Roger Waters zbawia świat

Powiedzieć, że Roger Waters ma rozmach, to nic nie powiedzieć. Jeżeli do rozmachu dołożymy wielkie ego i swego rodzaju artystyczny mesjanizm, otrzymamy trzy kluczowe elementy widowiska "The Wall".

67-letni brytyjski artysta, były lider grupy Pink Floyd, wystąpił w poniedziałek (18 kwietnia) w łódzkiej Atlas Arenie, gdzie zaprezentował swoje najważniejsze dzieło. Na wtorek zaplanowano kolejny koncert Watersa w Łodzi i możemy być pewni, że hala znów będzie wypełniona po brzegi.

Reklama

Spektakl "The Wall", z którym Brytyjczyk podróżuje obecnie po świecie, zachowuje tę samą strukturę co 30 i 20 lat temu. Różnica polega na tym, że wszystko jest większe i potężniejsze, a przesłanie utworów uzupełnił Waters o aktualne wydarzenia.

Na pierwszym planie jest tu mocne, antywojenne, antytotalitarne i antykonsumpcyjne przesłanie.

Muzyk wielokrotnie w czasie swojego występu stawał w dramatycznym rozkroku i równie dramatycznie rozkładał ręce, podczas gdy za jego plecami wyświetlano zdjęcia ludzi, którzy zginęli w wyniku konfliktów zbrojnych (pierwsza fotografia to ojciec Rogera Watersa) czy głodujących dzieci. Zbawianie świata za pomocą muzyki to zadanie ryzykowne, bo niebezpiecznie zbliżające artystę do pretensjonalności, ale ponieważ Waters nigdy nie krył się ze swoim poczuciem misji, trudno z tego czynić zarzut dziś, ponad 30 lat od premiery "The Wall", wybitnego przecież dzieła.

Widowisko zaczęło się od wszechobecnego symbolu skrzyżowanych młotów na flagach, na zrębach tytułowego muru, na ramionach żandarmów i samego Watersa odgrywającego rolę totalitarnego wodza.

Później w tracie show obserwowaliśmy paradę złowieszczych postaci - każda z nich przedstawiona była w formie wielkiej, ruchomej lalki. Zobaczyliśmy więc wykrzywionego nauczyciela-tyrana, któremu zaproszone na scenę dzieci śpiewały z przejęciem "We don't need no education", pojawiła się upiorna Matka podcinająca swoją nadopiekuńczością skrzydła synowi, wreszcie wtargnęła na scenę krwiożercza (dosłownie) Żona, od której główny bohater nie potrafił się uwolnić...

Gdy z głośników popłynęły dźwięki "Goodbye Blue Sky", zobaczyliśmy animację przedstawiającą nalot bombowców na bliżej nieokreślone miejsce. Jednak zamiast bomb za amunicję posłużyły m.in. krzyże, Gwiazdy Dawida, sierpy i młoty, wreszcie dolary (aplauz publiczności) czy logo Shella (również aplauz).

Podczas kolejnych utworów scenę coraz gęściej zapełniał budowany zawzięcie, cegła po cegle, tytułowy mur. Aż w końcu stało się to, o czym po raz pierwszy zamarzył Waters w 1977 roku w Montrealu - odgrodził siebie od publiczności całkowicie. Kompozycja "Hey You" była już wykonywana bez wizualnej łączności z artystą. Później w murze pojawiły się wyrwy, by ostatecznie mógł z hukiem runąć na koniec spektaklu.

Zanim to jednak nastąpiło, tuż przed finałem, obserwowaliśmy wyświetlony na tych cegłach sąd nad Pinkiem, czyli głównym bohaterem filmu "The Wall". Na murze pojawiły się sceny z oryginalnego obrazu Alana Parkera.

To nie był jedyny raz, kiedy Roger Waters nawiązał do początków "The Wall". W trakcie utworu "Mother" artysta akompaniował... młodszemu o 30 lat sobie. Zobaczyliśmy i usłyszeliśmy wykonanie tej kompozycji z pierwszej trasy "The Wall".

Był też w trakcie wykonywania tej piosenki sympatyczny i - jakżeby inaczej - wpisany w narrację przedstawienia ukłon w stronę polskiej publiczności. Gdy Brytyjczyk śpiewał frazę "Mother, should I trust the government?", na murze wyświetlił się napis po polsku: "Nie, niech spierzają".

Waters stracił już głos, ale nie o śpiewanie przecież tu chodzi. Szczególnie gdy słucha się lamentu "Don't Leave Me Now" - błaganie głównego bohatera ma przecież brzmieć jak najbardziej rozpaczliwie. Czy chodzi więc o widowiskowość? O przesłanie? O muzykę? O historię Pinka? O wszystko naraz? Trudno ogarnąć niezliczone elementy koncertu - atrapa samolotu, która staje w ogniu, zdjęcie zabitej Iranki, latająca tuż nad naszymi głowami świnia, Waters strzelający do publiczności z karabinu maszynowego, spadające z sufitu różowe karteczki przedstawiające amunicję z "Goodbye Blue Sky", nawiązania do "Folwarku zwierzęcego"... Mnóstwo symboli zawarł w tym spektaklu Roger Waters, jakby chciał poruszyć wszystkie problemy świata i wszystkie problemy jednostek.

Na moją głowę akurat spadła akurat karteczka z symbolem dolara, a na świni wyczytałem, że kapitalizm oparty jest na zabijaniu. W sam raz na rozważania do poduszki.

Michał Michalak, Łódź

Dowiedz się więcej na temat: Nie | wall | Roger Waters | koncert | Łódź

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje