Recenzja Motörhead "Bad Magic": Zawsze wierni sobie

Z powodów zdrowotnych Lemmy Kilmister - lider Motörhead - postanowił niedawno ograniczyć się do jednej paczki papierosów tygodniowo i zmienić swoją ukochaną whisky z colą na wódkę z sokiem pomarańczowym. Za zmianą nawyków nie poszła jednak żadna rewolucja w muzyce zespołu.

"Bad Magic" to Motörhead, jaki kochacie od niemal 40 lat

Powiedzmy to sobie wprost: jeżeli ktoś pokochał Brytyjczyków za kultowe wręcz "Ace of Spades", odnajdzie się doskonale na każdym ich albumie. Nawet wydane dwa lata temu "Aftershock" ze swoimi bluesowymi wstawkami nie stanowi niczego odkrywczego w twórczości muzyków. Ba, nie powinny nawet za bardzo dziwić opinie, że Motörhead od niemal 40 lat nagrywają - z lepszym bądź gorszym skutkiem - ciągle jedną i tę samą płytę, a najbardziej odbiegającą pozycją ze wszystkich jest... debiut. Odtwórczość? Pewnie, że tak.

Reklama

Nie myślcie jednak, że ciągle słuchamy jednego utworu: "Till The End" to satysfakcjonująca power-ballada, pisana w duchu thrash metalu (chociaż pewnie muzycy dalej będą się upierać, że to rock'n'roll), a na sam koniec częstują nas naładowanym ołowianym brzmieniem coverem "Sympathy for the Devil". Oprócz tego na "Bad Magic" znajdziemy absolutnie wszystko, za co fani pokochali Motörhead: punk-rockowa energia, szaleńcze tempa, ciężkie, ale melodyjne riffy, dobitne teksty i szorstki wokal Lemmy'ego. Siedemdziesiąt lat na karku lidera zespołu zdradza jedynie coraz bardziej zniszczony używkami głos. Siły, przemawiającej za śpiewem, pozazdrościć mu może za to wielu młodych, "głodnych" twórców. I to nawet jeżeli zdarza się, że Lemmy ledwo dźwiga swoją partię - cóż, problemy zdrowotne dają miejscami o sobie znać. Warto odnotować jeszcze udział Briana Maya z Queen w "The Devil", aczkolwiek jego gitarowa solówka jest tak bardzo zachowana w klimacie Motörhead, że równie dobrze mógłby się pod nią podpisać główny gitarzysta zespołu, Phil Campbell.

"Bad Magic" może sprawiać przyjemność przede wszystkim dlatego, że Motörhead nie pozwalają sobie na żadne kompromisy i są wierni brzmieniu, które w ogóle się nie starzeje. Naprawdę, wróćcie sobie do "Ace of Spades", powiedzcie, czy ten album brzmi na swoje 35 lat, a potem porównajcie go do "Bad Magic".

Wiadomo, że Lemmy ze spółką nagrywają materiały wybitnie koncertowe i dopiero występy na żywo ocenią we właściwy sposób wartość nowego krążka. Jeżeli zaś mowa o słuchaniu "Bad Magic" w domowych pieleszach, to mamy do czynienia z albumem równym, pozbawionym większych wad, jak i wyrazistych zalet. Ot, zero rozczarowań i zero zaskoczeń.

Motörhead "Bad Magic", Warner Music Poland

6/10

Dowiedz się więcej na temat: Motorhead | recenzja

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje