Recenzja Lo Moon "Lo Moon": Ta(l)k, ta(l)k!

Lo Moon nie ukrywa swoich inspiracji brytyjską grupą Talk Talk. Ale złośliwe nazywanie ich cover-bandem autorów "It's My Life" to spore nadużycie, wszak tegoroczni debiutanci łączą mnóstwo dość odległych od siebie klimatów.

Okładka debiutanckiej płyty Lo Moon

Pamiętacie może zespół Talk Talk? Grupa ta w latach 80. zaczynała jako jeden z zespołów powstających na fali popularności Duran Duran i chociaż w swoim new romanticowym brzmieniu wyróżniali się na tle pozostałych bandów, to dość szybko odwrócili się do tego brzmienia. Pierwszy krok wykonali przy "It's My Life" (pewnie kojarzycie tytułowy utwór chociażby w wersji No Doubt), ale dopiero wraz z "The Colour of Spring" - absolutnym popowym arcydziełem i największym sukcesem komercyjnym grupy - zrezygnowali zupełnie z syntezatorów definiujących brzmienie lat 80. na rzecz brzmień bardziej akustycznych.

Reklama

Rewolucja nastąpiła tak naprawdę w kolejnych latach: swoimi intymnymi, skromnymi w środkach i delikatnymi płytami "Spirit of Eden" oraz "Laughing Stock" zespół pod dowództwem Marka Hollisa zdefiniował nowy gatunek muzyczny, który dzisiaj znamy pod nazwą post-rock.

Ostatnim tchnieniem grupy był tak naprawdę solowy album Marka Hollisa z 1998 roku i w zasadzie od tamtej pory stylistyka ustanowiona przez Talk Talk na "Spirit of Eden" nie była w żaden sposób kontynuowana. A to dlatego, że lider zespołu postanowił niedługo po wydaniu własnego albumu zakończyć karierę muzyczną, aby skupić się na rodzinie.

O klimaty Hollisa zahaczały po drodze Anja Garbarek (której lider Talk Talk pomagał zresztą w napisaniu kilku kompozycji na płytę "Smiling and Waving") czy Kate Bush na albumie "50 Words for Snow". David Sylvian - znany dawniej jako lider Japan - niby wywodził się z podobnej ewolucji, ale jego "Blemish", będące wręcz kwintesencją dążenia do minimalizmu, czym cechowały się też ostatnie dzieła Marka Hollisa, ostatecznie zmierzało w o wiele bardziej awangardowe rejony.

A tu nagle mamy 2018 rok i wchodzi Lo Moon całe na biało. Nie da się ukryć, sieroty po dojrzałym okresie w twórczości Talk Talk powinny być usatysfakcjonowane, bo inspiracje brytyjską grupą są wyraźne aż do bólu. Już rozpoczynające płytę "This Is It" wchodzi przecież w te same obszary wrażliwości, które poruszane były na "Spirit of Eden" oraz "Laughing Stock". Na perkusjonalia wbijają wygrywane z wolna akordy fortepianowe, stowarzyszone z wyrazistym, melodyjnym basem, a całość wybrzmiewa bardzo przestrzennie. Przy czym sama kompozycja sprawia wrażenie tak wręcz ulotnej w swojej delikatnej naturze. Nie inaczej jest zresztą z "Loveless", któremu ze względu na mocniejszy nacisk na rytmikę zdecydowanie bliżej do ostatnich utworów z "The Colour of Spring".

Wrażenie bliskiego pokrewieństwa z Talk Talk potęguje śpiew Matta Lowella, który nawet nie ukrywa faktu, że Hollis jest jedną z jego największych inspiracji wokalnych. Słychać to momentalnie: to ten sam subtelny sposób prowadzenia głosu i traktowanie podkładu w taki sposób, aby nie zdominować go własną barwą, jednocześnie wypełniając utwór niespotykaną wręcz emocjonalnością. Ba, nawet sposób przeciągania fraz jest identyczny do lidera Talk Talk.

Ktoś napisałby złośliwie, że po co w ogóle słuchać czegoś, co brzmi jak cover-band brytyjskiej legendy, skoro można sobie posłuchać oryginałów? No właśnie - byłoby tak, gdyby nie pozostałe, rozszerzające formułę elementy. A tych jest całkiem sporo. W końcu oba wspomniane wcześniej utwory przecinane są średnio korespondującymi, acz przebojowymi refrenami w duchu stadionowego indie-rocka.

Do tego łatwo dostrzec w muzyce Lo Moon wiele innych, niesamowicie rozległych inspiracji. Bo czy to przestrzenne brzmienie gitar w połączeniu z matową perkusją w "Thorns" nie kojarzy wam się z debiutem The xx? "All In" nie przypomina wam czasów mniej podążającego za trendami Coldplay? I czy to przełamanie utworu partią saksofonu to z kolei nie pokłosia debiutu Bark Psychosis? A co z "Camouflage", które przecież jasno nawiązuje użytymi środkami do drugiej fali post-rocka?

Ciekawie robi się też przy "Wonderful Life", przy którym trudno nie oprzeć się wrażeniu, że ktoś tu bardzo lubił późne Roxy Music - to z czasów, kiedy nazywano ich protoplastami new romantic i w swojej wyrafinowanej wersji popu łączyli żywe instrumenty z typowymi dla epoki syntezatorami.

Z takimi inspiracjami doświadczeni muzycy mieliby problem z zepsuciem czegokolwiek z wyjątkiem obawy o spójność. O dziwo, nastroje przechodzą między sobą dość płynnie, a jednak od strony kompozycyjnej nie wszystko wyszło perfekcyjnie. "Real Love" brakuje wyrazistości i przy pozostałych numerach wypada jak wypełniacz nastawiony na bycie potencjalnym radiowym singlem. Trudno też bronić refrenu w "My Money", który odrywa się od reszty numeru jakby był pisany przez zupełnie inne osoby.

Nie zmienia to faktu, że Lo Moon spokojnie ląduje na półce najciekawszych zagranicznych debiutów tego roku. Liczę w przyszłości na mniej stadionowych zagrywek i powinno być wręcz doskonale.

Lo Moon "Lo Moon", Sony

8/10

Dowiedz się więcej na temat: Lo Moon | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje