Dezerter: Sierpień '80 sprawiedliwością dziejową

- W sierpniu 1980 roku byliśmy nastolatkami i wydarzenia w Gdańsku był dla nas czytelnym sygnałem, że coś ważnego dzieje się w Polsce - wspomina w rozmowie z INTERIA.PL Krzysztof Grabowski, perkusista i autor tekstów Dezertera, jednej z rodzimych legend punk rocka. Tamte wydarzenia wpłynęły nie tylko na sytuację polityczną Polski, ale także na scenę rockową w naszym kraju. Kilkanaście miesięcy po Sierpniu Grabowski i Robert Matera postanowił założyć zespół.

- Słowo strajk było w mediach pomijane. Można było usłyszeć lub przeczytać tylko o przestojach w pracy. Kiedy protesty na wybrzeżu rozrosły się tak, że władza nad nimi już nie mogła zapanować, pierwszy raz w życiu usłyszałem o strajkach w Polsce. To był szok, ale też poczucie wielkiej nadziei. Oto ta zatwardziała komuna, która doprowadziła kraj do ruiny, wreszcie zaczęła się chwiać na swoich wątłych nogach - opowiada Grabowski o sierpniu 1980 roku, kiedy rodziła się "Solidarność".

Reklama

- Dezerter wtedy jeszcze nie istniał. Byliśmy nastolatkami (17-18 lat) i wydarzenia w Gdańsku były dla nas czytelnym sygnałem, że coś ważnego dzieje się w Polsce - dodaje.

- Stan komunistycznej gospodarki pogarszał się na naszych oczach. Mimo tego, że nie byłem jeszcze w pełni świadomy, to czułem że coś jest nie tak. Niczego nie można było kupić bez olbrzymiego wysiłku i stałego kombinowania - wspomina Grabowski problemy z systemem kartkowym.

Przyszły perkusista Dezertera pod koniec lat 70. razem z mamą chodził do sklepu, żeby dostać dodatkowy kilogram cukru, bo na jedną osobę przypadał wówczas tylko jeden.

- Było lato i ludzie robili starym zwyczajem przetwory na zimę. Nie było w sklepach przecież soków, ani temu podobnych wynalazków. Cukier był więc niezbędny - tłumaczy.

Strajki na Wybrzeżu zainspirowały Grabowskiego do działania. Razem z Robertem Materą postanowił założyć zespół.

- Kiedy Wybrzeże stanęło większość ludzi miało poczucie sprawiedliwości dziejowej. Nareszcie ktoś się odważył. Nareszcie zaczęto mówić o sprawach istotnych. Przestaliśmy słyszeć tylko propagandowe kłamstwa.

- Ja i Robert mieliśmy również potrzebę przyłączenia się do tego ogólnopolskiego fermentu. Potrzeba była początkowo nieświadoma, ale fizycznie namacalna. Musieliśmy coś zrobić!

Dezerter pierwotnie działał pod inną nazwą - SS 20. To m.in. dzięki solidarnościowej rewolucji możliwa była działalność zespołu pod tak prowokacyjną wówczas nazwą.

- Nazwa SS 20 była prowokacją i próbą sprawdzenia jak daleko możemy się posunąć. SS 20 to numer sowieckich pocisków nuklearnych, które wymierzone były w miasta Europy Zachodniej. Nie wolno było publicznie o nich mówić. To zdecydowało, że my chcieliśmy tę nazwę upublicznić - opowiada nam Krzysiek Grabowski.

- Chcieliśmy grać brzydko i śpiewać o sprawach istotnych. Tak też się stało. Pierwsze teksty były bardzo odważne jak na tamte czasy. Śpiewaliśmy o komunie, sowieckich ku**ach (nie chodziło bynajmniej o prostytutki), o systemie i o towarzyszach. To były naprawdę mocne rzeczy. Mimo cenzury nigdy nie zmienialiśmy swojego repertuaru koncertowego. Na szczęście nigdy nas za to nie pociągnięto do odpowiedzialności. A groziły za to sankcje lub grzywny - wspomina perkusista Dezertera.

Z perspektywy 25 lat Grabowski twierdzi, że "Solidarność" miała rację, choć on sam nie popierał działalności związkowców po przełomie 1989 roku.

- Widzę, że nasze wybory wtedy były właściwe. Dołączyliśmy swoją małą cegiełkę do tamtych gorących wydarzeń. Nie stanęliśmy jednoznacznie po żadnej ze stron politycznego konfliktu, natomiast zawsze dawaliśmy wyraz temu, że gdyby nie strajki, gdyby nie "Solidarność", nie było by pewnie i nas - uważa teraz Grabowski.

- Wielokrotnie stawiałem się w roli adwokata diabła, broniąc "Solidarności" i jej ludzi na początku lat 90. Mimo, że nie popierałem ich działań już po upadku komuny, to miałem poczucie, że liderzy Solidarności" mieli dobre intencje.

- W końcu to oni siedzieli w pierdlu wtedy kiedy było najgroźniej, a nie ich adwersarze. Komuniści wyszli na swoim upadku najlepiej. Kiedy teraz widzę byłych sekretarzy, którzy mówią, że "Solidarność" miała rację w 80 roku, to chce mi się rzygać. Wtedy byli gotowi strzelać do ludzi tylko za to, że zgłaszali sprzeciw, a teraz uchodzą za reformatorów i wzorowych demokratów - podsumowuje Krzysiek Grabowski, który nie zamierza "dezerterować" z oceniania polskiej rzeczywistości.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje