Ostatnie takie miejsce na świecie

Przez ostatnie tygodnie żyłem w innym świecie. Los rzucił mnie na jeden z najwspanialszych festiwali ludzi kultury, jaki można sobie wyobrazić - 13. Camerimage Festiwal w Łodzi. Było to zdarzenie tak zjawiskowe, że teraz z trudem wracam na ziemię.

* * *

Reklama

Ewa Braun, którą poznałem kilka lat temu w Międzyzdrojach, w niczym nie przypomina dumnej właścicielki Oscara. Siedzi przede mną i popija kawę, wypytując o moich synów i o filmy, które zdążyłem obejrzeć. Kiedy mówię, że więcej czasu spędzam na warsztatach operatorskich niż w sali projekcyjnej - robi wielkie oczy i grozi mi palcem. "Panie Zbyszku, pan nigdy nie będzie operatorem, pan musi oglądać filmy na ekranie, a nie zaglądać do stolarni".

* * *

"Stolarnia" jest wielką halą zdjęciową, w której tuż po wojnie nakręcono sceny do filmu "Zakazane piosenki". Dziś stanowi własność firmy Opus Film, producenta filmu "Edi". Dwieście krzeseł, na nich barwnie ubrani młodzi ludzie ze wszystkich stron świata - Azjaci, Amerykanie, Australijczycy, Afrykanie i Europejczycy. Wszyscy uśmiechnięci, rozmawiają po angielsku, robią notatki i wpatrują się w każdy ruch człowieka, który stoi przed nimi. A gdy ten człowiek zaczyna mówić - milkną i stawiają uszy na baczność. Codziennie będzie to inny człowiek.
Ja siadam z boku, nieopodal sceny, żeby nikomu nie zasłaniać. Wiadomo - nie jestem mały i noszę kapelusz. Zajęcia się zaczynają, a ja słucham uważnie, jakbym był studentem.

* * *

Mike Figgis mruga do mnie i wyciąga rękę. Ktoś mu beztrosko powiedział, że lokalnie jestem kimś ważnym, a że on jest ciekawy świata i ludzi, to podszedł. Patrzę na niego, moje serce bije szybko i mocno, a moje nogi lekko drżą, kiedy podaję mu dłoń. Bo to ten rudawy, kudłaty facet, sprowadził mnie przed laty do artystycznego parteru, gdy napisał niezwykły scenariusz, a potem wyreżyserował i na koniec skręcił jako operator jeden z najwspanialszych filmów świata - "Leaving Las Vegas".
Zrobił to nie mając kasy, co zawsze opowiadam młodym muzykom i filmowcom. Namówił wielkiego Nicolasa Cage'a, aby za friko zagrał główną rolę scenarzysty-alkoholika, który zapija się na śmierć. Cage zagrał i dostał za swoją rolę Oscara, zaś Figgis otrzymał dwie nominacje i podziw krytyki.
Jakąż trzeba mieć siłę w sobie, aby tego wszystkiego dokonać i potem powiedzieć "To by było na tyle, koniec z filmem, teraz zajmiemy się czymś innym". Podaję mu rękę, a on ją ściska lekko i mówi: "Człowieku, nie wolno robić jednego bez końca. Dobrze, że skończyłeś z tym zespołem, który podobno był wielki. Dobrze, że zająłeś się innymi rzeczami. Mamy tylko jedno życie".

* * *

Jak oni to zrobili? 1500 młodych ludzi z całego świata dostało zakwaterowanie za darmo! Jeden jechał na różne sposoby aż z Chile i zajęło mu to 6 dni, inni podróżowali autostopem, niektórzy w internecie zwoływali komplet do przejazdu samochodem wyłącznie za zrzutkę na benzynę. A po drugiej stronie organizatorzy - fundacja o kapitalnej nazwie Tumult - i ich apel do mieszkańców Łodzi, aby ugościli młodych operatorów za darmochę - i to się udaje.

* * *

Podchodzą do mnie dziennikarze, zdumieni, że jestem na tym festiwalu. A na jakim mam być? W Sopocie? Mówię, że muzyka - niestety - nie ma już takiego wydarzenia w swoim kalendarzu. Została przez media sprowadzona do niskiego parteru, nagradzane są ekscesy, podwiązki, skandale, rodzone na oczach kamer dzieci, wzajemne zniewagi i kłamstwa - ale nie wybitne dźwięki. I dodaję, że muzycy tak nie rozmawiają ze sobą i tu jest mi po prostu przyjemniej.

* * *

Każda kultura ma swój obraz, swoje widzenie, swoje detale. "Kiedy pracowałem w Norwegii, ku mojemu zaskoczeniu wszystkie aktorki przyszły na plan z różowym makijażem na policzkach" - mówi Christopher Doyle, operator ostatniego filmy Nighta Shyalamana. "Widzicie, w Norwegii nie ma słońca i rumieniec jest tam bardzo szykownym rysem urody, za którym tęsknią wszystkie kobiety". A potem wyjaśnia, że dokładnie odwrotnie jest w Chinach, gdzie kobiety uwielbiają mieć porcelanowo-białe twarze, bo to świadczy o tym, że siedzą w pałacowym cieniu, a nie szwendają się strudzone po polach jako wieśniaczki.

* * *

Teraz Mike Figgis przyjechał sam, na własną prośbę, zażyczył sobie jedynie niewielki aparat cyfrowy, małe pomieszczenie i drukarkę. Od tej pory codziennie będzie fotografował widzów i uczestników festiwalu, a zdjęcia będą po kwadransie wisiały w hallu głównym teatru, jako element niekończącej się wystawy "Mike Figgis Work In Progress". Jako pierwsze sfotografuje plecy filigranowej Weroniki Rosati, którą wszyscy nazywają Moniczka. Ona jedyna nosiła przy sobie pięknie wydrukowane CV i wręczała je niektórym ludziom filmu.

* * *

Każdego wieczoru w hotelu "Centrum" wielka sala bankietowa zamieniała się w festiwalowy klub. Jest to lokal wielkości połowy wielkiej sali klubu "Stodoła", więc mieściło się prawie tysiąc osób. Tłok nikomu nie przeszkadzał. Piękne dziewczyny przykuwały wzrok, młodzi faceci krzątali się wokół nich na parkiecie, piwo lało się niczym rzeka Jangcy, a ubrany w garnitur didżej pochylał się do mnie i mówił na przykład takie coś: "Niech pan zobaczy, puszczam im płytę Jona Hisemana i zespołu Colosseum, i oni nie wiedzą, co to jest. Takie czasy, panie Zbyszku".

* * *

Jon Hiseman i Colosseum. O rany! Znajdźcie to gdzieś i posłuchajcie koniecznie! Był moment w moim życiu, że chciałem tak grać.

* * *

Film "Good Night. And Good Luck" Geroge'a Clooneya kandyduje do Oscara i słusznie. Jest piękny i czarnobiały. Opowiada o człowieku honoru, który nie poddaje się politykom, choć pracuje w komercyjnym medium, jakim jest stacja telewizyjna CBS. Kilkakrotnie projekcję przerywa owacja widzów. Obok mnie siedzi Robert Elswit, autor zdjęć do tego obrazu. Jest przejęty i szczęśliwy. Kiedy po projekcji składam mu gratulacje i podziękowania mówiąc, że jest wielkim mistrzem, on odpowiada, że mistrzem dla wszystkich widowni świata jest ta tutaj, w Teatrze Wielkim w Łodzi.

* * *

Grażyna Torbicka ze śmiechem: "Kogoż to moje oczy widzą?".
Ja: "Nie wiedziałem, że filmowcy mają tak piękne festiwale, pani Grażyno. Będę tu przyjeżdżał co roku, jestem pewien".
Grażyna Torbicka: "Niech się pan nie da zwieść. Tylko ten festiwal filmowy jest taki wyjątkowy, inne nie są już tak piękne".

* * *

Tego wieczoru na scenę wszedł zespół Masala Sound System i zaczęło się widowisko, jakiego dawno nie widziałem. Niesamowita, przepojona rytmem bębnów i witalnością wokalisty muzyka, porwała do tańca wszystkich, także Figgisa i mnie. Po kilku minutach wszyscy szaleją na parkiecie, są w transie, a jest to uniesienie pogodne, radosne, pełne triumfu. Jakże śmiesznie wyglądały koncerty z poprzednich dni, kiedy ktoś machał metalowo włosami, a ktoś inny wykonywał wyuczone ruchy hip hopowe.
Sorki: nie śmiesznie a smutno.

* * *

"Nie wierzcie w magię sprzętu. Film "Easy Rider" kręciliśmy na jednej kamerze i jednym obiektywie. Strach pomyśleć, co by było, gdyby się ta kamera zepsuła" - mówi Laszlo Kovacs. I dodaje: "Największym niebezpieczeństwem operatora jest ego aktora. Jeśli pokażecie aktorkę w sposób, który ją oszpeci - wylatujecie z biznesu".
Laszlo, zdobywca Oscara, uśmiecha się, kiedy to mówi.

* * *

Kazimierz Kutz jest filigranowym człowiekiem, co widać dopiero z bliska. Wtedy też widać dokładnie, że jest człowiekiem z dobrem wymalowanym na twarzy. "Nareszcie pana spotykam. To co, tylko nas dwóch zostało w świecie sztuki, co to walczą o normalność?". Śmieję się. Czyżby czytał moje felietony i oceniał je aż tak wysoko? Umawiamy się na spotkanie. Rzecz w tym, że on NAPRAWDĘ walczy o normalność, a ja jedynie mruczę pod nosem tu i ówdzie.
Ale ze sceny pan Kutz mówi słowa, które wywołują śmiech, choć śmieszne wcale nie są.
"Operatorzy to hydraulicy, w których my - reżyserzy, scenarzyści i aktorzy - wszczepiamy dawkę humanizmu, przez co stają się kimś więcej niż hydraulikami". Śmiech i refleksja, że dopiero w Polsce operatorzy znaleźli swój festiwal i swoją wielką dawkę szacunku.

* * *

Pewnej nocy, w salce zwanej "Seminar Room", siedziało nas na projekcji kilkanaście osób. Film "No Direction Home" Martina Scorsese dotarł w wersji z polskim lektorem, co wypłoszyło obcokrajowców, którzy nic nie rozumieli. Z ekranu mówił Bob Dylan. Jego wyznanie zostało przez Scorsese zilustrowane zachowanymi zdjęciami i filmami z lat 1961-67. To, plus opowieści Allena Ginsberga, Joan Baez czy Ala Koopera, pozwoliło na odkrycie oblicza, którego nie znamy. Film trwa blisko cztery godziny i jest w nim zawarty cały świat nowojorskiej bohemy z lat beat generation. Wspaniałe i poruszające.
Michał Ogórek zapytał mnie wczoraj w HBO, czy Dylan nie rozmienia się na drobne, kiedy gra jako aktor w filmie "Jeźdźcy Apokalipsy". Odpowiedziałem mu pytaniem: "A jakie prawo ma widz, by oceniać, kiedy inny człowiek rozmienia się na drobne? Widz sam musiałby nigdy nie rozmienić się na drobne, by móc powiedzieć takie słowa".

* * *

Do Łodzi zjechali wszyscy wielcy ludzie kamery filmowej i wszystkie znaczące filmy z roku 2005. Poznałem ludzi, którzy mi zaimponowali swoją wiedzą, swoim artyzmem i swoim widzeniem świata. W ciągu kilkunastu dni wydarzyło się tyle, że nie potrafiłbym wszystkiego spisać, choćbym każdemu zdarzeniu poświęcił tylko jedno zdanie. Jak na moje doświadczone już życie było to zderzenie ze światem, który - zdawało się - umarł.
Gdybym kiedykolwiek ustanowił swoją małą, osobistą, intymną nagrodę za coś, co mną poruszyło - w tym roku dostaliby ją organizatorzy tego festiwalu: Marek Żydowicz i Janusz Hetman. Powinna to być butelka przepysznego i starego wina, której z respektu nigdy by nie otworzyli. A na etykietce napisałbym własnoręcznie: "Za to, że stworzyliście ostatnie takie miejsce na Ziemi".

Zbigniew Hołdys

Dowiedz się więcej na temat: miejsc | festiwal | drobne | sceny | filmy | film | Zbigniew Hołdys

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje