"Cudownie trudny Robert Fripp"


Pierwsza płyta angielskiej grupy King Crimson, "In The Court Of The Crimson King" z 1969 roku, rzuciła cały świat na kolana. Takie kompozycje, jak "21st Century Schizoid Man", "Epitaph" czy "The Court Of The Crimson King", na stałe weszły do rockowego kanonu, który uzupełniony został przez wiele kompozycji z późniejszych albumów formacji.

Reklama

King Crimson stał się zespołem wyjątkowym, któremu obce było uleganie obowiązującym w danym czasie modom i trendom. Co ważne, sam stał się inspiracją dla innych wykonawców.

Wydana w 2000 roku studyjna płyta "The ConstruKtion Of Light", nie wszystkim przypadła do gustu. Ale Robert Fripp, mózg King Crimson, nie zwykł się opiniami innych przejmować. Ci, którzy wieszali na zespole psy po wydaniu albumu, później musieli bić się w piersi. "The Power To Believe", nowe dzieło King Crimson, które swoją premierę miało w lutym 2003 roku, to album niezwykły. W każdym razie na pewno o wiele bardziej od poprzednika przypadł on do gustu Patowi Mastelotto, od połowy lat 90. perkusiście King Crimson.

Ten 48-letni muzyk jest postacią doskonale znaną na muzycznej scenie. Świat usłyszał o nim w latach 80., kiedy na szczytach list przebojów znajdowały się nagrania "Broken Wings" i "Kyrie" zespołu Mr. Mister, w którym wówczas grał. Pat ma także na koncie współpracę w studiu z wieloma artystami, by wymienić choćby Pointer Sisters, duet Darryl Hall i John Oates, Martikę, Ala Jarreau, Patti LaBelle, The Rembrandts czy XTC. Ma także własny projekt MasticA.

Lesław Dutkowski pytał Pata Mastelotto głównie o King Crimson, ale nie zabrakło też pytań o inne fragmenty bogatej biografii muzyka rodem z Kalifornii.


Pomiędzy wydaniem albumu "The ConstruKtion Of Light" a nową płytą "The Power To Believe" upłynęło sporo czasu. Co działo się z King Crimson w tym okresie?

Po wydaniu "The ConstruKtion Of Light" koncertowaliśmy przez blisko rok. Później zaczęliśmy pisanie nowego materiału. Zdarzyło się więc nam trochę występować z nowymi kawałkami, aby zobaczyć, jak przyjmowane są przez ludzi. Potem trafiły się trasy z Tool i Johnem Paulem Jonesem. Tak więc nasz kalendarz był dość szczelnie wypełniony.

Mieliśmy zamiar nagrywać kolejna płytę już dawno temu, mniej więcej w styczniu 2002 roku. Nie mogliśmy jednak zacząć, bo inżynier dźwięku, z którym chcieliśmy pracować, był nieosiągalny. Tak więc kilka razy przekładaliśmy nagrania. Szkoda, bo zespół tuż po trasie grał znakomicie, ale musieliśmy czekać od sześciu do dziewięciu miesięcy, zanim nagrania w ogóle się zaczęły. Same nagrania nie zabrały wiele czasu. Od sześciu do dziewięciu tygodni.

Lubicie pracować tak szybko, czy raczej lepiej jest, gdy spędzacie na nagraniach więcej czasu?

Dla mnie nie ma to większego znaczenia, a wszystko zależy tak naprawdę od materiału. Ja lubię szybko nagrywać i improwizować przy tym, bo potem mam czas, aby wszystkiego posłuchać i dokonywać właściwych wyborów. Wówczas mam też czas, by zastanawiać się na wyborami, których dokonaliśmy i nabrać odpowiedniego dystansu. Jeżeli na przykład przez miesiąc nie będziesz słuchał nagranego materiału, a później go sobie włączysz, znów będziesz miał świeże spojrzenie na całość. Dzięki takiemu podejściu zawsze słyszę pewne drobne rzeczy, które można by zrobić lepiej. Ta płyta była pod tym względem inna, bo nie było czasu na żadne refleksje. Zaraz po skończeniu rejestrowania materiału zabraliśmy się za miksowanie.

Czy jesteś zadowolony z materiału na "The Power To Believe"?

Ja nigdy nie jestem do końca zadowolony. Uważam, że jest dobry. Nie jestem też rozczarowany. Chodzi o to, że jeszcze nie nagrałem płyty, z której byłbym w stu procentach zadowolony.

Dowiedz się więcej na temat: cały | kolana | organy | świat | lekcje | los | Los Angeles | nagrania | śmiech | robert

Reklama

Wasze komentarze (0)

Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje