Recenzja Seal "Standards": Standardowa nuda

Kolejny album z coverami Seala. Mniej soulu, dużo jazzu, jeszcze więcej nudy, która urokliwa będzie tylko w trakcie przedświątecznych zakupów.

Seal na okładce płyty "Standards"

Jak dobrze sprzedać produkt? Wystarczy go ładnie zapakować, trochę pościemniać o dobrej zawartości, a w informacjach prasowych często przypominać o wysokim, wręcz legendarnym, statusie. Niestety, nie tym razem. Po raz kolejny Seal odcina kupony od swojej niezłej kariery, która na dobrą sprawę skończyła się dawno temu.

Reklama

Lata temu Seal był marką samą w sobie. Gdzieś w okolicach 1998 roku, a konkretniej albumu "Human Being", coś się popsuło. Pomijając coraz to słabsze kompozycje, nie tylko samego Seala, ale również jego bliskich współpracowników, gorsze brzmienie, dziwne momentami ruchy artystyczne i kilka innych czynników, nadszedł czas na "ratunek" wizerunku. Jak łatwo to zrobić, skoro tkwi się w niemocy kompozycyjnej? Nie ma nic lepszego od zaprzestania działalności, ewentualnie albumów z coverami. Po dwóch przeciętnych częściach "Soul" przyszedł czas na standardy jazzowe.

To nie mogło się do końca udać, mimo że zamysł wcale do złych nie należał. Prawdą jest jednak, że laicy i fani świątecznych prezentów będą bardzo zadowoleni, żeby nie powiedzieć wniebowzięci. Reszta na "Standards" za wiele dla siebie nie znajdzie. Pytanie, ile razy można interpretować na swój sposób i brać na warsztat piosenki Franka Sinatry, czy Niny Simone?

Kiedyś w końcu to wszystko się znudzi i kto wie, czy właśnie nie stało się to teraz, bo nudą bije już od samego początku. "Lucky be a Lady" to jeden ze słabszych openerów wśród tegorocznych płyt, potem przychodzi jeszcze czas na tragiczne "Anyone Who Knows What Love Is", którego specyficzny klimat "ubarwił" chórek w początkowej fazie utworu, czy nie do końca udane "Love for Sale" Cole'a Portera i "I'm Beginning to See the Light" Elli Fitzgerald. Można było spodziewać się też trochę lepszego i ciekawszego wykonania samego Seala, jednak mimo dużej swobody, jest bardzo bezpiecznie i artysta nie odważył się zaryzykować. Szkoda.

Są też dobre covery, w tym singlowe "It Was A Very Good Year", jednak najwięcej frajdy daje zupełnie coś innego. Produkcja i muzycy, którzy będąc tylko teoretycznie na drugim planie, lepiej radzą sobie z piosenkami, niż sam gospodarz. Wszystko też ze sobą dobrze współgra, jest pięknie zrealizowane, a samo brzmienie jest krystalicznie czyste i momentami przenosi stare kompozycje w nowy wymiar, tylko... co z tego? Zaskoczeń za wielu tutaj nie ma, chyba że za wyjątek można uznać "I Put a Spell On You", najciekawszy moment na całej płycie i taki, za który Screamin' Jay Hawkins wstydzić się nie musi.

Płyty ze standardami mają sprawiać przyjemność, coś przypominać, zmusić do sięgnięcia po klasykę. "Standards" jest idealnym przykładem czegoś zupełnie odwrotnego. Seal nigdy nie ukrywał, że Frank Sinatra był jego wielkim idolem i mocno wpłynął na jego twórczość, ale próba, której się podjął, nie wyszła najlepiej. Nowy album jest dziełem mdłym, pozbawionym sensu i... dobrych utworów. Bezsensowna, ale przynajmniej nieźle wypolerowana płyta. Szkoda tylko, że w dłuższej perspektywie dla nikogo.

Seal "Standards", Universal

3/10

Dowiedz się więcej na temat: Seal | recenzja

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje