Retrofuturystyka

Daft Punk "Random Access Memories", Sony

Daft Punk to francuski duet, który w latach 90. zeszłego wieku znalazł swoje miejsce na wypadkowej pomiędzy Kraftwerkiem i Kool & The Gang. W efekcie stworzył multiplatynowe albumy, które stały się nowym wkładem do kanonu muzyki. Ich powrót w 2013 roku stał się sensacją, singel "Get Lucky" w moment został hitem, a nowy album "Random Access Memories" zyskał status bestsellera. Słusznie?

Reklama

Bez wątpienia. Słuchając "Random Access Memories" ma się poczucie obcowania z wielkością i nie chodzi tutaj tylko o niemal hollywoodzki rozmach, ale przede wszystkim o horyzont muzyczny Thomasa Bangaltera i Guya Manuela de Homem-Christo. Po pracy nad soundtrackiem do remake'u "Tronu" muzycy ostatecznie doszli do porozumienia ustalając, że nowy album Daft Punk będzie zarejestrowany z pomocą muzyków sesyjnych, a bitmaszyny i syntezatory będą musiały zejść na dalszy plan. Pomysł bardzo kontrowersyjny i ryzykowny, kiedy weźmiemy pod uwagę specyfikę muzyki zespołu, ale ostatecznie okazał się słuszny.

Czwarty album Daft Punk brzmi świeżo, a stopień głębi brzmienia i zaawansowania aranżacyjnego zapiera dech w piersiach. Obecność żywych instrumentów jest bardzo odczuwalna, ale jednocześnie nie odwraca specyficznego brzmienia Daft Punk do góry nogami. To nadal płyta tych samych panów, którzy używali vocoderów (modulatorów głosu) na długo zanim było to modne. Na tej płycie po raz kolejny otrzymujemy pieśni robotów, które poruszają swoją metaliczną i zimną paletą emocji i choć brzmi paradoksalnie tak faktycznie jest - za przykład niech posłuży "Within'" z Chilly Gonzalezem, które jest jak futurystyczne odbicie "smutnego pana z gitarą". Tylko bez gitary, za to z kapitalnie trafionym pianinem.

Olbrzymie wrażenie robi to jak wiele inspiracji udało się zmieścić na jednej płycie jednocześnie zachowując spójność. Kiedy słuchamy funkowo-dyskotekowego szlagieru jakim jest "Get Lucky" z Pharellem Williamsem i genialnym Nile'em Rodgersem ciężko uwierzyć, że to numer z tego samego albumu co "The Game Of Love", które mglistym nastrojem i brzmieniową konstrukcją kojarzy się z najlepszymi 80'sowym soundtrackami. Jednocześnie słuchając albumu w całości nie odczuwa się nawet jednego zgrzytu, momentu, kiedy przejście jest zbyt nachalne, a rozstrzał muzyczny zbyt wielki. Na tej płycie wszystko płynie, a słuchacz nie ma problemu, żeby uwierzyć, że każdy dźwięk jest na swoim miejscu. Wśród inspiracji, które kierowały duetem przy powstawaniu płyty obok siebie pojawiają się m.in. Michael Jackson i Pink Floyd. Myślę, że kwestią czasu jest, kiedy to "Random Access Memories" będzie inspirować ludzi do poszerzania swojego spojrzenia na produkcję muzyki.

Zdaniem autorów centralnym punktem albumu jest "Touch" z Paulem Williamsem, bardzo rozbudowana ballada z orkiestrowym podszyciem, doskonale dogranym chórem i ośmioma minutami permanentnego bogactwa aranżacji. Nie mniej wyjątkowy i ważny jest jednak numer z wypowiedziami Giorgio Morodera, człowieka, który wprowadzał syntezatory do muzyki, kiedy mało kto wiedział jak z nich korzystać. Elektroniczny motyw klawiszowy kojarzący się z 16-bitowymi konsolami do gier został w trakcie 9 minut wykorzystany w tylu przeróżnych celach, że ciężko w to uwierzyć. Kiedy po skrzypcowej etiudzie motyw wraca po raz kolejny z podwojoną mocą perkusji, energia jest niewiarygodna. Końcówka w której do tego wszystkiego dochodzi gitara elektryczna jest jak kropka na i. Co najlepsze jedynym wkładem Morodera jest jego muzyczna opowieść i narracja. Daft Punk rozumieli jego spojrzenie i wkład, ale chcieli odtworzyć to własnoręcznie. Efekt jest historyczny.

Zarzuty? Chwilami ma się wrażenie, że te 73 minuty materiału to odrobinę za dużo i nieraz materiału trzeba słuchać na dwa razy. W świetnym tanecznym hicie "Lose Yourself To Dance" czasami wydaje się, że jest o kilka refrenów z rzędu za dużo, że produkcja mogłaby nabrać trochę dynamiki, gdyby nie była tak rozwlekła. To jednak szukanie dziury w całym. Zamykający materiał "Contact" - jedyny samplowany numer na albumie z gościnnym udziałem DJ'a Falcona, który z Bangalterem tworzył house'owy duet Together, jest na tyle brawurowy, że album odruchowo włącza się jeszcze raz.

Ogólnie goście na tym albumie, włącznie z muzykami sesyjnymi (wśród nich m.in. John J.R. Robinson czy Thomas Bloch) dobrani są perfekcyjnie, a Daft Punk pokazują swój wielki talent nie tylko jako producenci muzyczni, ale również wykonawczy. Ich zamysł i szeroki horyzont zaowocowały materiałem, który jest poważnym kandydatem do płyty roku i z całą pewnością jedną z lektur obowiązkowych A.D. 2013. Bardzo ważny i świetny w odbiorze album.

9/10

Czytaj recenzje płytowe na stronach INTERIA.PL!

Dowiedz się więcej na temat: recenzja | Daft Punk

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje