guzik /materiały prasowe

Bardzo chciałbym pojechać za parę lat na festiwal, przykładowo do Stanów i usłyszeć gdzieś, stojąc obok ludzi "ej, to jest zespół z Polski, fajnie grają, lubię ich muzykę" - opowiada w wywiadzie dla Interii Fismoll, którego złapaliśmy podczas Open'er Festivalu. Oprócz pozycji polskiej muzyki na świecie, muzyk ocenia swój koncert na festiwalu oraz drugi album, a także opowiada o pewnym epizodzie w serialu.

Reklama

Fismoll to jeden z najciekawszych artystów młodego pokolenia w Polsce. W 2013 roku ukazał się jego debiutancki album "At Glade", który był jednym z najbardziej interesujących debiutów fonograficznych w tamtym roku. Po dwóch latach koncertów (także za granicą) gitarzysta i autor tekstów, wydał kolejny album "Box of Feathers", który podobnie jak debiut, został bardzo ciepło przyjęty przez dziennikarzy oraz postronnych słuchaczy. Premierowy koncert z piosenkami z drugiej płyty odbył się na Open'er Festivalu, 2 lipca o godzinie 21:30 na Alter Stage.

Daniel Kiełbasa, Interia: Twój koncert na Open'erze był premierowym występem z nowym materiałem. Wszystko poszło tak jak się spodziewałeś, czy były jakieś wpadki?

Reklama

Fismoll: - Tak naprawdę nic nie planowałem. Chciałem zrobić to jak najlepiej, żeby przedstawić fanom muzykę tak jak na pierwszej płycie. Mieliśmy w sumie tylko trzy próby przed koncertem na Open’erze. Moi ludzie byli w rozjazdach i trudno było to ogarnąć, ale jestem zadowolony. Są pewne miejsca do przeżywania muzyki i tu było ok. Nie było może najlepiej, gdzieś tam tekstu zapomniałem, ale jestem zadowolony. W tym czasie dużo się działo na festiwalu, ale ludzie zostali i słuchali.

A jaką miałeś najgorszą wpadkę na koncercie w swojej karierze?

- Myślę, że najgorszą wpadką nie jest to, że człowiek się pomyli, że struna pęknie, bo to wszystko da się załatać naturalnością i autentycznością. Za najgorszą wpadkę może uznać moment, kiedy masz zły dzień. Coś na ciebie źle wpłynie i zamiast przeżyć koncert tak, jak powinieneś, to zmagasz się z tym, żeby ludzie nie zobaczyli, że coś z tobą jest nie tak. Mi się to raczej nie zdarza, bo przeważnie mam dobre dni, ale myślę, że to mogłaby być dla mnie najgorsza sytuacja. Może jeszcze tam kiedyś zepsuła mi się struna, nie miałem innej na zmianę i się dłużej przestrajałem. Ale na moje koncerty przychodzą cudowni ludzie i nigdy nie mają z tym problemów.

Fismoll o tym, co jest najgorszą wpadką na koncertach:

Na Open’erze promowałeś nową płytę, więc chciałbym się dowiedzieć, czy ten materiał dla jest ciebie czymś w rodzaju opus magnum? Czy nie masz wrażenia, że już nic lepszego nie wymyślisz?

- Nie mam takich myśli. Ja jestem bardzo zadowolony z tej płyty, bo to jednak osiem utworów, które zostały stworzone w ciągu dwóch lat i są to dla mnie najważniejsze pomysły spośród wielu, które miałem w głowie. To wszystko powstaje na podstawie chwil i sytuacji. Miałem osiem pięknych chwil w moim życiu, o tym napisałem i stwierdziłem, że w mojej hierarchii cudownych przeżyć są one najwyżej. Napisałem piosenki też po to, aby o nich nie zapomnieć. Czy to jest najwięcej, co mogłem zrobić? Nie wiem, ale wydaje mi się, że jeżeli chodzi o te utwory, to tak.

A jeżeli miałbyś przypisać oceny szkolne do pierwszej i drugiej płyty?

- Ocenami będzie trudno. Swojemu pierwszemu albumowi dałbym nawet i pięć z plusem, bo wtedy czułem te rzeczy i moim zdaniem zrobiłem wszystko co mogłem, aby je dźwiękowo nazwać. Zawsze mówię, że jeżeli podoba ci się moja muzyka, to pewnie byśmy się polubili, bo mało kto ma wkład w moją muzykę. Ja robię wszystkie aranże, jest to totalnie moje, bo nie jest to dla mnie zabawa.

- Często muzycy mówią, że ich kariera to fajna zabawa, a dla mnie to nie jest tak. To wszystko co mam. Jakby mi ucięto ręce, to nie wiem gdzie bym się podział. Mógłbym jeszcze pośpiewać. Trudno mi jest więc ocenić, ale mogę powiedzieć, że obu albumom daje dwójkę, żeby nie być zbyt dumnym.

Fismoll o swojej drugiej płycie:

Byłeś jednym z artystów, którzy wystąpili dla zagranicznych dziennikarzy, którzy zwiedzali Gdynię (3 lipca - przyp. red.). Jak dziennikarze z Wielkiej Brytanii i innych krajów przyjmują twoją muzykę? Byłeś przecież też na festiwalu w Brighton, więc mogli poznać cię już wcześniej...

- Gdy byłem w Brighton, to zagraliśmy tam parę koncertów i było bardzo przyjemnie. Nie spodziewałem się takiego przyjęcia. Sale wypełniły się w całości, a znalazło się tam stosunkowo mało Polaków. Publiczność kupowała płyty i było miło. A dzisiaj (3 lipca - przyp. red.) to było bardziej takie granie "do kotleta", ale ja zagram wszędzie, bo lubię grać. Na wyciecze pojawiło się bardzo dużo kolorowych i fajnych ludzi, których oczywiście szanuję i lubię, ale moja muzyka to nie jest pod nóżkę, ale bardziej do refleksji. Ja lubię ten moment, gdy znajdą się osoby, które nie jarają się tym, że płyniemy na morzu, ale patrzą, słuchają, rozumieją teksty i wchodzą w mój świat razem ze mną.

Fismoll o występie na Wyspach i mini-koncercie dla zachodnich dziennikarzy:

Czyli jesteś dobrym przykładem na to, że polska muzyka jest coraz bardziej obecna na zachodzie...

- Jest mnóstwo zespołów, które w bardzo ładny sposób się wybijają. Moja pierwsza płyta miała mastering u Mandy Pernell z Londynu. Ona powiedziała mi, że Polska jest dla niej totalnie czarną dziurą na mapie świata jeżeli chodzi o muzykę. W wielu przypadkach bazujemy na tym, co jest za granicą i co się podoba na Zachodzie. Jednak wydaje mi się, że zaczynamy chodzić swoimi drogami. Bardzo chciałbym pojechać za parę lat na festiwal, przykładowo do Stanów i usłyszeć gdzieś, stojąc obok ludzi "ej, to jest zespół z Polski, fajnie grają, lubię ich muzykę". Tak jak jest z Islandią i z innymi krajami. Myślę, że bardzo powoli się do tego zbliżamy, ale wszystko w swoim czasie.

Skoro jesteśmy przy inspiracjach. Jose Gonzalez czy Bon Iver?

- W jakimś stopniu, ani ten ani ten. Moja muzyka jest porównywana do ich twórczości i totalnie mi się to podoba i lepiej być porównywany do nich niż do byle kogo. Pewni artyści są etapami. Jose Gonzaleza słuchałem przez bite dwa miesiące i lubię sobie wrócić do "Crosses", "Heartbeats" czy "Cyclin Triviliaites", a z twórczości Bon Ivera pamiętam głównie piosenkę "Holocene", która mi towarzyszyła przez jakiś czas. Osobiście jest mi bliżej do Arvo Part i innych bachowskich przelotów. 

Fismoll o pozycji polskiej muzyki:

Na koniec nieco odejdę od muzyki. Wpisałem bowiem twoje imię i nazwisko w wyszukiwarkę i dowiedziałem się o pewnym epizodzie w serialu. Pamiętasz go?

- Pamiętam! Kiedyś tak się złożyło, że zagrałem w filmie. Czarny charakter.

O ile dobrze sprawdziłem, to byłeś tam "kłamczuchem"...

- Tak! Peja Slums Attack na pewno by mnie nie lubił. To było "Magiczne Drzewo" . Niekoniecznie musicie to obejrzeć...

A nie masz ochoty zagrać jeszcze kiedyś w filmie?

- Nie wiem, czy bym potrafił i czy mnie to kręci. Może bardziej wolałbym zagrać w jakieś sztuce w teatrze. Z chęcią bym natomiast zrobił muzykę pod film. Polecam się serdecznie. Kocham robić instrumentalne rzeczy!

Fismoll opowiada o serialu "Magiczne Drzewo":

Dowiedz się więcej na temat: Fismoll

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje