​Recenzja Zbigniew Wodecki "Dobrze, że jesteś": Szkoda, że Pana nie ma

Pośmiertna, nieukończona za życia płyta Zbigniewa Wodeckiego? Na szczęście w tym przypadku tego typu zabieg nie oznacza skoku na kasę. Warto znać, by uświadomić sobie, jak wielką stratę poniosła polska scena muzyczna ponad rok temu.

Zbigniew Wodecki odszedł 22 maja 2017 roku

Panie Zbigniewie, i po co były te koncerty, zanim ukazała się płyta z Mitch&Mitch zawierająca nagrany na nowo materiał z debiutu? Gdyby nie ta swoista reaktywacja kariery muzycznej, pamiętaliby Pana po śmierci jako tego wiecznie uśmiechniętego starszego mężczyznę od "Pszczółki Mai". No i nie zapomnijmy jeszcze o "Chałupy Welcome To" i "Zacznij od Bacha"!

Reklama

A przecież Pana twórczość była zdecydowanie bardziej rozległa, o czym "1976: A Space Odyssey" przekonywało chyba najbardziej. Trudno wszak nie zakochać się w tym tradycyjnie potraktowanym, mocno jazzującym popie. W tych romantycznych, słodkich, ale jednocześnie przemawiających sentymentem melodiach wygrywanych tradycjonalistycznym, acz bogatym instrumentarium. Nic dziwnego, że płyta chwyciła i teraz wszyscy tęsknią nie za facetem z czupryną znanym z telewizji, ale świetnym muzykiem ze zmysłem do pisania dobrych, lekkich, ale nie pozbawionych emocjonalności kompozycji. To samo przecież słychać na "Dobrze, że jesteś" i nadal brzmi tak samo świeżo.

Wielka szkoda, że nie zdążył Pan dokończyć tego krążka - zresztą, dopieszczanie sprawiło, że wydany został rok i jeden dzień po Pana śmierci. Absolutnie nie chodzi o to, że nowy album sygnowany Pana imieniem i nazwiskiem to pozycja zła, ale nieobecność tego charakterystycznego wokalu w pięciu utworach na trzynaście daje się we znaki. To właśnie Pana wejścia są bowiem najmocniejszymi fragmentami. Ostatecznie okazuje się, że ten baryton, chociaż przecież na pierwszy rzut ucha nie wydaje się specjalnie silny brzmieniowo, przepełniony jest niespotykaną wręcz charyzmą. Może to wina wypełniającej go dojrzałości połączonej ze zwyczajnym ciepłem i bijącym z głosu optymizmem? W każdym razie działa to na tyle dobrze, że utwory nie tracą w żaden sposób swojej mocy, gdy w partiach wyśpiewuje Pan scatem pozbawione sensu słowa zamiast właściwego tekstu. Jasne, szkoda, że pozostała tylko ta instrukcja dla tekściarzy, by znali melodię, pod którą mają pisać swoje słowa, tylko co poradzić na to, że te momenty mają w sobie wielki urok i niespotykaną wręcz lekkość?

Warto dodać, że ta Pana dominacja przy mikrofonie jest o tyle zaskakująca, że gości dobrano naprawdę zacnych. Kayah idealnie dopełniła brakujące momenty w "Chwytaj dzień" oraz bez problemu poradziła sobie z refleksyjną balladą "Na paluszkach". Do interpretacji znanego z Pana repertuaru "Tylko ty" w wykonaniu Kuby Banacha też trudno się przyczepić, bo członek Poluzjantów to głos dojrzały, imponujący dykcją i warsztatem. Może brakuje mu nieco szaleństwa, wydaje się nazbyt ugrzeczniony, ale w przypadku tego typu repertuaru trudno uznać to za wadę.

Sprawdź tekst piosenki "Chwytaj dzień" w serwisie Teksciory.pl

A pozostali? Beata Przybytek nie bez powodu jest uznawana za jeden z najciekawszych młodych głosów jazzowych, bo czuć w wyśpiewanych przez nią frazach wielką wrażliwość muzyczną wywodzącą się z tradycji takich wokalistek jak Julie London czy Peggy Lee. Słychać momentalnie, że nadaje Pan z nią na tych samych falach, bo chemia w "Piosenka pierwszego olśnienia jazzem" jest nie do zastąpienia. Wyjątkowo dziwnie słucha się "Nie ma jak Bacharach", ponieważ barwa głosu Sławka Uniatowskiego jest tak podobna do Pana, że co bardziej chciwa wytwórnia mogłaby zatrudnić tego artystę do nagrywania kolejnych utworów sprzedawanych jako ostatnie piosenki Zbigniewa Wodeckiego. I cóż... to pokazuje też doskonale, jak wielki miał Pan wpływ na młodszych muzyków.

Anglojęzyczny wokalista Junior Robison swoją obecnością wlewa w krążek elementy soulu i kiedy prowadzi fortepianowe "Give It A Moment" swoją niską barwą głosu, po czym ustępuje miejsca Pana scatowi, by przy końcu te dwie partie zaczęły się ze sobą łączyć, trudno nie poczuć ciarek na plecach. Nic dziwnego, że oddano muzykowi jeszcze kończące krążek "Good Night Love", idealnie wpisującego się we wrażenie filmowości - niemal czuć jak przed oczami spływają nam napisy końcowe.

No właśnie. Bo coś się jednak skończyło, Panie Zbigniewie, wraz z Pana śmiercią, a "Dobrze, że jesteś" to takie idealne postscriptum, by uświadomić sobie, jak wielka to strata dla polskiej sceny muzycznej. Szkoda, że Pana nie ma. Tęsknimy.

Zbigniew Wodecki, "Dobrze, że jesteś", Agora S.A.

8/10 

Dowiedz się więcej na temat: Zbigniew Wodecki

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje