"Faszyzm znów dochodzi do głosu"

To był jeden z najbardziej niespodziewanych powrotów na scenie muzyki alternatywnej. Billy Corgan postanowił skrzyknąć byłych kolegów (i koleżankę) z The Smashing Pumpkins, by na nowo odświeżyć blask jednej z najważniejszych grup niezależnych lat 90. XX stulecia. Jednak realizacja dobrego w zamyśle pomysłu okazał się bardzo trudna, a ostatecznie z klasycznego składu "Dyń" ostali się jedynie Corgan i perkusista Jimmy Chamberlain. Jak twierdzi lider zespołu, gitarzysta James Iha i basistka D'Arcy Wretzky nie wykazali zainteresowania jego koncepcją na reaktywację The Smashing Pumpkins. Stąd album "Zeitgeist", o którym Billy i Jimmy opowiadają w poniższym wywiadzie, powstał w dwuosobowym składzie.

Mówi się, że na komponowanie muzyki wpływ mają przeżycia z dzieciństwa...

Reklama

Billy Corgan: Dorastaliśmy w dosyć pokręconych klimatach. Z jednej strony byli nasi rodzice, którzy słuchali rzeczy z lat 60., a za tym szło całe to przesłanie "I hope I die before I get old" ("Mam nadzieję, że umrę zanim się zestarzeję"). Z drugiej strony kiedy byliśmy młodzi dojrzewała scena niezależna, której credo brzmiało: "Nie możecie się sprzedać!". Niestety, będąc w zespole musisz wejść w ten biznes. Przyznam, że zdarzyło nam się zagrać na kilku firmowych przyjęciach i szczerze tego nienawidziliśmy. Teraz jest inaczej, wszystkie granice zniknęły. Każdy zrobi coś by zarobić pieniądze. Biznes jest okropny...

Pozycja, kiedy musisz z jednej strony funkcjonować w takich okolicznościach i zarazem czuć, że twoja działalność artystyczna jest na wysokim poziomie, jest bardzo specyficzna.

Co miały oznaczać twoje słowa "Chcę z powrotem mój zespół"?

Billy Corgan: Kiedy zakomunikowałem, że chcę mieć z powrotem mój zespół, wyraziłem swoją wolę posiadania znów czegoś, z czego jestem najbardziej dumny. Najlepszej rzeczy jaką udało mi się w życiu zrobić, a którą wyrzuciłem przez okno, by stworzyć coś nowego. Chciałem stworzyć swoje alter ego, nową osobowość. A przecież w The Smashing Pumpkins było miejsce na wszystkie moje twarze...

Wszystko, co zrobiłem po rozwiązaniu zespołu było stawiane w opozycji do "Dyń". Na przykład mój solowy album, który był bardzo elektroniczny. Ludzie pytali się mnie dlaczego wziąłem się za takie brzmienia. A przecież wiele najlepszych utworów The Smashing Pumpkins było elektronicznych. Patrzyli na mnie ze zdziwieniem, drapiąc się po głowie... Musiałem im wiele wytłumaczyć, wytłumaczyć siebie w konfrontacji z olbrzymim symbolem jakim był zespół. Nawet jeśli ten symbol był sztucznie stworzony. Dlatego musiałem ponownie założyć mój uniform super-bohatera, kostium "Zero" i znów być tym gościem z zespołu, by poczuć spokój (śmiech).

Jimmy, jak zareagowałeś na wiadomość o reaktywacji zespołu?

Jimmy Chamberlain: Miałem już wcześniej pewne informacje na ten temat (śmiech), więc nie zaskoczyło mnie to w ten sposób, w jaki zaskoczyło cały świat. Dla mnie to był na pewno punkt zwrotny w życiu. I okazja, by wzmocnić moją przyjaźń z Billym, która tak naprawdę nigdy się nie zakończyła. Od zawsze byliśmy kolegami, a także partnerami przy okazji naszych solowych projektów. Dlatego reaktywacja The Smashing Pumpkins miała i podłoże muzyczne, i duchowe. To było nasze oświadczenie, że nie mamy zamiaru się z niczego tłumaczyć. Jeżeli wam się podoba to, co robimy lub nie podoba, to my i tak to będziemy robić.

Dowiedz się więcej na temat: Billy | świat | rzeczy | Radość | śmiech | piosenki | The Smashing Pumpkins | faszyzm

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje