​Recenzja Rick Astley "50": Koniec żartów

Autor prawdopodobnie najczęściej udostępnianego utworu w historii internetu powrócił po 10 latach przerwy. O dziwo ten come back jest zdecydowanie bardziej udany niż można było pomyśleć.

Dojrzały Rick Astley na okładce płyty "50"

Kiedy w 2007 w internecie pojawił się "rickroll" - żart polegający na ukrywaniu pod "niezwykle ciekawą" zawartością linku do teledysku "Never Gonna Give You Up" - Rick Astley był już nieco zapomnianą gwiazdą, by nie rzec wręcz, że reliktem końca lat 80. Paradoksalnie, żart przyczynił się do renesansu kariery wokalisty. Astley zaczął znowu grać koncerty, telewizja i radio przypomniało sobie o istnieniu takiej postaci, a nieświadomi wcześniej słuchacze odkrywali, że przycisk "demo" w ich komunijnym keyboardzie odtwarza drugi wielki przebój muzyka, utwór "Together Forever".

Reklama

Z dzisiejszej perspektywy może wydawać się nam to zabawne, jednak Astley był swego czasu postacią niezwykle rozpoznawalną i to nie w kategorii żartu. Co było przyczyną jego sukcesu? Być może połączenie wyglądu chłopca z sąsiedztwa w nieco za dużym garniturze z niesamowicie głębokim głosem; być może charakterystyczna produkcja tria Stock Aitken Waterman, które odpowiedzialne było również za "I Should Be So Lucky" Kylie Minogue. Mało kto zdaje sobie jednak sprawę, że po okresie disco-popu, z którym jest dziś najbardziej kojarzony, Astley zwrócił się w kierunku białego soulu z elementami folku czy muzyki gospel, próbując jednocześnie zerwać ze swoim poprzednim wizerunkiem.

Muzyk postanowił zrobić sobie ponad 10-letnią przerwę i powrócić do aktywności studyjnej na początku XXI wieku. Nie na długo - swoją dyskografię zamknął w 2005 roku słabo sprzedającym się krążkiem "Portrait", na którym umieścił covery popowych standardów. W rzeczywistości więc "50" jest pierwszym od 15 lat materiałem Brytyjczyka, zawierającym autorski materiał. Astley co prawda nie wrócił do klimatów, z którymi najbardziej kojarzą go internauci, ale jest naprawdę dobrze i na pewno nie zabawnie.

Już singlowe "Keep Singing", oscylujące w klimatach pozytywnego białego soulu i wchodzące w gospel w okolicach refrenu, pokazuje, że Astleyowi i jego producentom trudno odmówić przyzwoitej formy. Trend w stronę uduchowienia kontynuuje "Angels on My Side" i trzeba przyznać, że dobrze Astleyowi w tych szatach, bo aranżacje pozwalają mu na większe popisy wokalne niż w przypadku najsłynniejszych utworów. Głos Ricka co prawda nie powoduje takiego zaskoczenia - mamy bowiem do czynienia z panem po pięćdziesiątce do którego taka barwa zwyczajnie pasuje - ale możliwości pozostały. Rozumiecie: to jeden z tych uniwersalnych głosów, które sprawdza się zarówno w przypadku dyskotekowych hitów, bardziej onirycznych klimatów, jak i mocniejszego rockowego uderzenia. Szkoda więc, że ma się wrażenie, iż nie zawsze ta plastyczność wokalu jest w pełni wykorzystywana. "Wish Away" jest doskonałe, ale "God Says" wydaje się nieco zbyt bezpieczne - aż prosi się tu o jakieś zachrypnięcie w refrenie.

Same kompozycje bywają dość nierówne - "This Old House" uderza w podszytą lounge'em muzykę klubową. Bas, klawisze i gitara w zwrotce i refrenach funkcjonują idealnie, ale pianino w mostku pachnie już słabej jakości emulatorem brzmienia żywego instrumentu. Szkoda, bo kompozycja ma swoje momenty. Gorzej prezentuje się zbyt patetyzowane "Pieces", w których Astley próbuje przenieść na język swojej muzyki patenty zapożyczone z późnej twórczości Briana Wilsona. "I Like The Sun" prezentuje się nieźle, chociaż marzyłoby się większe wykorzystanie gitary z intra utworu, która niewątpliwie dodałaby kompozycji więcej charakteru. "Somebody Loves Me" ma przyjemną, bluesową podbudowę, ale pomysłów na aranżację jakby zabrakło, przez co numer wydaje się ostatecznie zbyt nijaki.

Może narzekam, ale trzeba zwrócić Rickowi Astleyowi honor, gdyż "50" należy uznać za udany powrót. Chociaż w drugiej połowie albumu pojawiają się momenty nużące, pierwsza część krążka zachęca do dalszego odsłuchu i w żaden sposób nie odbiega poziomem od co lepszych muzyków kojarzonych z łatką "adult contemporary". Jeżeli kojarzycie Ricka Astleya jako śmiesznego chłopca przesyłanego sobie przez internautów, to pamiętajcie: to było 30 lat temu, a czas żartów naprawdę się skończył, bo w tej chwili mamy do czynienia z dojrzałym, świadomym siebie wokalistą.

Rick Astley "50", Warner Music Poland

6/10



Dowiedz się więcej na temat: Rick Astley | recenzja

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje