Bartosz Waglewski: Świat muzyczny zmienił się i nie twórzmy z Jarocina skansenu

- Moje założenie było takie, że jeśli ktoś chce włączyć mnie w proces tworzenia tego festiwalu, to musi liczyć się z tym, że będę chciał wnieść do niego to, z czym się utożsamiam - mówi nam Bartosz Waglewski, czyli Fisz. Z muzykiem rozmawiamy m.in. o Jarocin Festiwalu, który w tym roku prezentuje się w nowej, odświeżonej formule. Fisz i jego brat Emade zostali ambasadorami i kuratorami tego wydarzenia.

- Jesteśmy w innym momencie naszej twórczości, nie musimy się już ścigać - mówi Fisz

Łukasz Kowalka: - W ubiegłym roku wydaliście album "Drony". Podczas jednego z koncertów w ramach trasy promującej, uświadomiłem sobie, jak ogromną ewolucję przeszła wasza muzyka od chwili, gdy po raz pierwszy użyta została nazwa Tworzywo Sztuczne, a przynajmniej jej pierwszy człon, którym dziś podpisujecie swoją twórczość. Zauważyłem wówczas, że na scenie stoi rasowy zespół, który panuje nad ogromną publicznością, potrafi zbudować nastrój wielkiego widowiska, pochwycić i utrzymać uwagę widzów. Kiedy poczułeś, że przyszedł moment, w którym Tworzywo nie jest już jednym z kilku twoich wcieleń, projektem grającym klubowe koncerty, a potężną machiną doskonale radzącą sobie na największych scenach?

Reklama

Bartosz Waglewski: - Momenty osiągania poszczególnych etapów w naszej ewolucji, są dla mnie trudne do wychwycenia, gdyż każda trasa czy sesja nagraniowa danego albumu to pewnego rodzaju etap, który rozpoczyna się i kończy, a gdy się kończy, to oznacza, że zrobiliśmy kolejny krok naprzód. Wszystkie te chwile wspominam bardzo miło, każda z nich wiązała się z rozwijaniem się, a przecież w międzyczasie zmieniały się składy, zmieniały się miejsca, w których graliśmy, zmieniła się także nasza nazwa - nie nazywamy się już Tworzywo Sztuczne, zostaliśmy przy samym Tworzywie.

Każda z tych zmian budzi nowe pokłady ciekawości i mobilizacji - przed nami nowe doświadczenia, ale i nowe wyzwania związane z docieraniem się, odnalezieniem się w nowej sytuacji. Ten rozwój, o którym wspominałem, ma miejsce dzięki ludziom, próbom porozumienia się nawzajem. Z obecnym składem w okresie wydania płyty "Mamut" uświadomiliśmy sobie, że doszliśmy do momentu, w którym wszystkie te elementy - komunikację w zespole i na scenie, opanowanie gry - kontrolujemy w stopniu, do jakiego dążyliśmy. Cel został osiągnięty i mogliśmy pozwolić sobie na coś więcej niż tylko wypełnianie planu - pojawiło się więcej swobody, która pozwoliła nam jeszcze bardziej się rozwinąć.

Wszystko, co było wcześniej, było dla nas równie ważne, lecz było przede wszystkim etapem dążenia do obecnego poziomu, o czym dopiero teraz, grając na wielkich scenach, zdajemy sobie sprawę. Wcześniej stawialiśmy na energię, na to by za wszelką cenę "zdobyć" publiczność. Dziś możemy pozwolić sobie na budowanie kształtu naszego koncertu, na zmianę jego tempa, na skupianie się na poszczególnych elementach. Przy okazji ostatnich występów dopracowywaliśmy nawet momenty ciszy, by tworzyły spójną całość z muzyką.

Jesteśmy w innym momencie naszej twórczości, nie musimy się już ścigać. Nie musimy od początku do końca stawiać na energię, dawać ją publiczności i robić wszystko, by otrzymać ją z powrotem. Obecnie nasze koncerty mają spokojny początek, nie boimy się "uspokoić" aranżacji niektórych bardziej przebojowych utworów. O ile zespołem możemy nazywać się od dłuższego czasu, o tyle dopiero gra na dużej scenie była prawdziwym testem naszych umiejętności i doświadczenia.

Przed nami Jarocin Festival, którego jesteście nie tylko ambasadorami, lecz także kuratorami, co oznacza, że nie jesteście jedynie twarzami imprezy, lecz również współorganizatorami biorącymi czynny udział w kształtowaniu się programu tegorocznej edycji. Jak podchodzisz do tak odpowiedzialnej roli? Jak postrzegasz zmiany dokonujące się w myśli przewodniej Jarocina?

- Przyznam, że w momencie otrzymania propozycji włączenia się w tworzenie Jarocina jako ambasador-kurator, byłem sceptycznie nastawiony. Wiesz, pamiętam Jarocin z końca lat 80., pamiętam jakim wielkim wydarzeniem było opuszczenie szarego blokowiska, przejechanie pół Polski, żeby zobaczyć koncert heavy metalowy, tych wszystkich ludzi, ich fryzur czy ubrań. Tamten Jarocin chciał zmian w kraju, który się nie zmieniał. Następnie zaczął zmieniać się kraj, a Jarocin już nie.

Każdy człowiek dochodzi do momentu, w którym zaczyna kształtować swój własny muzyczny świat. Dla mnie takim momentem były lata 90., pojawienie się producentów, didżejów, MC czy rozwój sceny techno. Wszystkie te elementy mniej lub bardziej stały się nierozerwalną częścią obecnej muzyki. Dziwi mnie zatem ta hermetyczność Jarocina i przekonanie, że Jarocin został zawłaszczony przez muzykę punk rockową. Przecież na Jarocinie występowali Republika, Stanisław Soyka czy Lech Janerka. Moi zagraniczni znajomi wielokrotnie dziwili się, iż w kraju mającym w latach 80. tak ograniczony dostęp do światowych nowości, na Jarocinie obecna była taka różnorodność gatunkowa, wszystko brzmiało doskonale, było grane przez świetnych muzyków.

Myśl "Jarocin to punk rock" nie jest myślą, z którą się utożsamiam. Starajmy się spojrzeć szerzej na ideę festiwalu - skoro kiedyś sztandarem imprezy była wolność, to dlaczego dziś chcemy się ograniczać do jednego gatunku? Ideą Jarocina było danie możliwości głosu muzyce, która nie miała głosu w radiu czy telewizji. Dziś nic nie stoi na przeszkodzie, by tę ideę kultywować, jednak trzeba wziąć pod uwagę, że zmienia się czas i zmienia się muzyka, która zabiera głos. W latach 90. był nią hip hop, później scena grunge’owa. Sam punk rock także zmienił swoje oblicze i coraz rzadziej utożsamiany jest z tym, z czym był w latach 80. Zmienił się świat i punk rock też musiał się zmienić. Dziś nie jest już wiodącym nurtem, a wręcz przeciwnie - nie jest nurtem, który funkcjonuje w świadomości szerszej publiczności. Mówimy jednak o gatunku, z kolei czymś innym jest duch tej muzyki, który świetnie odnalazł się w innej stylistyce, choćby we wspomnianym hip-hopie czy grunge’u.

Jest to kolejny powód, dla którego dołączyłem do Jarocina. Ten duch będzie unosić się nad tą imprezą, lecz nie oznacza to, iż będzie on obecny w takiej formie, jak te 30 lat temu. Świat muzyczny zmienił się i nie twórzmy z Jarocina skansenu. Weźmy to, co najlepsze ze starej i nowej formuły - choćby konkursy, po których widać, jak wiele młodych zespołów reprezentujących nowe brzmienie chce zagrać na tej legendarnej scenie. Te zespoły nie boją się tego, że nie grają punk rocka i jak widać po głosowaniu, nie przeszkadza im to w osiągnięciu sukcesu, co pokazuje, że publiczność także oczekuje nowości.

Wspomniałeś o określeniu "skansen". Do podobnej myśli odwołał się wasz tato, Wojciech Waglewski, który w rozmowie z Interią powiedział, że "chciałby, by Jarocin wydoroślał". Co sobie zakładaliście podczas prac nad kształtem tegorocznej edycji festiwalu? Czy z jednej strony puszczaliście oko w kierunku przeszłości i staraliście się nie wybiegać aż tak daleko od dawnej formuły, czy może jednak mieliście ochotę pozwolić sobie na szaleństwo i innowację?

- Moje założenie było takie, że jeśli ktoś chce włączyć mnie w proces tworzenia tego festiwalu, to musi liczyć się z tym, iż będę chciał wnieść do niego to, z czym się utożsamiam. A tym, z czym utożsamiam się ostatnio najbardziej, jest okres lat 90., czas, w którym muzycy nie musieli już nagrywać w studiach. Myślę, że te lata nie są jeszcze "muzycznym skansenem" ani dla mnie, ani dla jarocińskiej publiczności. Wystarczy spojrzeć na współczesne zespoły, które pełnymi garściami czerpią ze stylistyki sprzed dwóch dekad, czego przykładem niech będzie ogromna popularność sampli pochodzących z nagrywanych wówczas utworów. To pokazuje, jak istotny był to czas w muzyce - pomyślmy sobie, jak wyglądały współczesny pop, a wdając się w szczegóły, zastanówmy się, gdzie byłaby pozycja sekcji rytmicznej, tak ważnej w latach 90. Mówię to jako artysta i słuchacz stojący nieco w rozkroku. Z jednej strony spadek po latach 80. i 90. jest bliski mojemu sercu, zwłaszcza gdy mówimy o post rocku w stylu Pixies czy późniejszym rozwoju sceny grunge. Z drugiej mam świadomość, jak muzyka ewoluuje i nie powinniśmy się temu przeciwstawiać. Historia lubi zataczać koła, dziś zatacza je nad latami 90. Chwilę temu to samo działo się z latami 80., co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Pomyślmy choćby, ile polskich zespołów, które powstały w ostatnich latach, opiera swoją twórczość na brzmieniu syntezatorów.

Wybór artystów, których postanowiliśmy zaprosić do zagrania na Jarocinie, jest kompromisem pomiędzy własnymi przemyśleniami na temat Jarocina, a odczuciami związanymi z tym, czego tak naprawdę słuchamy. Stąd choćby Kaliber 44, który udowodnił, że hip-hop potrafi doskonale odnaleźć się w języku polskim. Inni artyści to reprezentanci bardziej eklektycznych stylistyk, lecz ściśle związanych z brzmieniem miasta, z tym co pozostawiła po sobie scena didżejska lat 90.

Właśnie o jednego z twoich gości chcę zapytać. Jono McCleery. Nie ukrywam, że zaskoczył mnie ten wybór, bo oto mamy artystę, którego muzyka jest bardzo wrażliwa, intymna. Skąd ten wybór?

- Jono McCleery chodził mi po głowie od dawna, zwłaszcza że jego twórczość często gości w audycji, którą prowadzę z ojcem, "Magiel Wagli". Poza tym mam ogromną słabość do wytwórni Ninja Tune, która dla młodych ludzi może być czymś mało interesującym, to jednak ma portfolio wypełnione wspaniałymi, różnorodnymi artystami. Z jednej strony mamy czołowych reprezentantów instrumentalnego hip hopu, doskonałych raperów zrzeszonych pod szyldem oddziału Big Dada, a z drugiej producentów świetnej muzyki tanecznej czy elektroniki. Jono McCleery przekonał mnie tym, że z jednej strony ma bardzo klasyczne podejście do komponowania piosenek, a z drugiej opiera swoje brzmienie na dorobku takich nazw jak The Cinematic Orchestra, a nawet Amon Tobin. Jego muzyka jest pełna kontrastów, dlatego myślę, że idealnie pasuje do Jarocina.

Prócz bycia odpowiedzialnym za to, kto pojawi się na jarocińskiej scenie, sami także zagracie na festiwalu. Czy szykujecie coś specjalnego na tę okazję?

- Cały czas zastanawiamy się nad tym, co zagramy. Na pewno pojawi się kilka starszych rzeczy, choćby materiał z albumu "Zwierzę Bez Nogi", a nawet wcześniejsze numery. Na scenie obecny będzie także Wojciech Bonowicz, jednej z czołowych polskich poetów, którego twórczość jest czymś międzypokoleniowym i niezwykłym. Myślę, że taki element w czasie koncertu o 1 w nocy będzie czymś mocnym i wyrazistym. Z całą pewnością publiczność może liczyć na nowsze nagrania, choć jestem pewien, iż pojawi się kilka momentów zaskoczenia.

Współpraca redakcyjna: Justyna Grochal

Dowiedz się więcej na temat: Fisz | Tworzywo Sztuczne | Jarocin Festiwal

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje