Uffie nie potrafi

Uffie "Sex, Dreams and Denim Jeans", Ed Banger Records

Dziewczątko miauczące przed laty w "Tthhee Ppaarrttyy" głośnego Justice wydało płytę. Niektórzy chcą w niej widzieć manifest zepsutego pokolenia, ale po co się oszukiwać? To przecież tylko nieświeża, bezmyślna składanka electro.

Reklama

Sami tego chcieliśmy. Roztkliwialiśmy się przecież nad gwiazdkami pokroju Lily Allen. Przyjmowaliśmy ilość wejść na portal społecznościowy za miernik jakości nagrań. Tym samym pozwoliliśmy Uffie zaistnieć.

22-letnia dziś dziewczyna urodziła się w bananowym Miami, wychowała w ekscentrycznym Hong Kongu, potem zaś przeniosła się do snobistycznego Paryża, zostając podlotką-maskotką wyznaczającej trendy wytwórni Ed Banger. Wydaje się być pozbawiona jakiegokolwiek talentu. Nie umie śpiewać, nie umie rapować, nie umie grać na saksofonie, nie umie pisać tekstów - więc każdą z tych rzeczy robi. Taka celebrycka logika.

Wcale się ze swoimi deficytami nie ukrywa, przeciwnie, pragnie je wykrzyczeć całemu światu, pusząc się przy tym jak paw. Zdaje sobie sprawę, że znajdzie się przecież wystarczająco dużo odbiorców, którzy będą klaskać, patrząc jak zmarnowana leży sobie w wannie w tenisówkach albo pokazuje tyłek całemu światu, siedząc na okiennym parapecie w szpilkach. Umrą z rozkoszy słuchając tych autotematycznych wersów, na przykład o Uffie wypijającej cały alkohol z ich barku.

"Są dwa rodzaje nawijaczy / Ci, którzy rapują i którym nie zależy / Szczerze mówiąc, mam to w dupie / bo ty możesz być zajebisty na mikrofonie, ale twoja muzyka jest do kitu / Ze mną jest inaczej, mam zajebiste podkłady / jestem showmanką, nie tekściarską" - przyznaje bezczelnie.

Niestety, co do bitów ma trochę racji. Choć dobie pozbawionej umiaru eksploatacji electro, nieustającego terroru cyfrowych plumknięć i ośmiobitowych melodyjek produkcje Oizo, Mirwaisa, Feadza, SebastiAna niewiele już wnoszą, a nawet nudzą. Wciąż znajdziemy jednak kilka wartych grzechu perełek. Ostre "MC's Can Kiss" błyskotliwie odwołuje się do klimatu starych nagrań Beastie Boys. "NeuNeu", choć wściekle plastikowe, łączy beztroskę rodem z amerykańskich plaż z ronsonowskim pozytywem. "Sex, Dreams and Denim Jeans" jest jak impreza, na której MGMT i Velvet Underground wyniuchali, gdzie gospodarz trzyma LSD. A "First Love"? Uffie robi naprawdę wszystko, by zepsuć ten numer. Rymuje "feel do "real" i "about" do "about". Opowiada jak dobrze było jej na kolanach, gdy kochała się na balkonie. Ale rozbrajające, cukierkowe wstawki z lat 80. i kapitalne, wyraziste perkusje są po prostu za dobre, by dało się tej piosence całkowicie zaszkodzić.

Trochę żałuję, że gwardii z Eda Bangera udało się obronić tę płytę. Młodziutkiej anty-wokalistce przydałyby się jednoznacznie miażdżące recenzje. "To wszystko o mnie, ja, ja ja, przez cały czas" - rymuje. W ostatnim czasie nikt równie dobitnie nie udowodnił, jak irytujące jest połączenie pewności siebie, totalnego egocentryzmu i trudnej do wyrażenia w słowach miałkości.

4/10

Czytaj recenzje płytowe na stronach INTERIA.PL!

Dowiedz się więcej na temat: sex | and | jeans | Nie | Sex Dreams And Denim Jeans | Anna-Catherine Hartley

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama