Dream Theater w Polsce: Poczułem się w obowiązku picia

Dream Theater w komplecie (Mike Mangini w środku) /fot. Larry Busacca /Getty Images

Dream Theater to jeden z najpopularniejszych i najbardziej zasłużonych progmetalowych zespołów świata. Ukochany przez fanów także w Polsce już we wtorek 16 maja zagra swój czternasty koncert w naszym kraju. Tym razem będzie to jednak występ szczególny - w ramach 25. rocznicy wydania przełomowego dla grupy (i progresywnego metalu w ogóle) albumu "Images & Words" materiał z niego będzie wykonany w całości.

Reklama

Wydany w lipcu 1992 r. album "Images And Words" (pierwszy z wokalistą Jamesem LaBrie) sprawił, że kariera Amerykanów nabrała rozpędu. Do dziś sprzedano ponad 600 tys. egzemplarzy, a zespół zdobył dwie nominacje do Grammy.

Występ mistrzów progresywnego metalu odbędzie się w ramach trasy "Images, Words & Beyond".

Reklama

Na kilka dni przed koncertem w katowickim Spodku udało mi się porozmawiać z perkusistą Dream Theater, Mikiem Manginim. Choć jest w składzie dopiero od sześciu lat, Mangini to niesamowicie doświadczony muzyk, który już w latach 90. nagrywał ze Stevem Vai'em, zespołem Annihilator czy Extreme. A w kolejnej dekadzie kilkakrotnie zdobywał tytuł najszybszego bębniarza na świecie... Później jednak poświęcił się pracy nauczyciela w prestiżowym Berklee College of Music. Dziś opowiedział nam o tym, jak dołączył do Dream Theater, jakie ma najciekawsze wspomnienie z Polski i czego szczerze, szczerze, szczerze nienawidził w swoim życiu.

Jordan Babula, Interia: Pod koniec stycznia ruszyliście w jubileuszową trasę koncertową "Images, Words & Beyond". Jak przebiega?

Mike Mangini (Dream Theater): - Wspaniale! Wygląda na to, że ludziom - bardzo się podoba. A koncerty? Są  naprawdę bardzo potężne. Jest więc świetna zabawa i okazja do spalenia mnóstwa kalorii.

Lubisz taką formułę występów? Na przykład kiedy Metallica gra na żywo cały "Czarny Album"?

- Cóż... Chyba nigdy nie oglądałem czegoś takiego, prawdę mówiąc. Nie przypominam sobie. Wiesz, rzadko bywam widzem, zwykle to ja jestem na scenie.

W takim razie jak ci się wydaje, co jest fajnego w takich koncertach?

- Że dają ludziom radość. Czynią ich szczęśliwymi. Serio! Wiesz - widzowie znają piosenki, a my je gramy z mocą, bardzo się angażując. To świetna rzecz, bardzo pozytywne doświadczenie.

Było jasne od samego początku, że świętowanie 25 rocznicy wydania "Images & Words" przyjmie taką formę?

- Tak, nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek rozważał inne koncepcje. Nie mieliśmy żadnego wyboru (śmiech). To jest album, który dla absolutnej większości fanów jest po prostu najważniejszy.

Jak dobraliście resztę repertuaru? W końcu samo "Images & Words" to trochę z mało.

- Musieliśmy sobie najpierw uświadomić, że fani chcą usłyszeć jeszcze coś do tego (śmiech). Jednak jak zostały wybrane - tego nie wiem, musiałbyś spytać Johna Petrucciego.

Nie mieliście za dużo czasu na przygotowania - trasę promującą album "The Astonishing" zakończyliście w grudniu 2016.

- O tak, to było szaleństwo. Po wielomiesięcznej trasie nie mogłem spokojnie wrócić do domu i spędzić czasu z rodziną. Zamiast bawić się z moimi dziećmi, uczyłem się utworów. Ale cóż, taka robota! A opracowywanie utworów Dream Theater jest naprawdę wymagające. Nie chodzi tu bowiem po prostu o nauczenie się swoich partii, które i tak są skomplikowane, ale o wpasowanie się w całą produkcję koncertu. To nie tylko granie muzyki, ale pamiętanie o wszystkich zmianach, o światłach - naprawdę duże obciążenie.

Czyli nie jest to wyłącznie dobra zabawa?

- Cóż... myślę, że jest! Ja to uwielbiam, bowiem wymaga to ode mnie całkowitego skupienia się na tym, co robię. Wyczyszczam swój umysł z wszelkich myśli, zajmuję się wyłącznie liczeniem, parzeniem na rzeczy i uderzaniem w nie. Serio! Gdybym robił inaczej, Bóg jeden wie, co mogłoby mi się zalęgnąć w głowie. Gdy mam koncert, myślę jedynie o tym, że wejdę na scenę, usiądę za bębnami i będę w nie tłukł. To robi dobrze mojemu ciału, publiczność się uśmiecha, otacza mnie muzyka - czego mógłbym chcieć więcej?

Czy to twój normalny sposób pracy, czy może konsekwencja tego, że muzyka Dream Theater jest taka skomplikowana?

- Zawsze tak pracuję, natomiast z muzyką Dream Theater jest taki problem, że jeśli popełnisz błąd grając, naprawienie go jest niewyobrażalnie trudne, czy wręcz niemożliwe. To tak jakby pociąg wypadł z toru - musi się rozbić. To nie jest muzyka oparta wyłącznie na feelingu. Tu wszystko jest wyliczone. Poważniejszy błąd sprawi, że cała konstrukcja się zawali. A ludzie, wiadomo, są słabi, niedoskonali.

- Trzeba się więc bardzo pilnować, nieustannie starać. Zresztą wiesz, u większości zespołów metrum nie zmienia się w trakcie piosenki i nawet jak się potkniesz, to i tak wiesz,gdzie jesteś. Tu metrum zmienia się non stop, nie możesz więc zagrać czegokolwiek.

Rola perkusisty w zespole takim jak Dream Theater wydaje się wyjątkowo trudna.

- Jakby to powiedzieć... Ja tkwię za bębnami. Jestem zablokowany przez drewno i metal, które odgradzają mnie od wszystkiego. I nie mam pojęcia, co by się działo gdybym był bliżej ludzi. Pewnie bym się chichotał, skakał w publiczność i w ogóle - robił głupie rzeczy. Może więc lepiej, że jestem tam, gdzie jestem. (śmiech)

W jakich okolicznościach usłyszałeś "Images & Words"?

- To była pierwsza połowa lat 90. Jeden z moich uczniów przyniósł mi ten album na zajęcia. I oczywiście szalenie mi się spodobało. To znaczy - lubię wiele gatunków muzycznych, jeśli są dobrze zagrane i dobrze brzmiące. Czemu więc miałoby mi się nie podobać? Ta płyta jednak zwracała uwagę poziomem energii, jaki miała - był naprawdę bardzo wysoki. I stały. Nie było na niej momentów spadku napięcia. Stały dźwięk, stała energia. Sądzę, że to trafia do ludzi.

- Poza tym muzyka była skomponowana w ten sposób, że nie była zbyt szalona - album był złożony, ale nie w stopniu przesadnym. Brzmiał, jakby został stworzony z wielką dbałością o wszystkie szczegóły, przez zgraną grupę świetnych muzyków. I ludzie to docenili.

Jesteś członkiem Dream Theater od 2011 roku, dostałeś się do składu konkurując z szeregiem świetnych bębniarzy, a przesłuchania można obejrzeć w sieci na filmie "Dream Theater - The Spirit Carries On". Jak to wspominasz?

- To, że udało mi się dołączyć do Dream Theater to po prostu najprawdziwszy cud. Nie ćwiczyłem praktycznie od dziesięciu lat, po drodze miałem operację nóg, w wyniku czego straciłem dużą partię mięśni. I nie miałem czasu, żeby się przygotować. Dostałem trzytygodniowy termin, a w tym czasie w Berklee College miałem najbardziej zawalony tydzień w roku. A później poleciałem na 9 dni do Ameryki Południowej - gdzie miałem wcisnąć bębny? Kiedy wróciłem, musiałem wstać o 5:30 rano, żeby zdążyć do szkoły. Dlatego bębnom poświęcałem każdą sekundę wolnego czasu. W przerwie na lunch robiłem sobie transkrypcje, między zajęciami siadałem za perkusją. Robiłem wszystko, żeby nie przepuścić tej okazji. To, że znalazłem coś w muzyce Dream Theater, co mogłem wziąć do serca i do głowy i zgrać, było darem, który dostałem nie wiem od kogo (śmiech).

To była dla ciebie wielka sprawa, prawda?

- O tak. Tym bardziej, że zachodziły bardzo duże zmiany w organizacji szkoły i żeby utrzymać tam pracę, musiałbym mocno się w nie zaangażować, poświęcić mnóstwo dodatkowego czasu i podjąć kilka ważnych decyzji. A przecież pragnąłem być muzykiem, grać w zespołach.

- Dlatego na filmie, gdy otrzymałem informację o przyjęciu do składu, dałem się ponieść emocjom i się rozpłakałem. Stało się tak, bo uświadomiłem sobie, że nie będę musiał więcej tkwić w korku w drodze do pracy i walczyć o miejsce parkingowe. Szczerze, szczerze, szczerze nienawidziłem jazdy samochodem przez zatłoczone miasto i szukania miejsca do zaparkowania. Z całego serca. Dlatego możliwość ucieczki od tego była darem niebios.

- Nie oznacza to, że nienawidziłem uczenia - w szkole czułem się bardzo dobrze, lubiłem swoich kolegów, lubiłem uczniów. Ale kiedy uzmysłowiłem sobie, że skończy się dla mnie męczarnia podróżowania samochodem, nie mogłem powstrzymać się od płaczu. Ale to był tylko drobny szczegół. Pomyśl o tym przez chwilę: perkusista w moim wieku i w mojej sytuacji aby utrzymać rodzinę nie może po prostu założyć nowego zespołu, bo nie zarobiłby na rachunki. Musi trafić do zespołu, który naprawdę jest bardzo znany i odniósł sukces. I takich zespołów jest trochę, ale dołączyć do nich można tylko, jeżeli perkusista odejdzie, zostanie wyrzucony lub umrze. Czyli musiałbym zakładać, że kogoś spotka coś złego. Kto chciałby liczyć na coś takiego? Dlatego powtarzam: spotkał mnie cud.

Byłeś z Dream Theater w Polsce sześć razy, przyjeżdżałeś też na warsztaty perkusyjne. Masz jakieś szczególne wspomnienie z mojego kraju?

- Pamiętam, jak pewnego razu Maciek, naczelny magazynu "Perkusista" zaprosił mnie do restauracji. I w ramach posiłku musiałem spożyć substancję przypominającą grappę (Mike'owi chodzi zapewne po prostu o wódkę - przyp. aut.). W mojej głowie natychmiast pojawił się głos jednej z moich babć, po prostu słyszałem jej słowa: musisz coś zjeść, chociaż troszeczkę - które zawsze słyszałem podczas przyjęć świątecznych. Wiesz, ten przymus, aby zjeść albo wypić coś, na co kompletnie nie masz ochoty.

- No i poczułem się w obowiązku picia, bo był to element całego posiłku. Moja babcia, która jest Włoszką, a Włochy - wiadomo - Europa, czyli określony zestaw norm i zasad grzeczności przy stole. Czyli, że po prostu nie wolno ci odmówić! A po jednym kieliszku przyniesiono następny... Ja nie piję takich mocnych trunków, wolę piwo czy ostatecznie wino. Wielkie szczęście, że tego wieczoru nie musiałem grać na perkusji - bo nie dałbym rady. (śmiech)

Dowiedz się więcej na temat: Dream Theater | wywiady

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje