​Recenzja Slowdive "Slowdive": Bezpretensjonalny powrót

Slowdive to kolejna - po My Bloody Valentine oraz Ride - grupa shoegaze’owa, która reaktywowała się po kilkunastu latach nieobecności scenicznej. I podobnie jak "mbv" grupy Kevina Shieldsa spełniło oczekiwania słuchaczy, tak zespół dowodzony przez Neila Halsteada i Rachel Goswell nagrał płytę w żaden sposób nieodstającą od dotychczasowej dyskografii.

Jedna z najbardziej oczekiwanych płyt 2017 z pewnością będzie wspominana jako jedna z najlepszych w tym roku

Shoegaze od kilku lat znów jest na fali. Jeżeli nie wiecie, o czym mowa, to pędzę z wyjaśnieniem. Mamy do czynienia z podgatunkiem rocka alternatywnego powstałym na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Cechuje się on zazwyczaj ścianami gitar przygrywającymi oniryczne melodie, którym to towarzyszy schowany w mixie, nieco romantyczny wokal. To oczywiście spora generalizacja, bowiem Ride zbliżało się w swojej twórczości do britpopu, podczas gdy Chapterhouse grało dynamiczniej i szeroko korzystało z samplingu. I tak: nazwa wzięła się od gapienia się na buty podczas naciskania efektów na gitary.

Reklama

Trudno stwierdzić, czy renesans tego gatunku to wina rosnącego sentymentu do wczesnych lat dziewięćdziesiątych, czy też po prostu wynika z faktu odkopywania tych często genialnych, acz swego czasu niedocenianych, albumów przez kulturę internetową. Całe szczęście dzisiaj nikt już nie wątpi w wielki wpływ "Loveless" od My Bloody Valentine na świat muzyki. Jednak w rankingach najlepszych krążków shoegaze’owych w historii pozycja ta walczy na ogół o sam szczyt podium z tylko jednym rywalem: "Souvlaki".

Nie da się ukryć, że to właśnie ten krążek Slowdive stał się kultowym albumem wśród słuchaczy, usuwając nieco w cień debiutanckie "Just For a Day" oraz ambientowego "Pygmaliona", wyznaczającego zakończenie działalności grupy w latach dziewięćdziesiątych. Fani zespołu zastanawiali się, w którą stronę zmierzać będzie reaktywacyjna płyta Brytyjczyków, wyrażając nawet obawy o folkowe inklinacje, którymi żył Neil Halstead w czasach Mojave 3 i swojej solowej kariery. A tu proszę: mamy do czynienia ze starym dobrym Slowdive. Przy czym jeżeli już doszukiwać się podobieństw do wcześniejszej twórczości to nie tyle w przełomowym "Souvlaki", ale w zbierającej ich EP-ki kompilacji "Blue Day".

Czym się to przejawia? "Souvlaki" stało głównie dość klarownymi melodiami, na które to nakładano kolejne tekstury. Self-titled trzyma się z kolei bliżej shoegaze’owej esencji znanej z "Blue Day". Nafaszerowane efektami gitary wypełniają więc całą przestrzeń utworu, nabierając wręcz charakterystyki syntezatorowych padów lub smyczków, a spod nich nieśmiało wychylają się melodie. Przez to barwa dźwięku staje się równie ważna, co kompozycja. Przy czym nie oznacza to, że fani "Souvlaki" będą zawiedzeni, bo przecież nowy album też czerpie garściami z dziedzictwa tamtego krążka. "Sugar for the Pill" brzmi jakby w 1993 muzycy zapadli w hibernację i zaraz po przebudzeniu postanowili nagrać stylistyczną kontynuację "When the Sun Hits" z ich opus magnum. Idealnym połączeniem obu stylistyk jest "Go Get It", która raz się wycisza, by następnie wrzucać słuchacza w hałas mglistych ścian w prawdziwie przebojowym refrenie. No i oczywiście nie można nie wspomnieć o otwierającym krążek "Slowmo", uznawanym już przez słuchaczy za shoegaze’ową wersję "Running Up That Hill" Kate Bush. Numer roku.

Kompozycje obfitują w szczegóły, których odkrywanie cieszy przy każdym kolejnym odsłuchu. Do tego dochodzą wokale Halsteada i Goswell perfekcyjnie dopełniające swoimi partiami ten nieco odrealniony świat. Na dodatek, podobnie jak w przypadku poprzednich pozycji Slowdive, dominuje tu melancholijny klimat z domieszką słodkawej przyprawy. Coś jak pocałowanie ukochanej osoby z końcem świata w tle. Przy czym absolutnym zwycięstwem Slowdive w tej materii jest perfekcyjna wręcz bezpretensjonalność.

Serio, ci ludzie nie grali dokładnie w takim samym składzie przez dwadzieścia cztery lata (na "Pygmalion" z 1995 Simon Scott został zastąpiony przez Iana McCutcheona). I być może faktycznie tyle czasu musiało upłynąć, aby w końcu dojrzeli do ponownego radowania się muzyką. Ale warto było czekać. Nawet jeżeli "Slowdive" to introspektywna, intymna, zapatrzona w chłodnawe słońce pozycja, to jednocześnie sprawia wrażenie pozbawionej wyliczeń, nagranej z niesamowitą pasją oraz przepełnioną chemią między muzykami. To właśnie mam na myśli, pisząc o radości. Imponujące osiągnięcie jak na reaktywację po tak długim okresie.  

O ile fanów Slowdive ich najnowszy album niespecjalnie zaskakuje, tak na sam koniec dostajemy utwór "Falling Ashes", który sprawia wrażenie niezłego odszczepieńca w porównaniu do pozostałych numerów. Z jednej strony nieco "pygmalionowy", z drugiej pozbawiony poczucia przytłoczenia światem, który był wszechobecny na tamtym krążku. Oto bowiem piosenka napędzana jest przez prosty motyw na fortepianie (!), mogący budzić skojarzenia z "Forbidden Colours" Davida Sylviana i Ryuichiego Sakamoto. Z czasem w tło wkradają się mgliste gitary, które jednak nigdy nie dominują kompozycji. I mimo kilku wyskoków z wokalami, stanowiącymi momenty głośniejsze, stopniowo się wyciszamy. Coś właśnie się skończyło i skończyło w sposób poetycko wręcz piękny. Wtedy właśnie dochodzimy do wniosku, że jedna z najbardziej oczekiwanych płyt 2017 z pewnością będzie wspominana jako jedna z najlepszych w tym roku.

Slowdive, "Slowdive", Mystic Production

9/10

Dowiedz się więcej na temat: Slowdive

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje