Recenzja Lunatic Soul "Under the Fragmented Sky": Wyjście z mroku

Lider Riverside wraca po kilku miesiącach z kolejną częścią swojego solowego projektu Lunatic Soul. "Under the Fragmented Sky" to pozycja powstała w pewnym sensie przypadkowo, ale nie mniej wciągająca niż poprzednie dokonania artysty.

Okładka minialbumu "Under The Fragmented Sky" Lunatic Soul

Nikt chyba nie spodziewał się tak szybko nowego albumu Lunatic Soul. Zresztą, sam Mariusz Duda początkowo zapowiadał "Under the Fragmented Sky" zaledwie jako maxisingel. Nie umiał jednak okiełznać swojego kompozytorskiego ADHD, dzięki czemu - ku uciesze fanów - otrzymaliśmy album składający się aż z ośmiu utworów. Mówię "aż", chociaż mamy do czynienia z pozycją ledwie 35-minutową. Na szczęście rzadko się zdarza, by taka kondensacja materiału działała negatywnie i nowa pozycja Lunatic Soul nie jest wyjątkiem od tej reguły.

Reklama

Myli się jednak ten, kto uzna "Under the Fragmented Sky" za uzupełnienie zeszłorocznego "Fractured". Jasne, trudno nie doszukać się pewnych podobieństw, ale to album płynący znacznie wolniejszym tempem, miejscami jeszcze bardziej intymny. Jednocześnie odciążono go z tych najmroczniejszych momentów, które zbliżały Lunatic Soul na ostatniej płycie w stronę depresyjnych momentów Depeche Mode. Jeżeli gdzieś się doszukać się kontynuacji "Fractured" to w instrumentalnym downtempowo-industrialnym "Shadows" lub w "The Art of Repairing" ciągniętym przez nisko schodząc arpeggia oraz triphopową perkusję.

Dużo więcej tu jednak przestrzeni, oddechu, a przede wszystkim lekkości. Próby ugryzienia materii bardziej piosenkowo też jest mniej, ale nie da się ukryć, że repetywność wokali w "Trials" jest niesamowicie wciągająca - zwróćcie uwagę jak śmigają po panoramie, na jak wielu płaszczyznach się poruszają i jak w gruncie rzeczy budują melodię całego utworu, który przecież od strony czysto kompozycyjnej jest wyjątkowo minimalistyczny. W połączeniu z tymi glitchującymi perkusjonaliami, co rusz znikającymi pojedynczymi samplami i partiami syntezatorów, aż w końcu z kończącym utwór arpeggiem na modłę lat 80. otrzymujemy jeden z najbardziej klimatycznych numerów w historii całej twórczości Mariusza Dudy.

Bardzo dobrze sprawdza się także tytułowa piosenka przechodząca od ballady na gitarze akustycznej, uzupełnionej z czasem o partię fortepianu, do prawdziwie filmowej kompozycji, w której pierwsze skrzypce zaczyna grać specyficznie przesterowana partia syntezatora. Należy tu powtórzyć: to właśnie takie eksperymenty są największą siłą Lunatic Soul i szkoda, że nie ma ich jeszcze więcej.

Na plus działa przystępność materiału. Echa tragicznych wydarzeń w postaci śmierci ojca Mariusza Dudy oraz kolegi z zespołu, Piotra Grudzińskiego, na "Fractured" były wyczuwalne momentalnie. Tu mamy poczucie powolnego wychodzenia z traumy, co najbardziej dobitnie ukazuje postawione na samym końcu "Untamed".

"Twoja wojna w końcu się skończyła/I musisz sobie jakoś z tym poradzić" wyśpiewuje po angielsku Mariusz Duda swoim lekko drżącym głosem, jak zwykle sprawiającym wrażenie trochę niepewnego. A słowa spływają na dość tradycyjnej w brzmieniu kompozycji, której prędzej spodziewalibyśmy się jednak po Riverside. Pod koniec muzyk zaskakuje słuchacza optymistycznym "Jest jeszcze szansa, by to naprawić/I to będzie najlepsza historia w twoim życiu".

Być może to zapowiedź tego, że kolejne płyty, w które zaangażowany będzie Mariusz Duda nie będą już aż tak depresyjne? Cóż, pozostaje muzykowi życzyć jak najlepiej, a jednocześnie cieszyć się jedną z najbardziej satysfakcjonujących pozycji w - bogatej przecież - dyskografii artysty.

Lunatic Soul "Under the Fragmented Sky", Mystic Production

8/10

Dowiedz się więcej na temat: Lunatic Soul | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje