Recenzja Paradise Lost "Medusa": Wreszcie bez owijania w bawełnę

Paradise Lost od dawna szykowali się do nagrania takiego albumu. Po blisko 30 latach kariery, 14 studyjnych albumach i co najmniej kilku stylistycznych woltach, jedna z najpopularniejszych brytyjskich grup metalowych powraca na albumie "Medusa" do zamierzchłej przeszłości. Czy wyszło im to na dobre?

"Medusa" to jeden z najlepszych albumów w najnowszych dziejach Paradise Lost

No właśnie. Analizowany przeze mnie na stronach Interii longplay "The Plague Within" sprzed dwóch lat, nie wypadł dostatecznie przekonująco, co skwitowałem wówczas nikczemnie hasłem "Emeryt w skateparku". Album ten zwiastował jednak coś, co słychać już od pierwszych sekund "Medusy". "No beat about the bush", czyli w końcu bez owijania w bawełnę.

Reklama

Już samo rozpoczęcie płyty ośmioipółminutowym "Fearless Sky" jest dla zwolenników bardziej komercyjnego oblicza Paradise Lost tym, czym byłaby retransmisja koncertu GG Allina dla widzów TVP ABC. Katedralne organy, monumentalne, masywne riffy Aarona Aedy’ego spod znaku Celtic Frost i posępny growling Nicka Holmesa dają jasno do zrozumienia, że muzycy z Halifax wracają na dobre do początku lat 90., kiedy to wraz z rodakami z My Dying Bride i Anathemy budowali zręby potęgi brytyjskiego death / doom metalu. Gdy około szóstej minuty utwór nabiera tempa, a chwilowemu ożywieniu idą w sukurs czysty śpiew frontmana oraz firmowa melodyka i solowa partia gitarzysty Gregora Mackintosha, to tylko po to, by spełnić rolę kontrapunktu dla dopełniającej całość ponurej kody zwieńczonej udręczonym rykiem Holmesa.

Jeżeli po "Fearless Sky" ktoś nadal powątpiewałby w obrany tu przez zespół kurs ku chwalebnej przeszłości, trafnie zatytułowany "Gods Of Ancient" ostatecznie rozwieje wszelkie wątpliwości. Czysty death / doom przywodzący wręcz na myśl co bardziej dynamiczne elementy brzmieniowego radykalizm dusznego debiutu "Lost Paradise" (1990 r.), funeralnej potęgi Autopsy, wczesnego Cathedral czy Bolt Thrower z IV Krucjaty; growling na pełnym dystansie oraz doprawienie wszystkiego jedynie szczyptą melancholii - wszystko to sprawia wrażenie autentycznej tęsknoty za dawną bezkompromisowością.

Równie klasycznie wypada kojarzący się z "Dead Emotion" (z kanonicznego albumu "Gothic" z 1991 r.) utwór "From The Gallows" (ten riff!) - również pozbawiony czystego głosu - w ramach którego z łatwością odnajdziemy też nawiązania do "Shades Of God" (1992 r.) i gitarowej chwytliwości "Icon" (1993 r.).

Niezaprzeczalną melancholią, jak na protoplastów gothic metalu przystało, emanuje zamykający album, nieco jednostajny w swojej konstrukcji "Until The Grave" oraz kroczący, posiadający kapitalny klimat "The Longest Winter", młodszy kuzyn klasyków takich jak "Embers Fire" i "True Belief" - oblicza obu są jednak zdecydowanie mniej marsowe, bliższe wyraźniejszej subtelności "Icon" niż pierwotnej bezwzględności.

Słuszny ciężar powraca jednak w "No Passage For The Dead", który - gdyby nie dalece doskonalsze brzmienie - równie dobrze mógłby się znaleźć na "Shades Of God". Tego samego nie sposób jednak powiedzieć o dwu kompozycjach, które z premedytacją zachowałem na koniec.

Mowa o utworze tytułowym i "Blood And Chaos". Pierwszy to numer o dość minorowy wyrazie, wybitnie werterowskich wokalach i wolnym tempie. Podopieczni Nuclear Blast Records zdają się puszczać w nim oko do tych fanów zespołu, dla których "Draconian Times" (1995 r.) uchodzi za szczyt ekstremy.

"Medusę" otacza mimo wszystko aura nie mniej przecież uwielbianego, gotycko-metalowego brzmienia i hiobowego bólu, który akurat w przypadku losów mitycznej Meduzy wydaje się trafnie dobrany. A że nigdy nie należałem do szerokiego skądinąd grona zaprzysięgłych wrogów choćby i tych najbardziej radiowych wysiłków Paradise Lost, nie mam z tym większego problemu; jestem sobie jednak w stanie wyobrazić, że dla niektórych utwór ten może jawić się jako zabieg czysto merkantylny i wyrachowany.

Z tą samą myślą powstał też zapewne przebojowy "Blood And Chaos", który, choć czerpiącą garściami z gotyckiego rocka na modłę Sisters Of Mercy, zachował paradajsową melodyjność gitary prowadzącej. Głos Holmesa zdradza wiele wspólnego z manierą nieodżałowanego Petera Steele'a, wplatanie w to jednak growlingu pasuje tu niczym Phil Anselmo w Tokio Hotel i jako takie ma się nijak do warstwy muzycznej.

Mimo wspomnianych zastrzeżeń, wygląda więc na to, że ci, którzy poczuli pismo nosem słuchając grobowego "Beneath Broken Earth" z "The Plague Within", dobrze to wszystko rozszyfrowali (przyznam, że traktowałem to wówczas z pewną rezerwą). Okazuje się bowiem, że poprzednia płyta była jedynie paruzją przed armagedonem, który sprawili wszystkim "Medusą" - jedną z najlepszych płyt w najnowszych dziejach Paradise Lost.

Paradise Lost "Medusa", Mystic Production

8/10

Dowiedz się więcej na temat: Paradise Lost | recenzja

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje