Francuzom z Justice znudziły się klubowe zabawy. Zachciało im się robić muzykę przez duże "m". Wiadomo, że w większości wypadków kończy się to groteską. Ale Gaspard i Xavier wrócili z tarczą. I płytą jeszcze lepszą od debiutu.
Wbrew części zarzutów, nigdy nie byli po prostu drugim Daft Punk. Owszem, szlak mieli przetarty, a sposoby manipulowania swoim image wręcz podane na tacy, niemniej bronili się dzięki temu, co nagrali sami a nie zwyczajnemu podjęciu wątku. Na pierwszym krążku pt. "Cross" bałagan robili pomysłowo, dwubiegunowo. Z jednej strony rzewny zew włoskich parkietów w "Valentine" i hiperprzebojowe, lubiane nawet przez amerykańskich producentów hiphopowych "D.A.N.C.E.". Z drugiej - ostra cyfrowa rzeźnia pod koniec krążka, manifestowana w numerach takich jak "Stress" czy "Waters of Nazareth". A dla zmanierowanych na dokładkę niby-rapująca Jej Beznadziejność Uffie.
Tym razem jest inaczej. Już po otwierającym "Horsepower" słychać, że duet chce grać zarazem symfonicznie, gitarowo i elektronicznie. Jednym słowem - monumentalnie.
Justice pragną poczuć się jak szarpidruty w złotym okresie . Nie straszne im teatralne rozmemłanie, przejęte chórki i mnóstwo retardacji, muzyka w pół drogi między progresem a glamem. Nade wszystko kochają jednak tytanów hard rocka i dinozaurów metalu. Miłość tą łączą z naturą odkrywców, pasją towarzyszącą pionierom muzyki elektronicznej. "Audio, Video, Disco" sprawdziłoby się zarówno jako tribute dla pokolenia machającego czuprynami w latach 70., jak i ścieżka dźwiękowa do pełnej romantyzmu i alienacji odysei kosmicznej. Przy tym wszystkich wciąż jednak wiemy z kim mamy do czynienia i czym zajmuje się gospodarz. Klasa.
Prawie każdy utwór wywołuje pełen uznania uśmiech i festiwal indywidualnych skojarzeń. Zapraszamy do zabawy w detektywa! A oto moje hipotezy: w "Civilization" straszy duch Electric Light Orchestra z czasu "Time" (bardziej "Here Is The News" i "Your Truly 2095" niż "Ticket to the Moon") i upiór The Who. W "On'n'On" zeppelinowskie riffy uginają się pod bijącym jak broń obuchowa basem, zaś pod sam koniec człowiek spodziewa się jazdy na miarę System Of A Down. "Biranvision" to Hendrix w Woodstock przechodzący w stare, dobre Iron Maiden. "Parade"? To akurat oczywiste. Queen na tropie nowych galaktyk. "New Lands"? Gdzieś pomiędzy Deep Purple a Def Leppard. Czy ktoś tu zamawiał klubową mszę organową? Nie? Co tu robi w takim razie piosenka tytułowa?
Gaspard i Xavier nie są w ciemię bici, więc ze swoich inspiracji biorą to co najlepsze, czy może raczej najbardziej efektowne. Muzyka jest z nerwem i w tempo, wysmażona z wyczuciem, przyprawiona niewielką tylko domieszką ironii, choć te partie syntezatorów w opcji "instrument hard rock guitar wybrany z banku najtańszego Casio" czy fragment nasuwający na myśl minstreli mogą dawać do myślenia. Twórczość ta powinna podobać się każdemu, kto zbytnio nie zafiksował się na powtórce z "Cross". Szalikowcy wciąż odurzeni specyficznym brzmieniem zakłócającej radiowej stacji disco, nie powinni wychodzić poza "Helix".
8/10







Twój komentarz może być pierwszy!