"Ciemna strona księżyca" w Roskilde

Zakończenie 35. festiwalu w Roskilde odbyło się w niedzielę, 2 lipca, w wielkim stylu. Na początku mieliśmy prawdziwy maraton występów najpopularniejszych formacji gitarowych, debiutujących w ostatnich latach (między innymi Arctic Monkeys, The Strokes, Franz Ferdinand). A później Roger Waters przypomniał blisko 80 tysiącom osób, dlaczego "jego" zespół Pink Floyd jest zaliczany do najważniejszych grup rockowych w historii muzyki.

Pierwszy ważny koncert w niedzielę odbył się w "Arenie", która przeżyła istne oblężenie. Już na godzinę przed planowanym rozpoczęciem występu Arctic Monkeys, od wejścia do strefy znajdującej się tuż pod sceną, wiła się kilkudziesięciometrowa kolejka, która przybierała na długości z każdą minutą. Dodajmy, że średnia wieku osób w niej stojących nie przekraczała na pewno dwudziestki i była niewiele niższa od wieku muzyków "Małp".

Reklama

Właśnie młodzież jeszcze przy strojeniu instrumentow zdobywała się na histeryczne okrzyki, które miały przyspieszyć wyjście Alexa Turnera i kolegów na scenę. Wszystko potoczyło się jednak zgodnie z określonym planem i muzycy grupy weszli luzackim krokiem na scenę o godz. 15. Arctic Monkeys nawet nie musieli rozkręcać publiczności, która dosłownie szalała na ich koncercie, słuchając prostych, wpadających w ucho utworów.

Mnie one nie porwały - podobnie jak debiut "Malp", "Whatever People Say I'm, That's What I'm Not" - dlatego postanowiłem przebić się pod scenę główną, gdzie mieli zagrać The Strokes. Dodam, że wyjście z przepełnionego namiotu "Arena" zajęło mi kilkanaście minut...

Publiczność, która przyszła na koncert nowojorskiego kwintetu, była o kilka lat starsza, ale równie histerycznie reagowała na pojawienie się swoich idoli na scenie. The Strokes dali naprawdę udany, choć nieporywający koncert, grając z luzem i klasą weteranów nurtu new rock revolution. Dodajmy, że szarmancki wokalista Julian Casablancas na okrzyki widowni: "The Strokes! The Strokes!", odpowiadał głębokim ukłonem.

Grupa zaprezentowała najlepsze swoje piosenki z trzech wydanych do tej pory płyt, a były to między innymi "New York City Cops" z debiutanckiej "Is This It", "Reptilia" z "Room On Fire" czy "Juicebox "z ostatniej "First Impression Of Earth", którą otworzyli koncert.

Spod sceny "Orange" przeniosłem się z powrotem do "Areny", gdzie występowali Placebo. Brian Molko zaczął koncert od ostatniego singla "Infra Red", a później usłyszeliśmy same nowości, pochodzące z ostatniej płyty "Meds". Ekstatyczna reakcje fanów wywołał zwłaszcza utwór tytułowy, a to dlatego, że ma identyczny wstęp jak największy przebój zespołu, "Every You, Every Me". Ten ostatni został wykonany w nowej, trochę "udziwnionej" wersji.

Nie czekając na koniec koncertu Placebo, pobiegłem znów pod "Orange", gdzie właśnie zaczynali grać Szkoci z Franz Ferdinand. I na tym koncercie zbyt długo nie zagościłem, chcąc obejrzeć przynajmniej fragment występu Kaiser Chiefs, których - w przeciwieństwie do Placebo i Franz Ferdinand - nie będę miał okazji zobaczyć w Gdyni na rozpoczynającym się w najbliższy czwartek, 6 lipca, Heineken Open'er Festival.

Przede wszystkim interesowała mnie forma wokalisty Ricky'ego Wilsona, który niedawno został poważnie potrącony przez samochód. Na szczęście po kontuzji nie było ani śladu, a frontman Kaiser Chiefs zaprezentował kilkukrotnie swój popisowy skok, który podczas wspomnianego wypadku ponoć uratował mu życie.

Gwiazdą wieczoru - i chyba całego festiwalu - był jednak Roger Waters, były lider i basista Pink Floyd. Artysta przyjechał do Roskilde zaprezentować słynną suitę "Dark Side Of The Moon". Jak się okazało, publiczność podczas ponad 2,5-godzinnego występu, usłyszała i zobaczyła o wiele więcej.

Waters, zanim przeszedł do przedstawienia "Ciemnej Strony Księżyca", zagrał kilka najlepszych utworów z repertuaru Pink Floyd. Były to na początek "In The Flesh" i "Mother" z "The Wall" (piosenki z tej płyty, między innymi "Another Brick In The Wall 2", usłyszeliśmy także na bis), dość niespodziewanie "Set The Controls For The Heart Of The Sun" i "Shine On You Crazy Diamond", podczas którego na telebimach pojawiły się zdjęcia Syda Baretta, pierwszego lider Pink Floyd, któremu poświęcony jest ten utwór. Z albumu "Wish You Were Here" nie zabrakło oczywiście kompozycji tytułowej.

Poza tym basista zagrał również fragmenty z płyt "Final Cut", "Animals", a także piosenkę z solowego albumu "Amused To Death" ("Perfect Sense").

Poruszające było zwłaszcza wykonanie nowej kompozycji artysty, która powstała po - jak to określił Waters - "nielegalnej" inwazji Stanow Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii na Irak. Utwór zainspirowało spotkanie 17-letniego wówczas Rogera z arabską rodziną, która ugościła młodego autostopowicza, okazując mu - jak powiedział Waters - "prawdziwe serce". "To spotkanie zmieniło moje życie" - podkreślił po chwili.

Dodam, że każdy utwór wykonywany podczas niedzielnego koncertu, opatrzony był wyjątkowymi wizualizacjami na telebimach oraz pokazami pirotechnicznymi.

A sam Waters? Zawsze wydawało mi się, że granie koncertow to dla niego kara. Jednak w Roskilde był w doskonałym humorze - uśmiechał się do fotoreporterów, machał fanom, spacerował wzdłuż i wszerz sceny, zdobywał się na dłuższe monologi... A na koniec wykonał na żywo w całości "Dark Side Of The Moon" - ten występ na pewno większość zgromadzonych zapamięta do końca życia... Także ja, choć do fanów Pink Floyd się nie zaliczam.

Zobacz galerię zdjęć z pierwszego dnia festiwalu!

Zobacz galerię zdjęć z drugiego dnia festiwalu!

Zobacz galerię zdjęć z trzeciego dnia festiwalu!

Zobacz galerię zdjęć z czwartego dnia festiwalu!

Festiwal w Roskilde to nie tylko muzyka i wielkie gwiazdy. Zobacz zdjęcia z terenu imprezy!

Artur Wróblewski, Roskilde

Dowiedz się więcej na temat: księżyce | Placebo | Arctic | utwór | galeria | Pink Floyd | Pink | muzyka | koncert

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje