Recenzja Sigur Rós, HÖH, Kjartan Holm "Circe": Melancholijny cyrk

Nagrać emocjonalny, post-rockowy soundtrack do filmu dokumentalnego, przedstawiającego występy klaunów, żonglerzy, tancerzy itd.? Właściwie czemu by nie? "Circe" nie dość, że pokazuje, iż nie jest to absurdalny pomysł, to jeszcze muzycznie broni się całkiem nieźle.

"Circe" mozna potraktować jako instrumentalny album Sigur Rós

Czytelnikom należy się kilka słów wyjaśnienia: "Circe", wbrew powszechnemu mniemaniu, nie jest kolejnym albumem studyjnym Sigur Rós. Ba, nawet sama "Róża zwycięstwa" pojawia się tu w okrojonym, dwuosobowym składzie. Zamiast Jónsiego, Orri Páll Dýrason i Georg Hólm postanowili zaciągnąć do współpracy Hilmara Örna Hilmarssona, z którym współpracowali w ramach soundtracku do "Angels of the Universe", oraz Kjartana Hólma, gitarzystę zespołu For The Minor Reflection, a prywatnie brata Georga. Sam krążek to ścieżka dźwiękowa do nakręconego dla BBC dokumentu "The Show of the Shows", traktującego o historii cyrków, wodewilów i karnawału. Chociaż muzycznie na próżno szukać w "Circe" takich klimatów.

Reklama

Cóż, nie da się ukryć, że od czasu bezbłędnego "Ágætis byrjun" brzmienie Sigur Rós nie uległo drastycznym zmianom. Ot, na następnych krążkach szli albo w minimalizm, albo w większą pompatyczność. Kilka folkowych eksperymentów na "Með suð í eyrum við spilum endalaust" wiosny przecież nie czyniło. Dlaczego o tym mówię? Bo mimo obecności Hilmara Örna Hilmarssona i Kjartana Hólma to właśnie instrumentaliści z Sigur Rós zaznaczają swoją obecność najbardziej.

Wydawałoby się, że "Circe" ze względu na swoja naturę soundtracku, jest idealną okazją, aby uwolnić się od baśniowych pejzaży, którymi Sigurzy karmią nas już szesnasty rok. Nic z tego. "Tko" to kolejny, oparty na smyczkach numer, korespondujący ze "Starálfur" z "Ágætis byrjun", "Ladies and Gentlemen, Boys & Girls", "Wirewalker" i "To Boris With Love" brzmią jak zaginione utwory z sesji "Takk", a mroczne, przesterowane "The Crown of Creation" to powrót do "Von" - debiutu islandzkich post-rockowców. Czyli w takim razie "Circe" można odbierać po prostu jako instrumentalny krążek Sigur Rós? Oczywiście. Ale czy to aż tak wielki problem?

Mimo pewnej dozy powtarzalności, melodiom, obecnym na kolejnym krążkach islandzkiego zespołu, nie sposób przecież odmówić uroku. Nie inaczej jest z "Circe". Szczególnie wyróżnia się na tym tle "The Eternal Feminine" z mocno rozwiniętą warstwą ambientową i prostym, fortepianowym motywem, wysuniętym na pierwszy plan. Intrygująca jest również "Lila", przywołująca na myśl skojarzenia z... "Solaris" Cliffa Martineza. To, co imponuje najbardziej to jednak zabawa kontrastami: na "Circe" muzycy nieustannie operują na zmianę barwami ciemnymi i jasnymi, wydobywając w taki sposób złożoność udźwiękowianych przez siebie zjawisk. Tak więc mimo braku bezpośrednich muzycznych inspiracji, przełożenie wielowarstwowości świata cyrku na język dźwięków udało się zaskakująco dobrze. Zastanawiać się jedynie można, czy słuchacze niezaznajomieni z kontekstem faktycznie będą w stanie ujrzeć te same widowiska?

"Circe" to jednak przede wszystkim pozycja dla fanów muzyki filmowej. Nie ma tu typowych piosenek, nie ma tu mrugnięć w stronę bardziej masowego słuchacza. Jest za to ta charakterystyczna, islandzka melancholia, znana z krążków Sigur Rós. Wszyscy fani na pewno będą zachwyceni - reszta niech lepiej nadrobi "Ágætis byrjun".

Sigur Rós, Hilmar Örn Hilmarsson, Kjartan Holm "Circe", NoPaper Records

7/10

Dowiedz się więcej na temat: Sigur Rós | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje