Amorphis: Najszczęśliwszy zespół na świecie

18 maja Amorpis zaprezentował nową płytę "Queen of Time". Fani zespołu będą zadowoleni. Finowie nadal stawiają na melodyjne utwory łączące ciężkie brzmienia z pogranicza death metalu z cukierkowością znaną takim wykonawcom, jak chociażby Luca Turilli.

Amorphis prezentuje nowy album

Pod koniec marca z wizytą promocyjną w Warszawie pojawili się wokalista Tomi Joutsen i założyciel Amorphis, gitarzysta Esa Holopainen. To właśnie oni opowiedzieli Adamowi Drygalskiemu o nowej płycie, melodii i powrocie po latach basisty Olli Pekka Laine'ego.

Reklama

Adam Drygalski, Interia: W Polsce zima trwa około pół roku. Jak sobie radzicie z mrozem w Finlandii, bu tu wszyscy mamy go dość.

Amorphis: - A wiesz, że wyszły ostatnio jakieś badania i podobno jesteśmy najszczęśliwszym narodem w Europie? To niebywałe! Nie Włosi, nie Hiszpanie a my! Czytałem też inne opracowania, z którego wynika, że samobójstwa zdarzają się zdecydowanie częściej niż w innych krajach. Wniosek płynie z tego jeden: ludzie w Finlandii odbierają sobie życie ze szczęścia!

A was cieszy nowa płyta?

- Minęły trzy lata od poprzedniej. To normalna kolej rzeczy. Trasy koncertowe, odpoczynek i powrót do studia. Nam zabiera to mniej więcej to tyle czasu. Po "Under The Red Cloud" w dwa lata zagraliśmy ponad dwieście koncertów. To naprawdę jest ogrom pracy. Nie było żadnych przerw spowodowanych tym, że mieliśmy siebie dość.

Po przesłuchaniu tej płyty doszedłem do konkluzji, że dla Amorphis najważniejsza w muzyce jest melodia.

- Bo tak jest. To taki znak rozpoznawczy. Nie chcemy popadać w rutynę i schematy, stąd staramy się cały czas zaskakiwać. To nie są typowe metalowe patenty. Dużo w nich melancholii, może nawet smutku. W każdym utworze musi coś się dziać. Nieważne czy to jest gra klawiszy, czy gitar. Staramy się zrobić coś co zapada w pamięć. Jeśli słuchałeś tej płyty raz, albo dwa, to na pewno wiele ci umknęło. Są frazy, które słychać od razu, ale jest wiele patentów, które tak zagraliśmy, że odnajdziesz je dopiero wtedy, kiedy dasz tej płycie trochę czasu. Niby to tylko dziesięć kawałków, ale żeby je poznać, potrzebujesz trochę czasu.

Partii wokalu w "Daughter of Hate" nie będę jednak w stanie zrozumieć, dopóki nie nauczę się fińskiego. Wybieram więc drogę na skróty. O czym jest ta konkretna zwrotka śpiewana w waszym ojczystym języku?

- Po raz pierwszy autor naszych tekstów Pekka Koivunen zabrał głos! To on odpowiada za tę melodeklamację. W pierwszej wersji to ja miałem nagrać tę partię, ale doszliśmy do wniosku, że jak zaczynam mówić, jak angielski gentleman, brzmi to idiotycznie. To jeden z najbardziej wzruszających momentów na płycie. Nie powiem ci, czego dotyczy ten fragment. Niech to brzmi jak jakaś przedziwna opowieść, gdzie brzmienie jest na pierwszym planie a sens słów gdzieś migocze w tle.

Na każdej płycie są momenty, do których wraca się częściej. "We accursed", to dla mnie taki moment.

- Cholera, nie pamiętam, jak wpadliśmy na ten konkretny numer! Mieliśmy wtedy chyba siedemnaście, czy osiemnaście utworów. Wszystkie traktowaliśmy jednakowo, każdemu daliśmy szansę wybrzmieć w pełnej aranżacji. Ale zgadzam się! To bardzo dobry kawałek! Powinien dobrze prezentować się na żywo.

Do zespołu wrócił Olli Pekka Laine. Jak do tego doszło?

- Po siedemnastu latach nasz basista Nicklas postanowił założyć swój własny projekt. To była jego decyzja. Teraz z eks-gitarzystą HIM, Linde, chcą stworzyć coś nowego. Trzymam za nich kciuki. Wiem, że razem zrobią coś naprawdę wartościowego. Potrzebowaliśmy więc uzupełnić skład i Olli-Pekka był pierwszym skojarzeniem. Nie było lepszego rozwiązania. Nie było to takie proste, bo od 1999 roku, kiedy od nas odszedł, zdążył już sobie poukładać życie na nowo. Normalna praca i te sprawy. A tu wracasz do zespołu, jedziesz w trasę. To zupełnie inny świat.

Jak się czujecie po ostatnim miksie? Jaka jest dla was ta płyta?

- Czujemy, że odżyliśmy. Proces twórczy przebiegał bez jakichś większych przeszkód. Zaczyna się tak, że pracujemy nad pomysłami, wysyłamy sobie dźwięki, teksty. Potem to się zazębia i nabiera tempa. Potem dołączył się do tego nasz producent, Jens. Jak zwykle dużo pracy, pewnie też zmęczenia, po to żeby efekt był jak najlepszy.

- Oczywiście, to była ciężka praca, ale to część zobowiązania wobec ludzi. Nic co dobre, nie przychodzi ot tak. Trzeba trochę się przemęczyć. Na pewno dobrze mieć takiego gościa, jak Jens, bo z perspektywy czasu sądzę, że wszystkie wybory, które podjął były trafne. Był kapitanem drużyny, tak bym go określił.

Dowiedz się więcej na temat: Amorphis | wywiady

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje