Nobel w moim pokoju

Równo 50 lat temu, w niewielkiej galerii Six w San Francisco, zebrało się kilkudziesięciu ludzi. Mieli potargane włosy, niedbałe koszule, wszędzie unosił się zapach dymu papierosowego. Na podeście stało dwóch ludzi, a na przeciwko rozsiedli się na krzesłach poeci, krytycy literaccy, dziennikarze i cała bohema miasta. Stojący na podeście brodaty okularnik zaczął z pliku kartek odczytywać tekst.

Najpierw padł tytuł. "Skowyt. Dzieło w toku".
Kilka dni później cały świat literacki obiegła wiadomość: "Zaczęło się!".

Reklama

* * *

Człowiekiem z brodą był Allen Ginsberg, jeden z największych fermenciarzy w świecie literatury. Członek literackiego ugrupowania, które nazwano beat generation.

* * *

Dwanaście lat później siedziałem na murku okalającym skwer przy hotelu "Bristol". Miałem długie kudły, o które sporadycznie musiałem walczyć z żulami i nie chodziłem już do szkoły.
Pomysł na siedzenie godzinami w tym miejscu podsunął Romek Czystaw, mój wielki przyjaciel, a później przez jakiś czas wokalista Budki Suflera. Był to rewelacyjny punkt obserwacyjny. Siedzieliśmy bez żadnego konkretnego celu, oglądaliśmy świat i zdarzenia uliczne, komentowaliśmy przechodzących ludzi. Nawet piwa nie piliśmy, bo byliśmy golasami. Uczyliśmy się życia. Mieliśmy po 17 lat.
Tego dnia dyżurowałem na murku sam. Obserwowałem ulicę i uśmiechałem się do przechodzących lasek. Kwadrans wcześniej zaczepił mnie młody ksiądz i zapytał, czy nie potrzebuję pomocy. Podziękowałem. Teraz mijała mnie grupka młodych, jak ja, ludzi. Widywałem ich niemal codziennie.
Mieli długie włosy, naszyjniki, indiańskie ozdoby, kolorowe spodnie i koszule w kwiatki. Zawsze zerkali na mnie, gdy byli w pobliżu, pewnie dlatego, że moje pióra także opadały na plecy - ale na tym się kończyło. Tym razem jednak jeden z nich przywołał mnie gestem ręki.
Podszedłem. "Idziesz z nami?" - zapytał. "Gdzie?" - odburknąłem. "Do Largactilu, idziemy posłuchać muzyki i pogadać, poczytać wiersze, chodź, co się będziesz wylegiwał" - powiedział ze śmiechem. Miał ksywę Antoine.
Tak zostałem członkiem wielkiej wspólnoty hippisów.

* * *

Anna Kołyszko - jak się do niej dzwoni - podnosi słuchawkę i od razu mówi "Anna". Nie: "słucham?", "tak proszę?" "halo?" - tylko "Anna". Tak się dowiadujesz, że to ty jesteś w jej świecie, a nie ona w twoim. Anna jest królową polskich tłumaczy amerykańskiej literatury pięknej.
Kilka lat temu rozmawiałem z nią długo o przekładzie "Szatańskich wersetów" Salmana Rushdiego, którego miała się kiedyś podjąć. Mówiła o szamotaninie, o obawach i - w konsekwencji - o odmowie przyjęcia zlecenia. Kilku translatorów z różnych krajów zginęło w tajemniczych okolicznościach niedługo po tym, jak przełożyli dzieło wyklętego pisarza. Ona w chwili propozycji miała trzymiesięczne bliźniaki. Słuchałem jej i rosło we mnie przerażenie - nigdy nie przypuszczałem, że jej zawód może być zwyczajnie niebezpieczny.

* * *

W niewielkiej salce Staromiejskiego Domu Kultury "Largactil" siedzieliśmy, gdzie popadnie - na parapetach, podłodze, krzesłach, stołach. Z głośników leciała płyta "Freak Out" Franka Zappy i jego zespołu Mothers Of Invention, o którym wcześniej nie słyszałem. Okładkę przekazywaliśmy sobie z rąk do rak i nie mogliśmy od niej oderwać oczu. Wtedy okładki były jeszcze dziełami sztuki. Wszędzie unosił się zapach kadzidełek, ktoś podał mi flakonik z "Tri" i zapytał, czy nie chcę powąchać, żeby było jeszcze fajniej.
Za wielką dębową ławą siedział człowiek, którego wielokrotnie widywałem na ulicach Warszawy. Charakterystyczna żółta peleryna, beżowe spodnie ze sztruksu, stosunkowo niewielki wzrost i długie jasne włosy, które z czasem zaczęły mi przypominać fryzurę Charlesa Mansona. I jeszcze but - wielki, czarny, obciążony but, jaki nosili ludzie po przebyciu choroby Heine-Medina.

* * *

Od pewnego czasu tłumaczę amerykańskie sztuki teatralne na użytek szkolnego teatru, niestety, moja znajomość angielskiego jest zbyt skąpa, bym dawał sobie radę ze wszystkim. Wtedy dzwonię po pomoc albo do Anny właśnie, albo do Lonstara, którego tłumaczenia polskich tekstów piosenek na angielski są powalające, albo wreszcie do mojego przyjaciela z Londynu, Marka Olbricha, którego talent do przekładania zwrotów slangowych jest zdumiewający. (Swoją drogą Marek, nobliwy biznesmen z kręgów brytyjskiej rodziny królewskiej, pożalił mi się niedawno, że jedynym zwrotem, którego nijak nie potrafi przetłumaczyć na angielski, jest "wykurwić z glana". Może ktoś pomoże?).
Anna nigdy nie odmawia pomocy. Wspaniała wieczna małolatka. Kiedyś poznałem ich ze sobą - ją i Andrzeja Polkowskiego (tłumacza serii "Harry Potter"). Polkowski, zajęty właśnie rozdawaniem autografów, poderwał się z krzesła, uśmiechnął i powiedział: "Witam Królowo".
Teraz wertuję biografię Janis Joplin, "Żywcem pogrzebana", autorstwa Myry Friedman, którą Anna przetłumaczyła, i która zdążyła już zniknąć z półek większości księgarń. Wspaniała lektura.

* * *

Nazywaliśmy go Prorok, choć na imię miał Józek. Rysował, pisywał wiersze i filozoficzne rozprawki, mówił lapidarnie i sporo medytował. Jego pozycja lidera w grupie była niekwestionowana. Tego dnia miał nam przeczytać na głos coś, o czym było głośno od wielu lat, ale czego do tej pory nikt jeszcze w Polsce nie znał.
Muzyka została ściszona i Prorok sięgnął po plik kartek. Zaczerpnął powietrza i powiedział: "Skowyt. Dzieło w toku".

* * *

"Widziałem najlepsze umysły mego pokolenia zniszczone szaleństwem, głodne histeryczne, nagie,
włóczące się o świcie po murzyńskich dzielnicach w poszukiwaniu wściekłej dawki haszu,
anielogłowych hipstersów spragnionych pradawnego niebiańskiego podłączenia do gwiezdnej prądnicy w maszynerii nocy..."

* * *

Opowiadam czasem o tym młodym ludziom, którzy zazdroszczą nam wszystkiego - i tych włosów, i tych piwnic, i tych okładek płyt, i tej rewolucji, która się wokół działa, i tych karier, jakie porobiliśmy. Zazdroszczą choćby pomysłu na pisanie "strumieniowe", z którego beatnicy uczynili swój znak firmowy. "Trzeba usiąść i zapisywać najszybciej jak się da potok swoich własnych myśli, wszystkie skojarzenia, przeskoki, całą kreację, wszystko. To musi być niezakłócony upust umysłu" - mówił Jack Kerouac.
Kerouac, który w młodości przeszedł kurs stenotypii, pisał na maszynie szybciej niż inni i stąd jego "strumieniowe" opowiadania były żywsze, bogatsze, pełniejsze. A i tak było mu mało, więc żeby nie tracić czasu wkładał do maszyny pisania nie pojedyncze karki, ale początek rolki papieru do telexu - mógł pisać nieprzerwanie, aż padł.
Powieść "W drodze" napisał na jednej rolce papieru. Jak zmierzono - całość ma 76, 2 metra długości. W 1987 roku Anna Kołyszko pięknie go przetłumaczyła i można teraz sobie to kupić w księgarni, bo niedawno wznowiono.

* * *

Słucham Franka Zappy. Jezu, cóż to za rejony w sztuce. Mam wrażenie, że on i jemu podobni dźwignęli muzykę hen hen, do XXIII wieku, a teraz świat stacji radiowych i pieniądza ściągnął ją z powrotem do połowy wieku XX.
I zerkam na te fragmenty sztuki "Lunatyk", które przełożyła na moją prośbę Anna Kołyszko. Cudo.

* * *

Charles Bukowski nigdy nie przyznał się do tego, że jest powiązany z beat generation, choć prywatnie kumplował się z nimi. Fenomenalny poeta, pisarz, autor niesamowitego scenariusza do filmu "Ćma barowa", wreszcie unikatowy rysownik - zły był na cały świat i żył swoim własnym trybem. Budził podziw i strach. Po drugiej stronie był to pijak, awanturnik, niszczyciel wszelkich pięknych stosunków damsko-męskich i łachudra. Kiedy był nędzarzem - pisał swoje opowiadanka, ręcznie kaligrafując słowa niczym czcionką maszynopisarską, żeby nie przyznać się do tego, że jest bez grosza i nie ma nawet maszyny.
Ile wart jest jego talent - możecie bez wysiłku przekonać się na stronie www.poema.art.pl.

* * *

Miałem zupełnie inne zamiary odnośnie tego felietonu. Chciałem napisać o koncercie "Dzień Kotana" i jego zakamarkach. Ale coś mnie zmusiło do napisania tego, co powyżej, i tego, co poniżej.
Kilka dni temu przyznano Pokojową Nagrodę Nobla Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. To zasłużona organizacja i należą się jej oklaski.
Nie dostał jej Bono. Nie dziwi mnie również, że nie dostał jej Bob Geldof, jak i to, że wcześniej nie dostali jej John Lennon czy Marek Kotański, i pewnie nigdy nie dostanie jej Jurek Owsiak. Nie dostanie jej William Mastrosimone, którego sztuki teatralne ratują miliony dzieci w USA i na świecie przed czymś, co się nazywa "socjalną agresją". Nie dostanie jej nigdy organizacja Greenpeace. Tak jak z literatury nie otrzymają jej już nigdy Bob Dylan czy Charles Bukowski.
Szwedzka Akademia Królewska, sama odziana w królewski frak, nigdy nie rzuci nawet okiem na łazików w dżinsach, którzy piją nadmiernie ostentacyjnie, a na dodatek nie kłaniają się establishmentowi wcale. Choćby zbawili całe pokolenie, albo uratowali życie milionom ludzi. Łatwiej jest wręczyć nagrodę politykowi, którego ręka wprawiała kiedyś w ruch machiny wojenne, ale który się w porę zreflektował.
Mnie tam to nie martwi. Płyty, repliki rysunków i książki prawdziwych noblistów mam w domu, zdjęcia Henry Kissingera - nie.

Zbigniew Hołdys

Dowiedz się więcej na temat: zapach | włosy | świat | dzieło | nobel | Zbigniew Hołdys

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje