Recenzja Lorde "Melodrama": Nie wycięłabym ani jednego momentu

Ach, to uczucie, gdy wszystko jest piękne, możliwe, beztroskie, ten moment kojarzony z młodością, gdy wszystko było jeszcze do zdobycia, gdy wiele granic i przeszkód jeszcze nie istniało. Uczucie, które przychodzi do głowy podczas słuchania utworu "Homemade Dynamite" z płyty "Melodrama". To radosne oblicze to tylko jedno z wielu, które przybiera album, opowiada on nie tylko o beztrosce i sprawach młodości, jest też co nieco o błędach i konsekwencjach. Lorde dojrzała, a razem z nią i muzyka.

Okładka płyty Lorde "Melodrama"

Najpierw radość, po drodze pojawiają się różne silne emocje, a w finale niewesoła konstatacja ("Perfect Places"). Jak w melodramacie - także i tutaj akcja zmienia się dość dynamicznie, pojawia się wątek miłosny, sentymentalne frazy, wszystko to zaś jest mocno osobistym wyznaniem. Drugi album nowozelandzkiej artystki jest bardziej złożony niż poprzednik. Zderza się na nim wiele sprzeczności, zaś sama Lorde, co oczywiste, ma o wiele więcej do powiedzenia i robi to z o wiele większą odwagą; może także ponarzekać - na przykład w balladzie "Liability" zahacza o temat mroczniejszej strony popularności.

Reklama

Na "Melodrama" nie brakuje pomysłowych przebojowych kawałków - z singlem "Green Light" (ponad 76 mln odsłon) na czele, wspomnianym "Homemade Dynamite", "The Louvre" czy "Sober" zaraz za nim. Z kolei spokojniejszym "Writer In The Dark" artystka urzeka wysokimi partiami wokalnymi.

Lorde sprawiła sobie nie tylko godnego następcę "Pure Heroine", ale także jedną z najlepszych popowych płyt tego roku. Ale przecież to nie wyścig. "Melodrama" nie jest typową popową superprodukcją, w jej powstaniu nie brał udział sztab muzyków i songwriterów, muzyka została nagrana w domowym studiu Jacka Antonoffa, znanego z amerykańskiej formacji Bleachers, wraz z którym Lorde napisała większość piosenek. Do produkcji zaprosiła kilku gości, wśród nich znalazł się Jean-Benoît Dunckel z duetu Air (z tej współpracy powstał pędzący energetyczny "Supercut").

Przy całym natłoku oczekiwań, wymagań, może nawet presji i wpływów, które zapewne wisiały nad nią w przerwie pomiędzy kolejnymi premierami, Lorde udało się ochronić swoją naturalność. 20-letnia artystka nie sili się na udawanie starszej czy bardziej doświadczonej, niż jest, nie stara się także niepotrzebnie prowokować, nie przybiera żadnej nienaturalnej pozy. Oto mamy płytę, z której nie wycięłabym ani jednego momentu.

Lorde "Melodrama", Universal Music Polska

9/10

PS 1 lipca Lorde po raz pierwszy zaśpiewa w Polsce jako jedna z gwiazd Open'er Festival w Gdyni.

Dowiedz się więcej na temat: Lorde

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje