Recenzja Manic Street Preachers "Resistance is Futile": Stare problemy rockowego świata

Lewa strona brytyjskiego alternatywnego grania powraca po dłuższej przerwie. Znowu chce narodzić się na nowo, pytanie tylko, po co?

Okładka płyty "Resistance is Futile" grupy Manic Street Preachers

Dwie ostatnie płyty zespołu - "Rewind the Film" i "Futurology" - były światełkiem w tunelu. Co ważne to były również albumami, które można było przesłuchać w całości, bez zbędnego pomijania konkretnych utworów. Mało tego! Dało się też na nich znaleźć kilka dobrych piosenek, nawet takich, które spokojnie znalazłyby swoje miejsce na klasycznych pozycjach walijskiej grupy, zwłaszcza tych z jej britpopowego okresu, czyli "Everything Must Go" i "This Is My Truth Tell Me Yours". Jak jest tym razem?

Reklama

Nie przedłużając, bo warto napisać to od razu - nie jest za dobrze. Żeby być sprawiedliwym, to też nie jest aż tak tragicznie, jakby mogło wydawać się wszystkim tym, którzy szukają w muzyce odkrywania siebie na nowo, ciągłego kombinowania i eklektyzmu. Manic Street Preachers, walijscy gitarowi bogowie, obecnie nie ma już nic do powiedzenia i na "Resistance is Futile" kontynuuje swoją pustą misję. Niestety, przy okazji z frazesami, których nie powstydziłby się memogenny Paolo Coelho.

Gdzieś w tym są jednak bardzo solidne, aczkolwiek archaiczne i mocno inspirowane latami 70., kompozycje. Te, jak to u nich zazwyczaj bywa, są dobrze zagrane i świetnie zrealizowane, których cechą wspólną jest jeden brakujący element. Pomimo ładnych melodii to brak tutaj jakichkolwiek hooków. Nawet przy całej sympatii do nośnych wokali "Dylan & Caitlin", to biorąc pod uwagę całość, za wiele dobrego na temat "Resistance is Futile" powiedzieć nie można.

"Resistance is Futile" to także powrót do mocniejszych brzmieniowo piosenek ("Broken Algorhytms"), często ocierających się o stadionowe hymny, jak to jest w przypadku "In Eternity". Czar dawnych lat pryska w kilku momentach i wcale nie mam tu na myśli przesyconego americaną "Sequels of Forgotten Walls". "Vivian" brzmi niczym najgorsze popłuczyny po glam rocku drugiej ligi, a najlepsze na płycie, ciekawe zamykające album "The Left Behind", brzmi niczym zrzynka z Blur i wokali Damona Albarna z wysokości "Great Escape". Smutno to pisać, ale zbyt często można odnieść wrażenie, że za mało tu Manic Street Preachers, a za dużo innych.

Wiele problemów spotkało ten album już w trakcie jego tworzenia. Na sam koniec okazuje się, że sama płyta okazuje się kolejnym. "Resistance is Futile" jest pozycją godną wyłącznie dla die hard fanów grupy oraz tych fanów brytyjskiego rocka sprzed kilku lat, którzy ciągle wierzą w reinkarnację britpopu i trochę mocniejszych brzmień z radiowym zacięciem. Niestety, ale po raz kolejny okazuje się, że ciężko trafić ze złotym środkiem, a ślepa wiara w Bradfielda, Wire'a i Moore'a to niezbyt dobry pomysł.

Manic Street Preachers "Resistance is Futile", Sony Music

4/10

Dowiedz się więcej na temat: Manic Street Preachers | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL