Przewodnik rockowy. Tony Bourge: Mistrz z klasycznego Budgie

Młodsi czytelnicy moich opowieści, ci którzy z przyczyn naturalnych nie mają możliwości pamiętania czasów PRL-u, mogą mieć pewien kłopot ze zrozumieniem, jak ważną rolę spełniali wówczas prezenterzy radiowi. Oczywiście myślę tu o mistrzach prowadzących autorskie programy poświęcone muzyce niepoważnej.

Aby zrozumieć do czego zmierzam, muszę na chwilę zająć się historią. Otóż w czasach, w których byliśmy praktycznie odcięci od tego, co aktualne w kulturze na Zachodzie (np. książki czy filmy trafiały do nas zazwyczaj z kilkuletnim opóźnieniem, i to tylko pod warunkiem, że wcześniej przepuściła je cenzura), w których nie było jeszcze telewizji satelitarnej ani magnetowidów, a o komputerach osobistych czytało się chyba tylko u Lema, jedynym sposobem aby czuć się "obywatelem świata", było posiadanie zbiorów tego, co najwartościowsze w rocku. A ponieważ, do mniej więcej połowy lat 80. ubiegłego stulecia, płyt z zagraniczną muzyką popularną w Polsce nie tylko nie tłoczono, ale także nie sprowadzano, to głównym sposobem kolekcjonowania tego, co na nich było zarejestrowane, były magnetofony. Najpierw szpulowe, potem kasetowe. Tyle tylko, że skądś trzeba było czerpać, to co chcieliśmy nagrywać, a tu jedynym powszechnie dostępnym źródłem, były programy radiowe. I to tylko te, które były nadawane na tzw. "UKF-ie", bo na innych częstotliwościach (na falach średnich i długich) były w fatalnej jakości.

Reklama

Wśród tych, którzy dzięki własnym sposobom (o których pogwarzę przy jakiejś innej okazji) mieli dostęp do zagranicznych krążków, prym wiedli ci, którzy pracowali w III programie Polskiego Radia, a wśród nich, królem był (i wciąż jeszcze jest) Piotr Kaczkowski. To dzięki jego audycjom, a przede wszystkim "Mini-Maxowi", większość polskich fanów rocka znała, kochała i co najważniejsze miała (na taśmach) wszystko co najlepsze publikowano na świecie...

Na samym początku lat 70., będącemu chwilowo w Londynie Piotrowi Kaczkowskiemu, wpadła w oko okładka płyty z jadącą na koniu... papugą. Zaintrygowany poprosił o jej odtworzenie. To co usłyszał, na tyle go poruszyło, że odżałował (pewnie) kilku funtów i natychmiast ją kupił, a powrocie do Polski Ludowej odtworzył na antenie "Trójki". No i się zaczęło... Wszyscy długowłosi rodacy nagle zachorowali. Każdy zachwycał się i polecał przyjaciołom Budgie. Dotąd nieznany nikomu zespół, błyskawicznie wskoczył u nas (w Wielkiej Brytanii nigdy nie zyskał takiego sukcesu) na listę gigantów - stał się równie ceniony jak Led Zeppelin, Deep Purple i Black Sabbath.

Przez całe dekady, życie młodych ludzi w górniczo-przemysłowej Walii było zazwyczaj ciągłym zmaganiem się z szarą (czy wręcz czarną) rzeczywistością. Dzieciństwo na podwórkach i ulicach, podstawówka, potem jakaś zawodówka, a w końcu praca. Ciężka, brudna, niebezpieczna. I nagle, gdzieś w pierwszej połowie lat 60. w ten ponury świat wlała się muzyką Beatlesów. Młodzi ludzie, poczuli powiew czegoś, co niektórzy z nich, np. późniejszy lider Budgie - Burke Shelley, odważają się dziś nazwać poczuciem wolności ("Rób, co chcesz, ubieraj się, jak chcesz"). Oznaczało to też, że niespodziewanie pojawiła się możliwość zajmowania się czymś, co nie tylko dawało wiele radości, ale także, przy pewnej dawce szczęścia, mogło ofiarować szansę na inne życie. Skorzystali z niej m.in. Tom Jones i Bryan Ferry, a później choćby chłopcy z Manic Street Preachers czy Stereophonics.

Ponieważ o Budgie w tym cyklu już pisałem (!), to aby się nie powtarzać, spojrzę na zespół przez pryzmat biografii i wkładu w jego muzykę, obchodzącego właśnie 65 urodziny, najważniejszego gitarzysty grupy - Tony'ego Bourge'a. A zatem...

24 listopada 1948 r. w portowo-stoczniowym Cardiff urodził się chłopiec, któremu rodzice, państwo Bourge, do aktu urodzenia wpisali dwa imiona - Antony James. A ponieważ, jak to zazwyczaj bywa, do malucha mówi się możliwie jak delikatniej, to już od początku swojego ziemskiej egzystencji Antony był dla bliskich Tonym. I tak już zostało na zawsze.

Po dzieciństwie, jak każde, Tony Bourge zaczął, jak każdy, chadzać do szkoły, grać w piłkę, słuchać infantylnego (jeszcze wtedy) rocka i... bawić się w gitarzystę. Po okresie grania w kilku dziś już zapomnianych "bandach" w 1967 r. otrzymał propozycję przyłączenia się do formacji o nazwie Hills Contemporary Grass. Na jej czele stał inny mieszkaniec Cardiff - wspomniany już - Bourke Shelley. Niewiele później zespół, raz - zaczął zmieniać nazwę (najpierw na Budgie Droppings, potem na Six Ton Budgie, a w końcu na Budgie), dwa - wykrystalizował swój podstawowy skład. I tak przez pewien czas, obok Shelley'a będącego jego głównym wokalistą oraz basistą i Ray'a Phillipsa grającego na bębnach, w bandzie występowało dwóch gitarzystów: nasz pupilek (Bourge) oraz niejaki Brian Goddard.

Tak się szczęśliwie-nieszczęśliwie (niepotrzebne skreślić) złożyło, że Goddard któregoś dnia, a raczej nocy, nieco się zagalopował i sprawił, iż jego ówczesna dziewczyna zaszła w ciążę. Oznaczało to, że musiał szybko znaleźć pracę i zająć się sprawami poważniejszymi niż rock'n'roll. W tej sytuacji, Bourke postanowił, że odtąd będą stale grać w trio, bo... dzięki temu "kasę" będzie można już dzielić na trzech, a nie czterech!

Budgie i "Breadfan":

To ostatnie zdanie, będące luźnym przekładem fragmentu jednego z wywiadów, wydaje się całkiem logiczne, tyle tylko, że można założyć, iż stała za nim sporo dawka pewności siebie. Dlaczego? Z prostej przyczyny, bowiem występowanie w tak szczupłym składzie nakłada na muzyków bardzo liczne obowiązki i wymaga od nich bardzo dużych umiejętności. Szczególnie od gitarzysty, który musi swoją grą pełnić jednocześnie rolę muzyka budującego dźwiękowe struktury (akordy, riffy) na których, zazwyczaj, rozmieszcza swoje solówki (np. robił to wspaniale Eric Clapton w Creamie, czy wciąż robi Alex Lifeson w Rush). Tak pracować umieją jedynie najlepsi! A Bourge?

Jeśli zdarza się, że ktoś pyta mnie o ocenę umiejętności Tony Bourge'a, od lat mam zawsze na podorędziu nieco wymijającą odpowiedź. Otóż, moim zdaniem, główną bronią gitarzysty była... jego ogromna inteligencja! Bo mimo, że jako instrumentalista nie był tak wielkim technikiem jak jego "super-konkurenci" (np. Clapton, Page, Iommi czy Blackmore), to grał tak ciekawie, a nawet zaskakująco, że jego riffy i sola wbijały się w pamięć równie mocno jak tych olbrzymów. Przede wszystkim wspaniale operował nastrojem i umiał z wielkim wyczuciem przechodzić od partii bardzo delikatnych do uderzeń o ciężkości godnej Sabbathu. A jeśli chodzi o owe ciosy, to chyba tylko Tony Iommi potrafił grać ciężej (proszę sprowadzić choćby "Whiskey River", "Stranded" czy legendarne "Breadfan" i "Parents").

Budgie i "Parents":

Ale to nie wszystko, bo robił też, coś co zawsze mnie zachwycało. Otóż umiał niezwykle naturalnie wykorzystywać gitarę klasyczną, którą często błyskawicznie zamieniał na elektryczną. Czasami też bardzo mocny utwór osadzał na tle zbudowanym za pomocą instrumentu akustycznego (np. w "I Can't See My Feelings"). I jeszcze jedno, jego wielką zaletą była też umiejętność świetnego akompaniowania na "pudle" w iście beatlesowskich balladach śpiewanych przez Shelley'a ("Everything In My Heart", "You And I", "Rolling Home Again", "Make Me Happy", "You Know I'll Always Love You", "Riding My Nightmare", "Wondering What Everyone Knows", "Slipaway").

Tony Bourge grając z Budgie nieco ponad 10 lat, nagrał z zespołem siedem świetnych płyt: "Budgie" (1971), "Squawk" (72), "Never Turn Your Back On A Friend" (73), "In For The Kill" (74), "Bandolier" (75), "If I Were Brittania I'd Waive The Rules" (76) i "Impeckable" (78) oraz dorobił się znakomitej reputacji! Jednak w 1978 zdecydował się odejść. Dlaczego? Sądzę, że doszło do nieporozumień, co (a raczej jak) grać w przyszłości. Otóż jego klasyczny sposób wykorzystywania gitar, już nijak nie przystawał do rodzącej się wtedy mody na ostry heavy metal. Chodziło o to, że Bourke Shelley czując, że aby utrzymać się na rynku, jego grupa powinna zacząć brzmieć jak inne kapele z kręgu rodzącej się wtedy Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu (Iron Maiden, Judas Priest, Saxon itd.), stąd zapragnął unowocześnić muzykę swojej Papugi. Tyle tylko, że Tony, albo tego nie chciał, albo czuł, że nawet nie umie wiosłować w taki sposób. A zatem musieli się rozstać...

Budgie i "Nude Disintegrated Parachutist Woman":

Tony Bourge odszedł z Budgie w połowie 1978 r. i wrócił do domu, do Cardiff. Tu, jeszcze w tym samym roku, stworzył efemeryczną grupę o nazwie Freez. Natomiast kiedy ta dokonała żywota stanął na czele innej, ochrzczonej STORM. No a gdy i tej się nie poszczęściło, gitarzysta postanowił dać sobie spokój z muzyką. Jednak w 1982 r. były menedżer Papugi, Graham Moloney, zdołał namówić Tony'ego aby przyłączył się do projektu o nazwie Tredegar. Ważne było to, iż perkusistą nowej formacji był pierwotny (i przecież świetny) bębniarz Budgie - Ray Phillips.

Tredegar zadebiutował w połowie następnego roku na koncertem w Caerphilly w Walii. Okazało się wówczas, że ów zespół gra i brzmi równie dobrze jak dawny zespół Bourge'a i Phillipsa. A zatem można było oczekiwać sukcesu. Tyle tylko, że ten nie przyszedł. Tym razem po prostu brakło szczęścia...

W 1986 r. Tredegar wydał swoją jedyną płytę ("Tradegar"), ale gdy ta nie zdobyła popularności, zniechęcony Bourge po raz kolejny odłożył gitarę i... założył firmę produkującą meble. No a gdy wydawało się, że już na zawsze będzie wiódł "szare życie" biznesmena, w kwietniu 2013 r., niespodziewanie opublikował album "Crank It Up", na którym pomieścił 20 własnych kompozycji z kilku ostatnich lat, zarejestrowanych (wraz z synem Kingsley'em) w domowym studiu, a niewiele później, w ten sam sposób, udostępnił swój kolejny zbiór "Chilling Out". Obie "płyty" można nabyć w postaci plików mp3 w sklepie internetowym Amazon.


Czytaj poprzednie odcinki "Przewodnika rockowego"!

Dowiedz się więcej na temat: "Przewodnik..." | Budgie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje