Wódka na Allegro

Dawno mnie nie było, bo świat sztuki porwał mnie na dobrą chwilę, a że świat zdrowia mu w tym nieco przeszkadzał, znalazłem się w imadle. Mam nadzieję, że się nie gniewacie za bardzo. No, to zaczynamy.

* * *

Reklama

Poszukajcie gdzieś nagrań niejakiej Imogen Heap (nie jest to łatwe), bo wokół niej będziemy się dziś krzątać, ucząc się przy okazji organizowania alkoholu w czasach prohibicji. Piosenka "Hide and Seek" powinna was mocno przetrącić. Jak nie - to znak, że nie macie serca, nic a nic.

* * *

Wiadomość o tym, że pewną sprzedawczynię spod Warszawy policja zatrzymał za to, iż sprzedała puszkę piwa spragnionemu człowiekowi w czasie benedyktyńskiej prohibicji, a także informacja, że w budynku Sejmu whisky można było kupić w tym czasie bez problemu, wywołała dyskusję w moim domu. Najpierw ja opowiedziałem synom, jak radziliśmy sobie z czymś takim w dawnych czasach, a oni w rewanżu opracowali szereg nowatorskich koncepcji na wypadek, gdyby taki zakaz miał ich kiedyś wkurzyć.
Nie dlatego, żeby strasznie pili, ale dla samej zasady sprzeciwu.

* * *

Wiele lat temu zadzwonił do mnie mój przyjaciel z Australii i na powitanie nawinął: "Możemy gadać ile chcemy, nic nie płacę". No i gadaliśmy godzinę, a rozmowy międzykontynentalne były wówczas tak horrendalnie drogie, że takie coś kosztowałoby jednego z nas ze trzysta dolarów. Kiedyśmy omówili już wszystko, łącznie z losami większości znanych nam panienek, funfel jęknął nieoczekiwanie: "Wiesz, musimy kończyć, ręka mi zdrętwiała od trzymania druta".
"Jakiego druta?" - zapytałem podejrzliwie. "W australijskim automacie ulicznym jest tak, że jak się wetknie zakrzywiony drut w otwór wylotu monet, to można gadać ile się chce za friko. Tyle że obojczyk boli, bo pozycja lekko zgarbiona". "Kto to wymyślił?" - dopytałem dla uzupełnienia. "Jak to kto? Ja".

* * *

"Wstawiamy flaszkę whisky na Allegro" - proponuje Dawid. Myślę, że niegłupie.

* * *

Imogen Heap zobaczyłem podczas występu na żywo w telewizji CBS i - co nieczęsto mi się to zdarza - nie mogłem od ekranu oczu i uszu oderwać. Dziwna, czarnowłosa dziewczyna, przystrojona kwiatkiem we włosach i namalowanym motylkiem na policzku, wokół sprzęt, który raczej pasuje do męskiego studia nagrań: notebook Apple z systemem Pro Tools, poważny syntezator, perkusyjne pady, afrykański instrument m'bira i kilka pedałów na podłodze. Tyle, że sprzęt spowity w czerwone kwiatki, jak to u dziewczyny. Zrzuciła śliczne kremowe szpilki, boso stanęła na niewielkim dywaniku z białego misia i zaczęła na tym wszystkim grać.
Jak znajdziecie jej występ u Davida Lettermana na YouTube.com, to zrozumiecie, co się ze mną stało.

* * *

Dzięki zakazowi sprzedaży alkoholu poznałem Andrzeja Szarmacha. Zakaz był podwójny, bo po pierwsze, nie było jeszcze godziny trzynastej (w dawnych dobrych czasach komuniści dbali o to, by klasa robotnicza nie piła rano), nadto były jakieś wybory do czegoś-tam, więc zakaz był trzydniowy. Tymczasem ja byłem na głodzie, miałem straszliwego kaca i w bardzo złym stanie wylądowałem w restauracji hotelu "Victoria" na śniadaniu.

Kelnerzy i prostytutki - to dwie profesje, u których zawsze miałem poważanie w lokalach. O tej porze w grę wchodzili tylko kelnerzy. Odbyli szybką naradę i ustalili, że zakaz obowiązuje na pewno w sklepach i restauracjach, ale nie na tzw. room service, zaopatrującym pokoje hotelowe. Wszak człowiek wynajmujący pokój musi mieć w lodówce jakieś alkohole, tak jest napisane w umowie najmu. Pobiegli więc do pustych pokojów i wyjęli zawartość ze stojących tam lodówek.
Następnie porcjami wlewali ją do białych filiżanek i mówiąc: "Panie Zbyszku, kawa raz!", podawali mi to na stół. Po pięciu kawach wypitych w trzy kwadranse zacząłem donośnie grać łyżeczkami na pustych filiżankach, aż okoliczni biesiadnicy zaczęli mi się przyglądać podejrzliwie.

W pewnej chwili kelner o ksywce Kajtek zapytał: "Może się do pana dosiąść Andrzej Szarmach?". Znieruchomiałem. "Ten Szarmach?" - wymamrotałem. "Ten sam. On teraz mieszka we Francji i nie rozumie wielu rzeczy. Zaserwujemy mu kawkę, jak panu, i chłopak odzyska humor" - wyjaśnił Kajtek. Ucieszyłem się natychmiast. Popłynęły kawy, a rozmowa zeszła na porównywaniu kadry Górskiego do Rolling Stonesów.
I tak oto w czasie ostrego komunistycznego zakazu sprzedaży alkoholu zworowałem się do nieprzytomności z moim piłkarskim idolem, wicekrólem strzelców na Mistrzostwach Świata i w ogóle - jak się okazało - super kolesiem.

* * *

"Wchodzisz do sklepu i pożyczasz flaszkę" - proponują synowie. "Nie kupujesz, a pożyczasz. Nie ma kwitu z kasy fiskalnej, transakcji nie było". Wiem, co mają na myśli, cwaniaczki. Przypomniało im się USA.
W USA często nadal obowiązuje prawo westernu. Gdy lokal ma licencję na sprzedaż alkoholu do godziny trzeciej rano, punktualnie o trzeciej barman musi zgasić światło podświetlające flaszki w barze i obwieścić klientom, że mają obowiązek zgarnąć wszelkie pieniądze ze stołów i lad barowych. Mogą mu je dać jako napiwki, ale leżeć na widoku nie może ani jeden cent. Uzasadnienie: kiedy alkohol nie jest podświetlony, to znak, że nie jest oferowany do sprzedaży, a skoro nie widać nigdzie pieniędzy - to znak, że nie odbywa się żadna transakcja. To wszystko. TO JEST PRAWO, proszę państwa.

Kiedyś na moich oczach wpadło FBI do knajpy "Milford" w Chicago i znalazło dwie dwudziestopięciocentówki na ladzie. Była straszna chryja, właściciel musiał dać sporą łapówkę, żeby mu agenci całej tawerny nie zamknęli na dobre. Co ciekawe, detektywów w ogóle nie interesowało to, że wokół wielu ludzi siedzi nad pełnymi, choć otwartymi już butelkami whisky i że będą pić w tej knajpie do rana.

* * *

Na stronie flickr.com ludzie wstawiają swoje fotki. Różne, robione profesjonalnym sprzętem w atelier i komórkami na ulicy. Znaleźć tam można ponad 1100 zdjęć Imogen Heap, a jak ktoś jest uparty, to znajdzie jej przepięknego fotobloga. Sama pstryka zdjęcia, sama je komentuje. To novum, bo właśnie ta osobista stronka uczyniła ją sławną bardziej niż cokolwiek innego. Przeglądając jej zawartość odpalcie sobie utwór "Hide And Seek". Nie wiem, czy jest aktualnie jakiś piękniejszy kawałek w obiegu na świecie. Na youtube.com można obejrzeć cały festiwal amatorskich filmików, jakie różni cwancykatorzy albo adepci sztuki filmowej nakręcili do tego kawałka.
Coś wam wyznam - uwielbiam, jak coś się dzieje w świecie muzyki. I w świecie sztuki w ogóle.

* * *

"Prosisz, żeby niebieski likier Bolsa przelali ci w sklepie do flaszki po denaturacie". Nic nowego. Przerabialiśmy to wiele lat temu. Pewnemu sławnemu gitarzyście koledzy podali tak przelany likier i zapewnili go, że jest to prawdziwy denaturat, tyle że doprawiony aromatami do ciast. Koleś wypił szklankę, mlasnął, bo było pyszne i poszedł spać. Kiedy się obudził, kolesie udawali, że grają w karty, tylko że wcześniej dla jaj wyłączyli światło.
"Włączcie światło" - poprosił gitarzysta. "Janusz, co ty, przecież się pali" - odpowiedzieli. Wyskoczył z łóżka jak z katapulty w stronę kontaktu. Gdy rozbłysła żarówka, wszyscy zrozumieli, iż to, że nie umarł na serce ze strachu, to cud.

* * *

Nie istnieje na świecie imię Imogen. I Heap to nie jest nazwisko. Imogen Heap to słowa, które nic nie znaczą, poza jednym - są anagramem zwrotu iMegaphone. Taki był tytuł płyty, którą Imogen nagrała jakiś czas temu z kolegą, w ramach duetu o nazwie Frou Frou. Teraz odeszła i walczy samotnie. Świat powoli zaczyna się jej kłaniać nisko. Jej piękna piosenka do filmu "Opowieści z Narnii" jest dowodem na to, że potrzebują jej także wielcy tego świata.

* * *

Wierzę, że sprzedawczyni jednego piwa w dniu prohibicji może dostać karę przed sądem grodzkim i podejrzewam, że lokalne władze mogą sklepikowi w Wesołej odebrać licencję na sprzedaż trunków. Żal mi tych ludzi. Jednocześnie nie wierzę, żeby postawiono przed sądem barmana z Sejmu, który tego samego dnia zaserwował ludziom whisky, a już w ogóle nie wierzę, żeby kiedykolwiek jakieś władze pozbawiły sejmową restaurację prawa do sprzedaży alkoholu. Wyjaśnię dlaczego.
Otóż kilkanaście dni temu pewien nieodległy minister polskiego rządu, którego dobrze znam osobiście, zażartował na prywatnym przyjęciu. Najpierw zjadł pysznego śledzia, a następnie popił mrożoną wódką. Potem spojrzał na mnie i zapytał: "Wiesz dlaczego koniecznie trzeba śledzia popić wódką?". "Nie wiem" - odparłem. "Żeby śledź nie pomyślał, że go zjadł pies".
I myślę, że to jest polska racja stanu na dziś.

* * *

Cały powyższy felieton pozornie nie ma sensu. Bo jaki może mieć związek przeutalentowana artystka brytyjska Imogen Heap, która właśnie podbija Amerykę, z zakazem sprzedaży alkoholu w Polsce - kraju, który pić musi, żeby nie wiem co. A jednak ma.
Dziwnym trafem płyt Imogen Heap nie ma w polskich sklepach, zupełnie jakby był na nie zakaz, więc musiałem sobie jakoś poradzić - w dwa dni sprowadziłem je sobie z Londynu. A teraz mam uzgodniony z synami plan: wstawimy je na Allegro i dołączymy butelkę whisky gratis, w dniu 1 czerwca, kiedy będzie obowiązywał w Polsce kolejny zakaz sprzedaży alkoholu.

Zbigniew Hołdys

PS. Mam miękkie serce. Poniższy zbiór liter pomoże Wam w znalezieniu fotobloga Imogen Heap na flickr.com - 48889075586@N01

Dowiedz się więcej na temat: znak | światło | whisky | wódka | świat | zakazy | allegro | Zbigniew Hołdys

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje