Recenzja Variété "Nie wiem": Ależ oni wiedzą!

Tytuł najnowszego albumu Variété wydaje się dość przekorny. Słychać bowiem, że akurat co jak co, ale muzycy doskonale wiedzą. Mowa tu zarówno o tym, co mogą jeszcze pokazać, jak i co chcą w ogóle osiągnąć. A najlepiej, że udało im się to w pełni, co przy zespole z takim stażem może się wydawać nie lada osiągnięciem.

Muzyka Variété dalej usypana jest mrokiem i niepokojem

Grzegorz Kaźmierczak - lider Variété - od lat powtarza, że nieważna jest przeszłość, ale patrzenie w przyszłość. Być może dlatego z czasem pierwotnie zimnofalowe Variété - korespondujące wówczas z dziełami Joy Division, The Cure z okresu "Faith" i "Pornography" czy Xmal Deutschland - zmierzało w stronę inspiracji jazzem czy kolportowało elementy muzyki elektronicznej. Na "Nie wiem" muzycy poszerzają ten wachlarz jeszcze bardziej, dobitnie pokazując, że nie mają zamiaru żyć tym, co było wczoraj. W końcu "wspominać to tak jak umierać" - jak śpiewa lider zespołu w "Foliowych workach". A jeżeli chęć zmian łączy się z wyjątkowo obiecującymi pomysłami i umiejętnością ich realizacji, należy tylko bić brawo.

Reklama

Da się tu odnaleźć kilka wyraźnych tropów. "Trasa W-Z" rozpoczyna się z elegancją i klarownością Portishead, ale pojawiający się po chwili nisko schodzący i dość agresywny bas zdradza inspiracje Massive Attack. Wychodzi tu też przywiązanie do aranżacji charakteryzujących autorów "Mezzazine". Szczególnie wtedy, gdy z czasem na pierwszy plan ujawniają się pozornie chaotyczne, syntezatorowe przeszkadzajki przy jednoczesnym znacznym rozbudowaniu instrumentarium. Kiedy zaś do kompozycji wchodzi gitara akustyczna oraz saksofon, utwór zyskuje już w pełni własną tożsamość.

Idąc dalej, podobnie jak bristolscy koledzy, grupa Grzegorza Kaźmierczaka chętnie korzysta z dubowego dziedzictwa. Tutaj chociażby w mrocznym "Nadruku" wypełnionym niespokojnymi partiami klawiszy podrasowanymi mocnym pogłosem oraz ciężką partią gitary basowej. Trop ten pojawia się także w "Kinach", które bez bębnów mogłoby zostać uznane za ambient-dubowy utwór KiloWattsa.

"Różaniec" początkowo wchodzi w estetykę lounge’ową, gdyby tylko dodać do niej odrobinę nowofalowego pazura, ale pod koniec za sprawą podróżującego jakby poza rytmem syntezatora nabiera schizofrenicznych barw. Z kolei numer "Kanapy" oferują atmosferę, której nie powstydziliby się Holendrzy z The Kilimanjaro Darkjazz Esemble. No właśnie: da się zauważyć, że muzyka Variété dalej usypana jest mrokiem i niepokojem, ale tkwi w tym stwierdzeniu pewna ambiwalencja, wszak "Nie wiem" wydaje się zaskakująco lekkie. Być może to poczucie wynika z subtelności i gracji, jaką dawkują słuchaczom muzycy.

Tym bardziej cieszy, że Kaźmierczak z kolejną pozycją staje się coraz ciekawszym wokalistą - jego głos nabrał ciepłej barwy i delikatności, znacznie odcinając się od chłodu oraz morrisseyowskiej, nieco wchodzącej w płaczliwość zadumie, z którymi to cechami można było się spotkać jeszcze na pierwszych krążkach Variété. Teraz lider grupy podchodzi do swoich partii ze znacznie większą dbałością, wybrzmiewając przy tym bliżej i uderzając naturalnością, wchodzącą niekiedy wręcz w intymność.

To wszystko spaja się z warstwą tekstową, która stanowi mocne rozliczenie zarówno z przeszłością, jak i teraźniejszością. "Zapętlona taśma świata sunie" śpiewa Kaźmierczak, ale rzuca też "robiłem już wszystko, nigdzie nie chciałbym wracać, niczego powtarzać", aż pyta "po co ciągnąć kina te? Stare taśmy jak wyblakłe linie met". Chęć wyrwania się z rutyny, walka z życiem, przeszłością, nieoglądanie się za sobą i próba nieustannego pędzenia do przodu, rozwijania się życiowo stanowi główny punkt tematyczny w tekstach lidera Variété. W końcu "każde miejsce chciałem zmienić na inne" dodaje Kaźmierczak w "Najpiękniejszym miejscu" (w którym pojawia się też wyjaśnienie tytułu albumu, ale to możecie już odkryć sami).

Apogeum liryczne stanowią wspomniane już wcześniej "Foliowe worki", w których w zasadzie każdy wers mógłby służyć za cytat. Bo Kaźmierczak świetnym poetą jest i stanowi jeden z nielicznych przykładów polskich tekściarzy, których równie dobrze się słucha, co czyta.

Gdyby czegoś się przyczepić, to wychodzącego od czasu do czasu zbytniego wysunięcia wokalu w mixie na pierwszy plan. Teksty Grzegorza Kaźmierczaka owszem, są intrygujące, a jego aksamitna barwa głosu wyjątkowo przyjemna dla ucha. Szkoda jednak tych momentów, gdy swoim głosem przesuwa w tło samą warstwę instrumentalną - akompaniament dla poezji lidera Variété jest bowiem bogaty w budujące atmosferę szczegóły, które może nie rzucają się w ucho przy pierwszym przesłuchaniu, ale pozwalają odkrywać krążek na nowo przy kolejnych próbach obcowania. Posłuchajcie chociażby, jak w "Kinach" niepozornie czają się dubstepowe wobble, rzućcie uchem na uciekające klawisze w "Najpiękniejszym miejscu" albo warstwę ambientalną dopełniającą "Kanapy".

Przyznam, że absolutnie nie spodziewałem się tego, iż zespół z prawie 35-letnim stażem nagra jedną z najciekawszych polskich pozycji tego roku. Oczywiście nie można powiedzieć, by "Nie wiem" była niesamowicie odkrywczą pozycją, redefiniującą zupełnie status quo sceny, ale trudno znaleźć też tak dopieszczony, a jednocześnie zupełnie pozbawiony pretensjonalności krążek. Przy tym nowy album grupy Grzegorza Kaźmierczaka nie rości sobie żadnych praw do traktowania siebie jako sztukę - po prostu nią jest, z pełną naturalnością i swobodą. Pozostaje tylko trzymać kciuki, aby w końcu przestano traktować panów z Variété jako zespół na uboczu, bo zasługują oni na to, aby wymieniać ich jednym tchem z innymi klasykami, które niegdyś tworzyły grunt pod rodzimą alternatywę. Wielki szacunek.

Variété, "Nie wiem", Wydawnictwo Agora

8/10

Dowiedz się więcej na temat: Variete

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje