Recenzja Marilyn Manson "Heaven Upside Down": Cesarz znów jest nagi?

Poprzednią płytą Mansona zachwycałem się na innych łamach, wróżąc długotrwałą zwyżkę formy po latach artystycznie chudych. Zawiodłem się, czy nie?

Marilyn Manson na okładce płyty "Heaven Upside Down"

"Heaven Upside Down" pilotuje teledysk wyglądający jak jeden z odcinków bieżącego sezonu "American Horror Story", z tym że clownów podmieniono na lateksowe zakonnice. Scenę jak z horroru zafundował też Manson sam sobie, kiedy to w ostatnią sobotę, podczas koncertu, próbował wspiąć się na elementy scenografii. Ta nie była łaskawa współpracować i przygniotła muzyka, którego chwilę później odwieziono do szpitala. Dokładnych informacji o obrażeniach nie ujawniono, ale do wesela się chyba zagoi, bo Manson ma wznowić trasę już 15 października.

Reklama

Tymczasem słuchając zapowiedzi "Heaven Upside Down" truchlałem, bo ponoć miał to być powrót do korzeni, klimatów ze "Portrait of an American Family" (to akurat dobrze), czy "Holy Wood" (to akurat bardzo niedobrze). Szczęśliwie nad nową płytą unosi się dużo tego samego dobra (czy raczej zła), co nad "The Pale Emperor", a to być może za sprawą kontynuowanej współpracy z Tylerem Batesem, który znakomicie cudował na owym longplayu.

Bo nie ma co się oszukiwać, poziomu agresji, angstu i brudu rodem z używanej strzykawki doświadczonego heroinisty, jaką Manson osiągnął na swoim opus magnum, czyli "Antichrist Superstar", mając 48 lat i piwny tatko-brzuszek już raczej nie dogoni. Ówczesne wyznania, że album brzmi kanciapowo, bo panowie hajs przeznaczony na studio przeputali na narkotyki, dziś wywołałby najwyżej uśmiech zażenowania. Spokojniejsze, mniej siarkowe, a nawet ocierające się o depeszadę wydanie bardziej chyba licuje z wiekiem i statusem Mansona. Tak artystycznym, jak i ekonomicznym.

Sztosów na "Heaven Upside Down" co niemiara. W "Tatooed in Reverse" Manson pod rękę z Robertem Johnsonem, na rozstajach dróg, przy trzecim kurze biją żółwika z diabłem, a w tle czarnoskórzy niewolnicy z nowoorleańskiej plantacji czynią swoje voodoo. "Saturnalia" brzmi jak puszczenie oka do "Bela Lugosi Is Dead" Bauhausu: linia melodyczna, mruczando, bas i gitara... Aż chciałoby się tam dośpiewać partię Petera Murphy.

Numer tytułowy z kolei ze swoim brit-popowym drivem mógłby spokojnie znaleźć się (serio! serio!) na płycie Oasis czy Arctic Monkeys. Ciary wywołuje "Say 10" (tak się miał pierwotnie zwać cały album), który z pajęczą gracją wspina się po kręgosłupie. "Kill4Me" może służyć za odpowiednik "Third Day of the Seven Day Binge" z "Emperora" i jest wręcz porażająco przebojowo-indie-electrowe (myślcie: wczesne MGMT).

"Threats of Romance" wchodzące riffem pod T-Rex rozwija się w kierunku jazzującego bluesa z partią fortepianu jak w "Cornflake Girl" Tori Amos. Szok? Może i tak, ale znowu w punkt. Trochę gorzej to wypada na przykład w "Revelation 12", gdzie Manson ściga się z fajnością "The Beautiful People", czy "Irresponsible Hate Anthem", poprzeczki jednak nie doskakując.

Nie czarujmy się, Manson niczego tu nowego nie wymyśla, ale jest z nim trochę jak z Wolverinem, który "jest najlepszy w tym, co robi, ale to co robi nie jest zbyt miłe". Manson żongluje dziadostwem ze swojego kuferka strachów z pierwszorzędną zwinnością. I tak ma być. Manson jest od wkurzania i straszenia, komentarzy społecznych przebranych w szaty - za klasykiem - "jasełkowego diabła".

"Pale Emperor" podobał mi się chyba bardziej, ale to na razie trzeci odsłuch nówki. W każdym razie płyta jest znakomita, a król nagi nie jest. Choć może właśnie jest i w tym cała siła? Bo niby w gajerze, ale widać wszystkie dziary i blizny po sznytach.

Marilyn Manson "Heaven Upside Down", Universal Music Poland

8/10

Sprawdź tekst utworu "We Know Where You Fucking Live" w serwisie Teksciory.pl!

Dowiedz się więcej na temat: Marilyn Manson | recenzja

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje