Recenzja Reni Jusis "Bang!": Pani sztorm

"Bardzo szybko, spontanicznie, w niecałe pół roku" - tak wspomina powstanie tej płyty Reni Jusis. Oby tylko nowa zajawka na taneczną elektronikę nie przeszła jej równie prędko.

"Bang!" Reni Jusis to najprawdopodobniej najbardziej zaskakująca premiera, jakiej jesteśmy świadkami w tym roku

Młodzież bawiąca się dzisiaj na festiwalach i imprezach z muzyką elektroniczną nawet jej tego już nie pamięta: debiutancka "Zakręcona" to rocznik 1998, najlepsza w dorobku "Trans Misja" - 2003, ostatnia taneczna pozycja w dyskografii Reni Jusis, "Magnes", 2006. Ile w tym czasie wydarzyło się ciekawych historii na samej tylko rodzimej scenie muzycznej? Ile pojawiło nowych postaci, ile powstało tanecznych przebojów? Wystarczająco dużo, by zapomnieć o "Erze Refinera".

Reklama

Sama artystka zresztą, kiedy w 2009 roku porzucała taneczne pląsy na rzecz folkowego, akustycznego grania na płycie "Iluzjon cz. I", zdawała się wysyłać jasny sygnał, że imprezowe granie zostawia młodszym. Gościnne występy w telewizji śniadaniowej, w roli eksperta od zdrowego żywienia, tylko ten przekaz umacniały. Z tego choćby względu "Bang!" to najprawdopodobniej najbardziej zaskakująca premiera, jakiej jesteśmy świadkami w tym roku. Zaskakująca także z powodu okoliczności powstania - autorka zdradzała w przedpremierowych notkach prasowych, że wystarczyło jej ledwie pół roku, żeby sfinalizować projekt.

Dlaczego akurat teraz? Czemu nie pięć lat wcześniej? Jak się okazuje, ewentualne dobre chęci Reni mogła nawet wykazywać już dawno temu, ale do szczęścia było jej potrzebne coś jeszcze. Czytaj: odpowiednie towarzystwo.

A to znalazła wreszcie u boku Stendeka, czyli Macieja Wojcieszkiewicza, który jest cichym bohaterem jej nowego wydawnictwa. Poza serią chwytliwych tekstów (singlowy "Bejbi Siter" to rzeczywiście był dobry prognostyk) i jeszcze lepszych, nieoczywistych melodii (bo czego się spodziewaliście po powrotnej płycie tańczącej gwiazdy, która sama zrzekła się dawno temu korony? No właśnie...), zaznajomienie z producentem jest kolejnym cennym doświadczeniem wyniesionym ze spotkania z tym albumem.

Mam nadzieję, że w blasku Reni Jusis, a ta wraca w formie, w jakiej sam chciałbym wracać z muzycznych zaświatów gdybym tylko uprawiał ten sport, Stendek też się trochę ogrzeje. Że publiczność doceni produkcje, jakie wykręcił Reni w "Sztormie", "Y&", albo "Delcie", bo nie dość, że bezboleśnie przywrócił wokalistkę na elektroniczne tory, to jeszcze solidnie ją odmłodził. I z artystycznego powrotu wywołującego na twarzach co poniektórych uśmiech politowania, wyszła nam mała płyta-sztorm, którą Reni Jusis musi tylko teraz właściwie wykorzystać.

Mając bowiem dzisiaj pod ręką bity Stendeka inspirowane trapem, Wyspami i klubową alternatywą, mając kapitalny, zawstydzający dokonania Ladytron, numer "Zombie Świat" od Kuby Karasia z The Dumplings, aż strach pomyśleć, że Jusis mogłaby zniknąć z muzycznej sceny na kolejne długie lata. To przede wszystkim byłoby wielkie marnotrawstwo sporego potencjału "Bang!". Tymi tropami trzeba iść naprzód, nawet jeśli z perspektywy Reni okazałaby się to być jednak droga "po kolana w mule".

Reni Jusis "Bang!", Sony Music

7/10

Sprawdź tekst "Bejbi Siter" w serwisie Teksciory.pl!

Dowiedz się więcej na temat: Reni Jusis | recenzja

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje