Festiwal Roskilde: Gwiazdy drugiego planu

Trzeci dzień festiwalu w Roskilde (sobota, 1 lipca), pomimo występów tak znanych wykonawców, jak Tool czy Kanye West, zostanie zapamiętany przede wszystkim ze względu na koncerty gwiazd drugiego planu. Zwrócono uwagę przede wszystkim na rewelacyjnych Primal Scream, grających na mniejszych scenach Tied & Tickled Trio i The Ex czy świetny taneczny set Tigi.

Sobota zaczęła się dla mnie koncertem liczącego sześć osób niemieckiego tria (!) Tied & Tickled Trio - nazwa zespołu pochodzi od japońskiej techniki sadomasochistycznej. W skład formacji wchodzą muzycy występujący także w podziemnych formacjach Village Of Savanooga i The Notwist, a ich muzyka to przemieszczanie się po obszarach jazzu, delikatnej berlińskiej elektroniki i kraut rocka. W pewnym momencie instrumentaliści - poza sekcją rytmiczną - chwycili za saksofony i trąbki, dając prawdziwy popis umiejętności W malutkim namiocie "Pavilion" zrobiło się naprawdę gorąco, a Tied & Tickled Trio zostali nagrodzeni burzą oklasków.

Reklama

Kilka godzin później w tym samym miejscu zagrali weterani z holenderskiego The Ex. Zespół istniejący od 1979 roku, na każdej płycie stara się odmienić skostniałą formułę muzyki punkowej i hard core'owej, co wychodzi mu ze świetnym skutkiem. Art punkowcy stawiają nie tylko na urozmaicenie brzmienia, ale także na przekaz. Ich piosenki to zaangażowane, lewicowe hymny na cześć antykonsumpcyjnej postawy,.a o pozycji zespołu, gorąco przyjętego w Roskilde, świadczy fakt, że pracował z nim legendarny amerykański producent Steve Albini (Pixies, Nirvana, PJ Harvey).

W międzyczasie nie mniejszego czadu na głównej scenie dawali amerykańscy atmosferyczni numetalowcy z Deftones. Chino Moreno, pomimo niesprzyjających warunków (słońce prażyło jak na Saharze), porwał spora ilość festiwalowiczów do zabawy, prezentując najbardziej energiczne piosenki z dyskografii zespołu.

Ja w tym czasie szykowałem się do występu szkocko-brytyjskiego zespołu Primal Scream, który zagrał na scenie "Orange" tuż po Deftones. Początkowo myślałem, że organizatorzy zrobili Bobby'emu Gillespiemu i jego kolegom krzywdę, umieszczając ich na największej scenie o godzinie 19., kiedy jeszcze było jasno. Jednak weterani psychodelicznej rock-elektroniki wyszli z tej próby obronną ręką, porywając do szalonego tańca nawet najbardziej zdystansowanych widzów. Najgoręcej było podczas wykonywania takich utworów, jak "Swastika Eye", "Kill All Hippies" czy "Vanishing Point".

W trakcie koncertu pochodzącemu z Glasgow Bobby'emu jeden z technicznych pokazał kartkę z wszystko mówiącym napisem: "England Out". Informacja dotyczyła oczywiście ćwierćfinałowego meczu Anglia-Portugalia (Anglicy przegrali w karnych) i wywołała zadowolenie większości muzyków Primal Scream. Piszę większości, gdyż basista Mani, były członek The Stone Roses, to Anglik...

Największą rockową gwiazdą tego dnia był jednak amerykański zespół Tool. Według opinii jego fanów - a ja do nich nie należę - Maynard Keenan i spółka dali rewelacyjny koncert. Dziennikarze z Polski obecni w Roskilde twierdzili, że był on nawet dużo lepszy niż ten w katowickim "Spodku" sprzed kilku dni. Tool, jako jedyna z występujących na głównej scenie formacji, nie pozwolili się filmować, dlatego na telebimach wyświetlano fragmenty teledysków grupy i ujęcia... fanów.

Cóż, każda gwiazda ma swoje wymagania. Szkoda tylko, że muzycy nie pomyśleli o kilkudziesięciu tysiącach osób, którym nie udało dostać się pod scenę i nie mieli szans zobaczyć zespołu...

Jeszcze w trakcie występu Tool postanowiłem dowiedzieć się o wynik konfrontacji Brazylia-Francja (0:1), zobaczyć legendarnego George'a Clintona (gorąco przyjęty występ kierowanych przez niego funkowych legend Parliament/Funkadelic) oraz posłuchać niemieckich avant-popowców z Ms. John Soda, którzy udowodnili, że ładne piosenki mogą mieć ambitną formę.

W tym samym czasie w tanecznym namiocie "Metropol" trwał występ Kanadyjczyka Tigi. Ten producent i DJ, znany przede wszystkim z pracy "na rachunek innych", wydał w tym roku autorski, świetnie przyjęty techno-electro album "Sexor". Jego muzyka ma niezwykle taneczny potencjał, którym zaraził szczelnie wypełniony namiot. Publiczność bawiła się tak świetnie, że Tiga - wbrew festiwalowym regułom - przedłużył swój set o kilkanaście minut.

Poźniej "Metropol" opanował irlandzko-szwedzki duet DK7, który wprowadził bardzo mroczny klimat. Neo-romantyczne brzmienie i posępny głos wokalisty okazały się jednak zbyt trudne dla wielu fanów. Pomimo mniejszej frekwencji, zabawa trwała w najlepsze, a DK7 pokazali, że można przy nich nie tylko tańczyć, ale również po prostu ich słuchać.

Przedostatni dzień Roskilde zamknął na głównej scenie Kanye West. Jego koncert to popis profesjonalizmu i ekspresji. Kilkuosobowy skład, błyskotliwy DJ, niezmordowany Kanye i seksowna wokalistka-tancerka - to wszystko jako uzupełnienie dla niezrównanych utworów chicagowskiego rapera - zapewniły pełen sukces koncertu.

W trakcie występu twórcy przeboju "Gold Digger" poszedłem jeszcze obejrzeć Francuzów z Phoenix. Prezentowany przez nich retro rock z tanecznym zacięciem nie przemówił do mnie, a i chyba publiczność nie była zbyt zachwycona. Phoenix byli ostatnimi wykonawcami, których obejrzałem tego dnia.

W niedzielę, 2 lipca, zakończenie festiwalu. Zapowiada się ono imponująco, gdyż zagrają pierwszoplanowe postacie new rock revolution (Arctic Monkeys, The Strokes, Franz Ferdinand, The Raconteurs i Kaiser Chiefs), mroczni neoglamowcy z Placebo, barwny Goldfrapp i na koniec prawdziwy gratka, czyli występ Rogera Watersa (Pink Floyd), który w całości wykona materiał ze słynnej płyty "Dark Side Of The Moon".

Relacja z tych koncertów już w poniedziałek na stronach INTERIA.PL.

Zobacz galerię zdjęć z pierwszego dnia festiwalu!

Zobacz galerię zdjęć z drugiego dnia festiwalu!

Zobacz galerię zdjęć z trzeciego dnia festiwalu!

Artur Wróblewski, Roskilde

Dowiedz się więcej na temat: występ | piosenki | gorąco | rock | galeria | muzyka | drugi plan | 'Gwiazdy' | festiwal

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje