Recenzja The Dillinger Escape Plan "Dissociation": Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść

The Dillinger Escape Plan zapowiedzieli zawieszenie działalności po zakończeniu trwającej aktualnie trasy koncertowej. Jeżeli faktycznie "Dissociation" będzie ostatnim albumem w ich dyskografii, trzeba przyznać, że kończą karierę wciąż będąc u szczytu możliwości.

The Dillinger Escape Plan kończy działalność

Nie wiem, na ile mathcore jest kolejną idiotyczną etykietą, pod którą wpasowuje się kolejne zbyt eklektyczne zespoły, ale trzeba przyznać, że takie grupy jak Converge, Botch czy The Dillinger Escape Plan pozostawiły za sobą sporo porządnego, naprawdę ambitnego materiału. Tam jednak, gdzie Botch i Converge uciekali w rejony bliskie death metalowi czy grindcore'owi, tam The Dillinger Escape Plan eksperymentowało. Czasem wchodzili nawet w klimaty bliższe pattonowej piosenki jak w przypadku tytułowego utworu z trzyletniego już "One of Us Is the Killer". Trudno się dziwić zresztą takiej inspiracji, skoro na EP-ce "Iron Is a Dead Scene" to właśnie sam lider Faith No More wspierał ich na wokalu.

Reklama

Na "Dissociation" amerykańska grupa kontynuuje nieco lżejszą ścieżkę, rozpoczętą na poprzednim albumie. Jasne, wciąż tu sporo agresji, ale częściej niż wcześniej jest ona równoważona przez spokojniejsze segmenty kompozycji. "Symptom of Terminal Illness" wydaje się być sequelem do "One of Us Is the Killer", ale już "Low Feel Blvd" rozpoczyna się od klasycznej hardcore'owej walki wokalu Grega Puciato ze ścianami gitar, póki ten trop w połowie zostaje porzucony na rzecz... jazz fusion! Podobnie jest w "Honeysuckle", w którym do czynienia mamy z nieustanną grą lżejszych partii z tymi najbardziej agresywnymi. Z kolei "Nothing to Forget", początkowo ściekające brutalizmem, w pewnym momencie wyskakuje ze smyczkami, podczas gdy śpiew nabiera cech delikatnych, wręcz intymne.

Sporym zaskoczeniem staje się jednak "Fugue" - utwór będący przykładnym wręcz breakcore'em. Tak, wiem - znając uwielbienie do poczynań Aphex Twina [muzycy na EP-ce "Irony Is a Dead Scene" coverowali utwór "Come to Daddy" - przyp. red.] nie powinno to być w żaden sposób szokujące. Tylko czy naprawdę wśród utworów przepełnionych gitarowymi przesterami i hardcore punkowym krzykiem spodziewalibyście się skrajnie połamanej perkusji, programowanej na komputerze?

Najbardziej szokujący staje się jednak utwór tytułowy, który - jak tylko może - stara się wyłamywać schematom, do których przyzwyczaili nas Dillingerzy. Nieco patetyczna partia skrzypiec spotyka się tu nagle z glitchującą perkusją, która mogłaby się znaleźć na ostatnim albumie Bon Iver. Kilka warstw wokalu z delikatnie nałożonym vocoderem tylko wzmacniają odmienność numeru.

Coś jeszcze? Cóż, to wciąż doskonałe technicznie granie, pełne nietypowych pomysłów oraz bogatych aranży. W tym krążku jednak nie to jest aż takie ważne, szczególnie, że osoby znające twórczość The Dillinger Escape Plan już to doskonale wiedzą. Po "Dissociation" przede wszystkim słychać dokładnie, dlaczego muzycy decydują się na zawieszenie działalności zespołu. Łatka czołowych mathcore'owców przestaje im wystarczać. Na najnowszym albumie The Dillinger Escape Plan słychać bowiem, że z ekipy, której zależało na wypełnianiu nagrań brutalnością, wykształca się grupa eksperymentatorów, dla których agresja jest wyłącznie jednym z wielu środków. Autorzy "Dissociation" zapisali się co prawda do historii ciężkich brzmień, ale być może najlepsze dopiero przed nimi. A że w ramach innych projektów? Jakoś to przeżyjemy.

The Dillinger Escape Plan "Dissociation", Mystic Production

8/10

Dowiedz się więcej na temat: Dillinger Escape Plan | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje