Recenzja Steven Wilson "To The Bone": Przystępność do szpiku kości

Najbardziej przystępny album w karierze Stevena Wilsona? Jak najbardziej. Różnorodny, choć przy tym mało spójny? Owszem. Słaby? Ależ skąd!

Steven Wilson na okładce "To The Bone"

Steven Wilson grabi sobie ostatnio wśród fanów. Najpierw stwierdził, iż dzisiejszy rap jest bardziej innowacyjny niż współczesny rock, czym rozjuszył część wielbicieli swojej muzyki. A trzeba wiedzieć, że nie brakuje wśród nich osób twierdzących, że muzyka gitarowa jest jedynym słusznym kierunkiem, nawet jeżeli sam Wilson chętnie wyskakiwał poza ramy narzucanych sobie gatunków. Jakby tego było mało, to lider Porcupine Tree i No-Man nagrał "To The Bone" - album przepełniony co prawda gitarami, ale... No właśnie, dlaczego "To The Bone" jest krążkiem dobrym, ale jednocześnie jeszcze przed premierą wywołującym konsternację wśród słuchaczy znających doskonale dotychczasową twórczość Stevena Wilsona?

Reklama

Przede wszystkim muzyk nie krył inspiracji popową klasyką. Można doświadczyć tego już w singlowym "Permanating", zdradzającym inspiracje grupą The Beach Boys - szczególnie od momentu zmiany progresji akordów koło pierwszej minuty, gdzie wchodzi w wokalną Briana Wilsona, by z czasem ujawnić nawet podobne podejście do harmonii wokalnych. To nasuwa pewne tropy: nie dość, że jest o wiele lżej, szczególnie w porównaniu do poprzednich solowych pozycji, to eksperymentowania tu jakby mniej. Tylko skąd to oburzenie, skoro "Hand. Cannot. Erase" już zdradzało pewne ciągoty do popu, a projekt Blackfield zawsze czerpał z niego garściami? Podobnie należałoby polemizować z opiniami, jakoby Wilson pozwolił sobie w tej materii na kompromisy. Bo wielkim błędem byłoby nazwanie "To The Bone" krążkiem stricte popowym, absolutnie zrywającym z dotychczasową stylistyką Wilsona.

Jeżeli faktycznie jednak wziąć pod lupę pop na "To The Bone" to jasnym staje się, że podejście do materii jest o niebo ambitniejsze niż to, z czym dzisiaj - często niesłusznie - kojarzona jest ta nazwa. Jeżeli cenicie eteryczne, przestrzenne kompozycje w stylu największych hitów z solowej kariery Phila Collinsa z pewnością ucieszy was wolne, fortepianowe i podkręcone podniosłymi chórkami "Song of Unborn". Tu nawet partia wokalna Wilsona przypomina śpiew lidera Genesis, a przez prostą acz silną perkusją utwór może być uznawane za kuzyna "In The Air Tonight". Dla fanów uniesionych, nocnych klimatów wychodzących z brit-popu, w której to stylistyce operowało na ostatnim albumie chociażby Suede, powstało "Nowhere Now".

Bardziej radiowo prezentuje się ballada "Pariah" nagrana z piosenkarką, Ninet Tayeb, będącą laureatką pierwszej edycji izraelskiego odpowiednika "Idola". I trzeba przyznać, że te podróżujące niepozornie w tle klawisze robią tu niesamowitą robotę, choć za najlepszy fragment należy uznać moment, w którym całe pieczołowicie budowane napięcie zostaje w końcówce rozładowane post-rockową ścianą dźwięku. Ninet obecna jest również w akustycznym "Blank Pages", w którym ujawnia bardziej zmysłową stronę swojego wokalu, przy czym trzeba przyznać, że doskonale funkcjonuje wespół z głosem gospodarza krążka.

W nieco bardziej rockowe rejony Wilson wchodzi przy okazji "The Same Asylum As You" - początkowo dość generyczna, powolna kompozycja z lekkim bluesowym podszyciem w pewnym momencie zaskakuje noise-rockową solówką, o którą prędzej oskarżyłoby się Sonic Youth. I takie zaskoczenie naprawdę działa w przeciwieństwie do tego ledwo wyciągniętego, wymęczonego falsetu Stevena. Podobny zabieg wokalny stosuje zresztą w "Refuge", w którym można to jeszcze wybaczyć, bowiem sama kompozycja z kosmicznych, nieco "depeszowych" syntezatorów przechodzi w niekończącą się solówkę na gitarze, tym samym ustanawiając jeden z najbardziej klimatycznych momentów krążka.

Warto pochwalić także dynamiczne, zadziorne "People Who Eat Darkness", wpisane w hardrockową tradycję kompozytorską utworzoną przez Led Zeppelin. Fani progresywnego, nieobliczalnego Stevena Wilsona chętniej spojrzą z kolei na "Detonation". Utwór wchodzi ambientowo z glitchowującymi perkusjonaliami, by z czasem wejść w tradycyjną, rockową atmosferę przeciętą downtempowym mostkiem, a pod koniec włączyć w to wszystko imponującą, mocną partię gitary basowej, nadającą całości wyjątkowego, funkowego posmaku. Za takie utwory należą się brawa.

Skoro więc niemal wszystko gra, to co z "To The Bone" jest nie tak? Cóż, spójność tu właściwie nie istnieje. Mówimy o albumie, który w jednej chwili może nawiązywać do miękkości lat osiemdziesiątych, by później tkwić w hard rocku, a następnie zahaczać o klimaty noir, romansować z funkiem, elektroniką czy z premedytacją grać w radiowych barwach. Brakuje tu naczelnej myśli, przez co mamy wrażenie, że obcujemy ze składanką piosenek, nie zaś z przemyślanym od początku do końca albumem. Owszem, przez tę różnorodność Steven Wilson pokazuje swoją elastyczność, ale trudno nie mieć wrażenia, że to muzyk, który już od dawna nie musi tego udowadniać. Dał nam przecież Porcupine Tree, No-Man czy Blackfield. Na dodatek nie da się powiedzieć, by "To The Bone" było specjalnie oryginalne - ba, mimo lekkiego rozczarowania całością, trudno zrozumieć oburzenie fanów poprzednich dokonań Brytyjczyka, bo bez problemu znajdą na tym krążku elementy, z którymi obcowali na albumach muzyka już wielokrotnie.

Koniec końców, "To the Bone" to kolejna solidna pozycja w bogatej dyskografii Stevena Wilsona. Nie klasyk, nie idealna pozycja, o której będziemy mówić latami, ale po prostu porządnie zrealizowana, przyjemna w słuchaniu płyta. A jeżeli zdejmiemy z niej ciężar oczekiwań, jakie towarzyszą zwykle projektom muzyka, może się okazać naprawdę satysfakcjonująca.

Steven Wilson, "To The Bone", Universal

7/10

Dowiedz się więcej na temat: Steven Wilson | recenzja

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje