Pokrzyżowane zamiary wielu ludzi

Miałem zamiar pisać ten felieton we wtorek rano, ale diabeł kazał mi poczekać do środy wieczorem. Pewnie chciał, żebym zobaczył, jak polski parlament wybiera sobie zabawnego marszałka i (jako bonus) funduje narodowi skazańca na stanowisko wicemarszałka. Miał też znacznie boleśniejszy zamiar - zapragnął, abym w trakcie pięknego, środowego wieczoru, pełnego ludzi i muzyki, dostał sms o treści: "Mira Kubasińska nie żyje".

Córka mojej siostry, Ania, chodziła swego czasu do szkoły podstawowej, w której poseł Marek Jurek miał ogromne wpływy i korzystał z nich w całości. W sumie słusznie - dbał w ten sposób o swoje dziecko, które też biegało do tej szkoły.
Pewnego dnia moja siostra została wezwana na dywanik. Pani dyrektor oświadczyła, że nie życzy sobie, żeby Ania przynosiła do szkoły tygodnik "Bravo". "Tu chodzą dzieci posła Jurka i niedopuszczalne jest przynoszenie takich gazet na teren szkoły" - warknęła.

Reklama

Moja siostra nie jest głupia, czasem jednak i ona nie kuma. Więc zapytała, o co chodzi. "Nie będzie nastolatka nosić do szkoły tak wulgarnych pism" - usłyszała kategoryczny werdykt. "A co takiego jest w tej gazecie?" - zapytała siostra. Z ust dyrektorki padła krótka odpowiedź: "Wszystko". "Hm?" - westchnęła moja siostra. "Widzi pani, redaktorem naczelnym tej gazety jest mój syn".

* * *

Klub "Maska" to dawna prawdziwa "Harenda". Mieściła się w podziemiach taniego hotelu, nieopodal budynku Polskiej Akademii Nauk i pomnika Kopernika. Była to kiszkowata stołówka, w której pod stołami stawialiśmy flaszki z wódką i piliśmy pod tanie jedzenie. Co ważne - żarło dostawaliśmy czasem na kreskę. To spędzało tam zrzutów z całego miasta: malarzy, poetów, aktorów, pisarzy i innych "gołych w ryj ludzi", więc i mnie.
Czasem, jak bufetowe były złe, że dług rośnie, Janek Himilsbach kazał mi śmigać na Starówkę i grać do chwili, aż w futerale uzbiera się parę groszy na pieczeń z kaszą gryczaną i kolejną butelkę. Jak się uzbierało i nie spotkałem po drodze innych spragnionych ludzi - to wracałem. Wtedy wszyscy byli szczęśliwi.

* * *

Jak to było? "Dziecko niebite jest mniej wrażliwe". Cytat z Marka Jurka.

* * *

Ubikacja w dawnej "Harendzie" miała sensacyjne wątki kulturowe. W hotelu mieszkali ludzie z odległych miejscowości i zwozili różne obyczaje. Nigdzie nie spotkałem tylu sposobów załatwiania się i podcierania tyłka, co tam. Ślady kału znaleźć można było na ścianach i suficie, niektóre były rozmazane palcami, a odciśnięte podeszwy obuwia na desce klozetowej były codziennością. Niektórzy sikali wprost do kratek w podłodze i nie zawsze trafiali, więc było ślisko.

Tradycją były napisy na ścianach - barwne, bluźniercze, choć nigdy nie doścignęły ewenementu, jaki przytrafił się kiblowi w "Kamiennych Schodkach" na Starówce. Tam pewnego dnia jakiś śmiałek napisał zdanie: "Breżniewowi w dupę chuj" - i wszyscy dopisywali krótkie "i mój". Po miesiącu drzwi były szczelnie wypełnione dopiskami i właściciel musiał je zamalować.

* * *

"Opera Leśna" w Sopocie, nie pamiętam który rok, pewnie 1970. Na scenę wyszedł zespół Breakout. Obok potężnych gitarowych zestawów Marshalla, ktoś ułożył dywanik, na nim usiadło po turecku małe dziecko. Ciemnowłosy chłopczyk.

* * *

W ostatni wtorek, tuż po 20:00, wchodzę do dawnej "Harendy". Witają mnie, jakby to było Hollywood. To miłe. Jestem tu pierwszy raz od blisko 30 lat. Kiedy mówię menedżerce, że kiedyś tu się upijałem do nieprzytomności, odpowiada, że pewnie pomyliłem miejsce. Idę za nią przez tłum do stołu dla gości, gdzie już siedzi Jarek Bem - brat i zarazem impresario Ewy. Dostrzegam Ulę Dudziak, Janusza Strobla, Włodka Nahornego, Anię Marię Jopek. Świat jazzu i ja, rockowy awanturnik - wszyscy w jednym miejscu i w jednym celu: pomóc dziewczynie, która właśnie nagrała płytę.

* * *

W 1990 roku ciemnowłosy chłopczyk miał już grubo ponad metr osiemdziesiąt pięć i był zawodowym gitarzystą. Spotkaliśmy się w Nowym Jorku. Namawiał mnie, abyśmy wpadli do słynnej tawerny "Rock And Roll Grill & Bar", w której The Rolling Stones nakręcili klip do piosenki "I'm Just Waiting For a Friend". Pojechaliśmy. Fajne miejsce, gdzie grają kapele na żywo, a panienki tańczą między stołami i nikt ich nie zaczepia wulgarnie.

Później pomagał mi podczas koncertu w słynnym nowojorskim klubie "LimeLight". Profesjonalnie opiekował się gitarami, stroił je, zmieniał struny. Było to dla niego dorywcze zajęcie, generalnie włóczył się po Manhattanie w oczekiwaniu, aż ominie go obowiązek służby wojskowej w Polsce. Piotrek Nalepa, syn Tadeusza Nalepy i Miry Kubasińskiej, to bardzo miły człowiek. Można go sobie obejrzeć (jako owo dziecko) na ślicznej okładce płyty "Blues" Breakoutów.

* * *

Nigdy nie uderzyłem Tytusa, ani razu.
Ciekawe, czy gdybym go prał, byłby jeszcze bardziej wrażliwy, czytał więcej książek, częściej grał na gitarze i był lepszym aktorem.
Albo inaczej. Czy gdybym kiedyś przylał posłowi Jurkowi - okazałby więcej serca ludziom?
Może.

* * *

Fajna jest scena w dawnej "Harendzie", kusząca, obita czerwonym suknem. Kilka reflektorków. Naprawdę jest fajna.
Pokazuję Jarkowi, w których miejscach stały stoły, gdzie tkwił bufet, gdzie kto i z kim leżał, jak się już nawaliliśmy do nieprzytomności. Podchodzi kelnerka i zamawiam colę. Wstyd, ale cóż zrobić. Wtedy Jarek zaczyna opowiadać historyjkę.
"Kiedy wzięliśmy Wagla do zespołu, postanowiliśmy mu wyciąć jakiś numer na powitanie. Mieliśmy jechać do NRD, dla niego to był pierwszy wyjazd za granicę i zaczęliśmy mu opowiadać, że Niemcy w tym NRD mają dziwny zwyczaj - wszystko solą bez umiaru. Przesolone jest każde danie, kartofle, mięcho, herbata, piwo, kakao, nie ma przebacz. Do każdej potrawy dosypują sól w takich ilościach, że trudno to przełknąć, ale nie masz wyjścia".

"Biedny Wagiel uwierzył. Pojechaliśmy i przez dwa tygodnie dosypywaliśmy mu sól do każdego dania, jakie zamówił. Krzywił się, narzekał, ale połykał. Skapował, że coś nie tak pod sam koniec, kiedy przyfilował, że któryś z chłopaków mu dosypuje sól do coca coli. Wkurzył się ostro".
Wagiel - Wojtek Waglewski, zespół - Bemibem (Ewa, Alek i Jarek Bem plus dodatkowi muzycy), czas - lata 70.

* * *

Na scenę wychodzi młoda dziewczyna z zespołem i zaczyna śpiewać. I wtedy dostaję sms: "Mira Kubasińska nie żyje". Pokazuję Jarkowi, kiwa głową. Dziewczyna zaczyna śpiewać. Co kilka piosenek na scenę wchodzą jej goście, każdy mówi o niej kilka ciepłych słów. Wchodzę i ja. Jesteśmy tu po to, by jej pomóc. Właśnie wydała debiutancką płytę. Nazywa się Dorota Miśkiewicz. Tego wieczoru zaśpiewa moją piosenkę "Wyspa, drzewo, zamek" i będę miał dreszcze.

* * *

Mirę poznałem trzy lata temu, na wspólnym koncercie z Nocną Zmianą Bluesa w Toruniu. Coś mi odbiło, żeby zgodzić się na jeden występ na wolnym powietrzu z zespołem, z którym nigdy wcześniej nie grałem, a który mnie o to poprosił. Zobaczyłem witalną, uśmiechniętą kobietę, ubraną jakby czas nie istniał. Widownia przyjęła ją owacyjnie. Tańczyła swoim hipnotycznym tańcem, przypominającym ruchy boga Hindu albo - jak kto woli - zachowanie Grace Slick z zespołu Jefferson Airplane.
Specjalnie poczekałem do końca występu, żeby jej pogratulować. Patrzyła mi w oczy i uśmiechała się niepewnie. Wielu ludzi dołożyło starań, żeby odebrać jej wiarę w siebie.

* * *

Największą siłą jest nasze wyobrażenie. Kiedy widzimy jakiegoś artystę, którego podziwiamy, zaczynamy sobie snuć myśli na temat kim on nie jest. Nie znamy go nic a nic, nie wiemy, co je, jak często się myje, jak się odzywa w sklepie do sprzedawczyni - ale wiemy swoje i są to obowiązujące wizje. Potem interpretujemy jego zachowania, spekulujemy, jak by postąpił w takiej czy innej sytuacji i na koniec budujemy sobie nieistniejący świat - świat fana. Najfajniejsza rzecz, jaka może się przydarzyć młodemu chłopakowi, jakim byłem ja, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem Breakout.
Po latach przerobiłem to w drugą stronę.

* * *

Kilka miesięcy temu powiedziałem w jednej ze stacji radiowych, że z koalicji PO-PiS nic nie będzie. Wystarczyło przyjrzeć się cechom charakterologicznym braci Kaczyńskich i np. posła Rokity, żeby skumać, iż do żadnego porozumienia nigdy nie dojdzie. Dziennikarz słuchał i patrzył na mnie jak na wariata.
Ciekawe, czy to teraz widać. To, że media - nikt inny - wtłoczyły Polakom ideę politycznej fatamorgany o nazwie PO-PiS, z prostakami i cwaniakami w rolach głównych, jako szczęście, które nas wszystkich ma spotkać. Ta ewidentna skucha od zarania, została wymalowana przez gazety i telewizje jako bajkowa nieuchronność, która skieruje nasz kraj do raju. Po frajersku uwierzono politycznym manipulatorom z obu partii. Namawiano do głosowania, używając do tego moralnego szantażu, choć każdy, kto ma rozum, albo chociażby instynkt samozachowawczy, powinien zostać w domu.

Zresztą - większość narodu tak postąpiła. Przypominam: 15 milionów ludzi powiedziało Kaczyńskim z Dornem oraz Tuskowi z Rokitą wielkie "nie" nie idąc na wybory. Wśród nich byłem i ja. Tylko 3 miliony spośród pozostałych wybrało sobie PiS, a jeszcze mniej PO. My, niegłosujący, wygraliśmy z obiema partiami po 5:1. Nie wiem, jak można im było gratulować sukcesu.
I mała uwaga. Rozumiem, że media popierały Tuska, bo to zawodnik, który obiecywał prywatnym telewizjom skasowanie haraczu na produkcję polskiej kinematografii (a więc jeszcze większy zysk), ale żeby żadnemu dziennikarzowi nie chciało się choćby dla prywatnej rzetelności pogmerać w pamięci, żeby przypomnieć ludziom, jak się ci faceci - na przykład bracia Kaczyńscy czy Rokita - zachowywali w przeszłości?
Dramat.

* * *

Zanim się pożegnamy - słówko o klubie "LimeLight". Swego czasu była to ekstrawagancka dyskoteka, w której balowali Elton John, Andy Warhol, Mick Jagger. Później straciła swój pociągający charakter, wynikający z faktu, że mieści się w dawnym kościele, zresztą o pięknej posturze niewielkiej katedry. Wewnątrz pełno różnych sal i starych witraży z Matką Boską i Jezusem, wielkich pustych konfesjonałów i krętych schodów, zaś w hali głównej znakomita scena zbudowana w miejscu, gdzie dawniej stał ołtarz.
Co ciekawe - mieściła się tu polsko-irlandzka katolicka parafia, która zbankrutowała.

Ostatnio miały miejsce w "LimeLight" trzy równoczesne imprezy. W jednej sali trwała dyskoteka skejtów i ich przyjaciół, radykalnych poetów hip hopu; w drugiej królowały lata osiemdziesiąte, z tłumem barwnych przedstawicieli bohemy, kultywujących styl Keitha Haringa (nieżyjącego geniusza graffiti, zmarłego na AIDS); zaś w głównej rządził gotycki rock na żywo - czyli ludzie z pomalowanymi na czarno wargami i oczodołami.
Nie wiem, czy rodzice ich wszystkich chłostali, aby nabrali wielkiej wrażliwości (impreza była duchowo i artystycznie przepiękna), a może ksiądz ich w porę dosięgnął kropidłem - tak czy siak posła Jurka bym tam wysłał, dla nabrania szacunku dla ludzi o odmiennych poglądach. Albo dla zabawy.

Zbigniew Hołdys

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje