Recenzja Sarius "I żyli krótko i szczęśliwie": Młody gniewny

Paradoks. Z jednej strony wystawiasz rachunek sumienia pełen bólu, z drugiej niwelujesz go w magiczny sposób swoją nadzieją na lepsze jutro. Wszystko z ogromną dawką gniewu i reminiscencji ze świadomością tego, że nagrałeś najlepszy krążek w swojej przygodzie z rapem.

Sarius "I żyli krótko i szczęśliwie" to najlepsza hiphopowa płyta tego roku?

Właśnie, przygodzie, bo w przypadku Sariusa mowy o karierze być jeszcze nie może, bo ta dopiero może przed nim, ale jeśli wszystkie poprzednie płyty były tylko przystawką przed daniem głównym, to wiedzcie, że teraz najecie się do syta. Na dokładkę będziecie musieli jeszcze poczekać, a jeśli ta w końcu przyjdzie to musicie oczekiwać czegoś wykwintnego, bo "I żyli długo i szczęśliwie" jest specjałem, jakiego dawno się nie konsumowało. 

Reklama

O ile poprzednie solowe dzieła były całkiem zgrabnym hołdem dla złotych hiphopowych czasów, a EP-ki i mixtape odkrywały trochę inne rejony, to "I żyli krótko i szczęśliwie" jest kompletnym zaskoczeniem. I bardzo dobrze, bo być może tutaj MC z Częstochowy odnalazł swoją drogę. Już otwierający "Baskir", będący jednym z najciekawszych openerów ostatnich lat, zapowiada istny ogień na trackach i charyzmę, która zahacza o oskarowe rejony z wysokości "Art Brut Mixtape", a to już nie lada wyczyn. Dalej jest jeszcze ciekawiej.

Wyjątkowość Sariusa polega na umiejętności dobierania sobie współpracowników, którzy odpowiadają za muzykę na płycie. Za każdym razem mu się to udawało, ale o ile wcześniej było bardzo dobrze, to teraz następuje kompletne, pozytywne przegięcie w momencie postawienia na duet Voskovy. Co najciekawsze: tak jak oni są potrzebni raperowi, tak raper jest potrzebny im i ta idealna chemia wyczuwalna jest od samego początku.

Muzycznie nie ma czasu na powrót do starej szkoły, kombinowanie i granie na emocjach oklepanymi do bólu samplami, których jest tak naprawdę niewiele, a jeśli już występują to idealnie współgrają z resztą ("Tynk"). Idzie się z duchem czasu i trendami obowiązującymi u najlepszych (serio, taki Kendrick Lamar, Isaiah Rashad czy Big Sean raczej nie odrzuciliby takiej "Hossy" czy "200 ton") i to w taki sposób, że ciężko znaleźć podkład, który odstaje od pozostałych. Wysoka forma wrocławian utrzymana jest na całym albumie, przez co podołali wyzwaniu, którym niewielu w tym kraju się udaje. Im tak, ale wydają się być tylko ciekawostką, bo absolutnym królem w całym zestawieniu jest sam Sarius.

Można trochę psioczyć na to, że gościnny występ VNM-a czy Bisza jest co najwyżej średni, ale to tylko i wyłącznie w kontekście tego, co wyprawia sam gospodarz. Jeżeli ich zwrotki znalazłyby się na ich albumach, to byłyby jednymi z najlepszych. Tutaj giną w gąszczu tego, co przekazuje (i w jaki sposób to robi!) sam raper. 

Po trailerach prezentujących "nowe" oblicze były niemałe obawy, że to może nie wypalić, ale koniec końców okazało się, że były bezpodstawne. Starego Sariusa już nie ma. Nie przypominam sobie, żeby ostatnio jakikolwiek młody MC, będąc tak pewnym siebie i autentycznym w tym co robi, był tak sfrustrowany i zły na wszystko, i co najlepsze, żeby słuchało się tego z przyjemnością. Narkotyczna "Ivanushka", będąca unikatem i skarbem rodzimego rapu, genialna pod każdym względem "Hossa", czy mnóstwo osobistych refleksji w innych kawałkach, skłaniają do myślenia i każą podziwiać umiejętności wokalne, bo te są grubo ponad normę.

Najmocniejszy tegoroczny hip hop, który legalnie pojawił się w obiegu? Być może, nie wykluczam. Pewien jestem czegoś innego. Tego, że zarówno Sarius, jak i duet Voskovy, stworzyli swoje największe dotychczasowe dzieła. Uda im się to przebić? Będzie ciężko, ale jeśli tak to skorzystają na tym nie tylko oni, ale przede wszystkim my sami.

Sarius "I żyli krótko i szczęśliwie", Asfalt Records

8/10

Dowiedz się więcej na temat: Sarius

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje