Hołdys: Prawda czy fałsz

Przez ostatnie tygodnie miałem wiele okazji do przyjrzenia się zachowaniom ludzkim. Najpierw festiwale z udziałem artystów, którzy gremialnie podawali nazwy nieistniejących zespołów jako własne. Potem dramat Anny Walentynowicz i Andrzeja Gwiazdy, prawdziwych bohaterów sierpnia `80 - i porażające wypowiedzi Lecha Wałęsy, że oboje nic dla Polski nie zrobili. Następnie dramat kobiety, która wzięła udział w festiwalu piosenki, choć nie jest piosenkarką i śpiewać nie umie. I na koniec przeczytałem wpisy na forum, tu poniżej.

* * *

Reklama

Najpierw małe sprostowanie. To do mnie cenzor Lis powiedział kiedyś: "Panie Hołdys, jak pan śpiewa Nie płacz Ewka, to moją rzeczą jest sprawdzić, co to za Ewka, kim są jej rodzice i co z tego wyniknie dla kraju". Miło mi, że słynny konferansjer powtarza tę anegdotę jako własną i tylko imię nieznacznie zmienia.

* * *

Teraz duże sprostowanie. Żeby nie wiem co - w latach 80. w Oddziale Zamkniętym śpiewał Krzysiek Jaryczewski, który żyje, ma rodzinę i dzieci, a na dodatek nadal czyni wiele dobra wokół siebie.

Pamiętam koncert w Hali Gwardii, w której dziś jest wielki sklep. Siedziałem w loży honorowej jako jeden z dwóch ludzi, których tam wpuszczono. Po prostu ten drugi się zgodził, żebym mógł tam również zasiąść. Waldemar Świrgoń, najmłodszy sekretarz KC PZPR w historii tej partii. Kiwaliśmy się dziesięć metrów od siebie, obok niego ochrona, ja samotnie. Wyszedł po 30 minutach, ja zostałem do końca.

* * *

Koncert był wspaniały. Krzysiek był szamanem, który czynił z występów Oddziału niezwykłe spektakle, zaś cenzurę doprowadzał do szewskiej pasji. Kiedy kazał - cała widownia siadała, kiedy dawał znak ręką - śpiewała. Były to manifesty wolności, które podziwiałem. Nie rozumiem, jak dziś można pokazać jakiś inny zespół bez niego, w którym pozostał jedynie gitarzysta, i wmawiać ludziom, że to jest ten sam Oddział. Zwłaszcza w koncercie, który ma przypomnieć dawne czasy.

* * *

Nikt nie ma wątpliwości, że Maanam był od zawsze owocem kreacji Kory i Marka Jackowskich. Kiedyś rozmawiałem z Korą o tym wiele godzin. Och, i to nie raz. Gdy wyznałem, że powstanie Maanamu dodało mi skrzydeł w '80 roku - uśmiechnęła się. Była naprawdę zadowolona. W tej branży oddawanie honorów nie jest zbyt częste.

Mała dygresja. Nie przeszkadza mi, że w zespołach dochodzi do zmian, gdy w składzie zostają ich twórcy, kreatorzy i liderzy. Tadeusz Kantor też zmieniał aktorów w swoim teatrze jak rękawiczki i zawsze to był Cricot2. Ale to prawo nie działa w drugą stronę.

Kiedy Kantor zmarł - Cricot2 przestał istnieć. Nikt nie miał tupetu gwizdnąć słynną nazwę i pociągnąć dalej pod kierunkiem jakiegoś zachłannego na sławę i kasę aktora, który został w składzie. Koniec dygresji.

W Maanamie od początku na perkusji grał Paweł Markowski, na basie Bodek Kowalewski, na gitarze Rysiek Olesiński. Byli to muzycy tak specyficzni, że Maanam brzmiał inaczej niż reszta świata. Jednocześnie robili niezły dym towarzyski. Można się tylko zastanawiać, czy Maanam odniósłby taki sam sukces, gdyby wówczas na basie grał dzisiejszy basista, a na perkusji dzisiejszy perkusista w słuchawkach.

Bodek potem miał straszny wypadek samochodowy, musiał porzucić zawód muzyka, do dziś chodzi o lasce. Zastanawiam się, czy trudno było powiedzieć ze sceny: "Wtedy grali z nami nieco inni muzycy i teraz ich pozdrawiamy i dziękujemy, bo to był nasz wspólny sukces"? A jeśli trudno, to dlaczego?

* * *

Wpadł do mnie Wojtek Jagielski. Siedzimy przy stole w kuchni, on pije poranną kawę, ja herbatę z sokiem. Wojtek jest fenomenalnym reportażystą, na miarę Kapuścińskiego, łykam jego książki w całości. Na co dzień pracuje w "Gazecie Wyborczej", prywatnie zaś jest kapitalnym, skromnym człowiekiem. Czasem dostaję od niego sms o treści: "Peszawar, obok Afganistanu, trwa ostrzał artyleryjski, dziwne miejsce. Jak wrócę, to opowiem".

Rozmawiamy o dziennikarzu telewizyjnym, który podczas transmisji z Biesłanu krzyknął, że właśnie został ranny. W rzeczywistości się potknął i otarł sobie łokieć. Nie przyznał się do tego nawet wówczas, kiedy zadzwonił do niego zatrwożony premier Belka. Do dziś TVN 24 pokazuje obrazek, jak niosą go koledzy, a on z trudem powstrzymuje śmiech.

"Mam wrażenie, że w dziennikarstwie już nie chodzi o prawdę. Chodzi o entertainment. Prawda się nie sprzedaje tak dobrze, jak kłamstwo. A najlepiej się sprzedaje skandal, za którym stoi kłamstwo" - mówi Wojtek.

* * *

Najpierw wspomnienie o srogiej cenzurze w latach 80. i potem "Oto Lombard!" - mówi konferansjer. Na scenę wchodzi zespół, w którym z dawnego Lombardu nie ma już nikogo, poza keyboardzistą. Piosenkę znaną z brawurowego wykonania filigranowej i wymalowanej na twarzy Małgosi Ostrowskiej śpiewa jakaś nieznana dziewczyna. Ludzie szaleją.

* * *

Na moment odchodzę od muzyki.

Jurka Zalewskiego poznałem w 1989 roku, w "Niespodziance", gdzie mieścił się sztab wyborczy "Solidarności". Był świeżym absolwentem łódzkiej filmówki. Pomagał kręcić pierwsze solidarnościowe teledyski, w pierwszych półwolnych wyborach. Później zrealizował film "Tata Kazika", wreszcie w roku 2000 stworzył film "Obywatel poeta" i - jak się miało okazać - wykopał sobie grób.

W filmie tym Zbigniew Herbert, o którym mówiono od lat, że jest pretendentem do literackiego Nobla, wypowiada o Adamie Michniku przykre słowa, m.in. "kłamca, oszust, manipulator". Zalewski nie zgadza się na dokonanie skrótów i ocenzurowanie filmu. Film się szamocze, ląduje na półkach, a Jurek traci zlecenia z TVP.

Pytam, jak sobie daje radę. "Ciężko jest" - odpowiada. Ma żonę, dwójkę dzieci. Jedzie właśnie na niezależne obchody rocznicy "Solidarności", gdzie furorę zrobi jego kolejny film "Dwa kolory", którego oficjalnie zobaczyć nigdzie nie można.

* * *

W dniach, kiedy Wałęsa mówi o Annie Walentynowicz i Andrzeju Gwiaździe, że nic dla Polski nie zrobili, dostaję w prezencie dar od losu. Trafiam w tv na film dokumentalny "Robotnicy 80", za którym tęskniłem od jakiegoś czasu, a w nim słynne sceny negocjacji stoczniowców z komunistami podczas strajku w 1980 roku. Wałęsa właśnie mówi o podwyżkach płac i nagle Andrzej Gwiazda prosi o głos. "Musicie znieść cenzurę. Cenzura knebluje naród. Naród musi mieć prawo do wypowiadania prawdy". Po chwili żąda też, żeby wypuścić wszystkich więźniów politycznych.

W innym miejscu Anna Walentynowicz, która wraz z Gwiazdą założyła Wolne Związki Zawodowe, zanim Wałęsa zaistniał gdziekolwiek, mówi: "Tu chodzi o obalenie systemu, który niewoli naród, a nie o podwyżki"

"Jest to starsza chora pani, która nic dla Polski nie zrobiła" - mówi mi z ekranu Lech Wałęsa.

* * *

Minęło kilka dni, w trakcie których przeganiałem dziennikarzy pytających mnie na zmianę o to, co sądzę o występie Mandaryny oraz co robiłem w czasach, kiedy powstawała "Solidarność".

I oto wczoraj zadzwoniła do mnie pani z TVN. Realizują "Kulisy sławy" i pani ma do mnie prośbę. "Będzie to program poświęcony zespołowi Perfect, a właściwie jego liderowi i założycielowi Grzegorzowi Markowskiemu. A ponieważ wiemy, że pan tam swego czasu grał przez jakiś czas na gitarze, to chciałabym prosić pana o kilka słów na temat współpracy..."

Naprawdę tak powiedziała.

Teraz Wojtek pyta, co odpowiedziałem. "Zapytałem jedynie, czy nie mogłaby pójść do biblioteki jakiejś i zajrzeć do gazet sprzed 25 lat". Wojtek wzdycha: "Wydaj tę swoją biografię wreszcie".

* * *

Muszę to powiedzieć: TSA wystąpiło w oryginalnym składzie, jak 25 lat temu. Jedyny powiew prawdy podczas całego festiwalu.

* * *

Na deser odrobina wspaniałej prawdy. Pochodzi z cudzych ust, ale wierzę jej bezgranicznie, choć wypowiedział ją polityk.

Parę godzin temu jego ekscelencja ambasador Wielkiej Brytanii, pan Charles Crawford, podczas uroczego przyjęcia na cześć Jona Andersona, powiedział mi znienacka, że The Rolling Stones przyjadą do Polski na pewno 17 czerwca 2006 r. (Stadion Śląski), zaś - uwaga - Pink Floyd w oryginalnym składzie (z Rogerem Watersem!) pojawią się w Polsce we wrześniu przyszłego roku! Mam na to świadka - Piotr Kaczkowski, który chwilę potem zemdlał.

No, może nie zemdlał, ale cucić i wachlować go musieliśmy, tak się przejął.

Zbigniew Hołdys

PS. Na temat komentarzy internautów nie będę się wypowiadał. Kiedyś Jerzy Pilch powiedział o nich: "Takiej ilości plugastwa i innych najgorszych cech ludzkich nie spotkałem nigdzie indziej. Dlatego ich nie czytam". I dobrze robi, a ja od dzisiaj idę jego śladem.

Dowiedz się więcej na temat: sprostowanie | Maanam | dramat | Lech Wałęsa | film | fałszerstwo | hołdys | Prawda | Zbigniew Hołdys

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje