"Nie powtarzać się"

Każda wizyta w Polsce brytyjskiej formacji Porcupine Tree wzbudza wielkie zainteresowanie fanów. Nie tylko dlatego, że Steven Wilson i jego koledzy zawsze podkreślali, iż bardzo lubią u nas występować, lecz również z tego powodu, że każda wizyta Porcupine Tree wiąże się z promocją nowego, godnego uwagi albumu. Nie inaczej było na początku kwietnia 2003 roku. Steven Wilson, Richard Barbieri, Colin Edwin i nowy perkusista Gavin Harrison zawitali wówczas do Polski na trzy koncerty, aby promować nową płytę Porcupine Tree, zatytułowaną "In Absentia", która w Europie ukazała się na dwóch dyskach. Na kilka godzin przed krakowskim koncertem, Steven Wilson znalazł chwilę na opowiedzenie Lesławowi Dutkowskiemu między innymi o współpracy z Michaelem Akerfeldtem z Opeth, Timem Bownessem w ramach projektu No-Man, fascynacji muzyką Morbid Angel, udziale w nagraniu albumu supergrupy OSI i nagrywaniu dla dużej wytwórni płytowej.

Steven, na płycie "In Absentia" znajduje się utwór "The Sound Of Muzak", którego tekst - jak sądzę - jest twoją opinią o biznesie muzycznym. Śpiewasz w nim między innymi: The music of rebellion, makes you wanna rage, but it's made by millionaires, who are nearly twice of your age". A zespół Porcupine Tree podpisał przecież umowę z wytwórnią Lava/Atlantic i musicie współpracować z milionerami niewiele starszymi od siebie, aby sprzedawać to, co nagracie. Nie ma w tym jakieś sprzeczności?

Reklama

Nie, nie ma. Wydaje mi się, że ten tekst nie jest do końca dobrze interpretowany. Dla mnie "The Sound Of Muzak" nie jest tak do końca o muzycznym biznesie. Jest to utwór o tym, jak ludzie, zwłaszcza młodzi ludzie, odnoszą się dziś do muzyki. To jest zupełnie inna relacja od tej, która istniała, kiedy ja dorastałem. Obecnie młodzi ludzie szukają związków z muzyką w bardziej leniwy sposób. Z mniejszą uwagą. Poza tym jest konkurencja ze strony komputerów, MTV, telefonów komórkowych - generalnie wszystkiego, co dziś posiadają młodzi ludzie. Te wszystkie prezenty od cywilizacji zredukowały znacznie zainteresowanie muzyką.

Ja dorastałem w latach 80. Wtedy muzyka była czymś wyjątkowym, a czymś najważniejszym było posiadanie albumu. To była wyjątkowa podróż trwająca jakieś 45 minut. Współcześnie jesteś przyzwyczajony do ściągania mp3 ze swoimi ulubionymi kawałkami. Cała magia, tajemniczość albumu, już odeszła, zaś młodzi ludzie są przyzwyczajeni do doświadczania muzyki popowej czy rockowej w postaci trzyminutowych fragmentów dźwiękowych.

Zwrot The music of rebellion dla mnie oznaczał szukanie swojej własnej tożsamości. Szukanie i wybieranie swojej muzyki, która - nie da się ukryć - była rebelią przeciwko rodzicom. To bardzo istotna część dorastania. W tym czasie dokonujesz rebelii przeciwko swoim rodzicom.

Obecnie, po raz pierwszy w historii rock and rolla, jest tak, że muzyka, której słuchają dzieciaki, jest bardziej konserwatywna od tej, której słuchali ich rodzicie. Rodzicie słuchali Led Zeppelin, Pink Foyd, King Crimson, Davida Bowiego, Alice Coopera, The Doors. Dzieciaki słuchają Marilyn Mansona, który jest trzecią generacją tego, co robił David Bowie w czasach Ziggy'ego Stardusta, czy Alice Cooper. Dzieciaki słuchają Limp Bizkit, Korn czy Linkin Park, które są znakomicie rynkowo wypromowanymi i wyprodukowanymi wersjami tego, co powiedzmy jakieś 20 lat temu było uważane za coś niebezpiecznego i kontrowersyjnego. Nie wydaje mi się, aby w Limp Bizkit i Korn była jakaś szczególna złość. Są tacy, bo dzieciaki chcą coś takiego dostać i to jest coś, co się sprzedaje. Moim zdaniem Johnny Rotten 25 lat temu miał w sobie prawdziwą złość.

Jak widzisz nie jest to piosenka o biznesie muzycznym tylko o tym, jak młodzi ludzie odnoszą się i podchodzą do słuchania muzyki. Nie do końca jestem przekonany, czy przemysł muzyczny ponosi za to wyłączną winę. Na przykład ludzie w Lava/Atlantic wprost marzą o tym, aby powróciły czasy, kiedy mieli u siebie takie zespoły, jak Led Zeppelin, które sprzedają milionowe nakłady każdej swojej płyty. Dziś robią wszystko, aby zespół uczynić sławnym, ale często jest tak, że jedna płyta sprzedaje się w milionach egzemplarzy, a po drugiej wszyscy mogą zapomnieć o zespole. I wszystko muszą zaczynać od nowa.

Wydaje mi się, że ludziom w wytwórni też się to nie podoba. Woleliby mieć zespół, w stosunku do którego publiczność mogłaby być lojalna. Dziś nie ma czegoś takiego, jak lojalność względem artysty. Zresztą jak może być, skoro istnieją tysiące zespołów typu Papa Roach czy Taproot, które brzmią dokładnie tak samo. Sądzę, że wytwórnie też są taką sytuacją sfrustrowane.

Dowiedz się więcej na temat: wizyta w Polsce | koncerty | braci | morderca | blackwater | śmiech | metal | park | wilson | wizyta | muzyka | młodzi ludzie | MAN | utwór | Nie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje