Recenzja Laura Marling "Semper Femina": Piękna i dobra

Są tacy ludzie, którzy za co by się nie zabrali, to im wychodzi. Budzi to w nas uzasadnioną nienawiść. Laura Marling należy do takich ludzi.

Płyta "Semper Femina" Laury Marling daje nam kobiecą perspektywę na relacje

Wyliczmy sobie. Urodzona jako najmłodsza, a więc tradycyjnie najmocniej rozpieszczana, córka Sir Charlesa Somerseta Marlinga, piątego baroneta Marling, Laura dorastała w zbytku. Ojciec prowadził studio nagraniowe, więc nie dość że młoda artystka mogła sobie pozwolić na edukację muzyczną od najmłodszych lat, to jeszcze na co dzień widywała licznych bonzów muzycznej sceny Wielkiej Brytanii i mogła do woli zamęczać ich zabawą Lego. Kiedy już trochę podrosła, pierwsze sznyty wykonawcze odbierała w oryginalnym składzie grupy Noah and the Whale. Odeszła jednak z zespołu przed wydaniem debiutu, bo rozleciał się jej związek z ich wokalistą, Charliem Finkiem. Potem przyszła kariera solowa i nieustanne pasmo sukcesów z licznymi nominacjami do Brit Awards i nagród Mercury, z czego niektóre Laura wygrała.

Reklama

"Semper Femina" (wzięte z "Eneidy" Wergiliusza, "zawsze kobieta" - Marling wytatuowała sobie ten cytat na nodze sześć lat temu) to już szósty album w jej dorobku. Zgodnie z tytułem, płyta daje nam kobiecą perspektywę na relacje - tak romantyczne, jak przyjacielskie, ze szczególnym naciskiem na te, które już się rozpadły, albo są w rozpadania trakcie. Zaczynam od strony tekstowej, bo sposób śpiewania Marling mieści się gdzieś w rejonach Joan Baez, czy Boba Dylana, a więc jest momentami bardziej spoken word, niż tradycyjnym śpiewaniem, narracja ma u niej niebagatelne znaczenie.

To, co nam opowiada ujęte jest oczywiście w szlachetnej estetyce tradycyjnego folku jeszcze z lat 60., tylko momentami wychodząc w przyszłość (o ile rockowa ballada jest jakąkolwiek "przyszłością") za sprawą zfuzzowanej gitary. Jak i na poprzednich nagraniach, próżno tu szukać tupania nóżką i wygrażania pięścią, jak u PJ Harvey, czy sowizdrzalskiego spaceru na kwasie po lesie elfów, jak u Joanny Newsom. Jeśli jakaś predykacja do "Semper Feminy" pasuje idealnie, będzie to: "elegancka".

Tworzy to fajny rozdźwięk, bo wspomniane teksty są jakby przeciwieństwem wysublimowanych i delikatnych dźwięków: mocne, feministyczne, genderowe. Śmiało podejmują problematykę bycia kobietą i kobiecości w ogóle w XXI wieku. Choć może właśnie przemówił mój własny seksizm, który od przekazu mającego charakter deklaracji wymaga zdecydowania, prostolinijnej siły, jakiegoś mini-muzycznego-Manowara? Może silna kobieta w XXI wieku nie musi kopać po kostkach granatowymi glanami? Może nie musi być najgłośniejszą i najbardziej napraną osobą na imprezie?

Może siłą kobiety we współczesny świecie jest świadomość siebie i swojej własnej odrębności w nadal przecież mocno patriarchalnej kulturze Zachodu? Może, trawestując klasyka, świadomość określa byt i im bardziej świadoma właśnie jest w takim otoczeniu kobieta, tym łatwiej jej uzyskiwać podmiotowość? Widzicie? Całkiem poważna społeczno-genderowa rozkminka dwa dni po święcie kobiet. A to wszystko z banalnego niby powodu, jakim jest dziewięć znakomicie napisanych i podanych w zróżnicowanych stylistykach folkowych kawałków. A Wergiliusz siedzi sobie na jakimś zydelku, patrzy na fale Morza Śródziemnego, rzuca w wodę kamienie, słucha nowej płyty Laury Marling i powtarza pod nosem "agathos kai sophos" [piękny i dobry]...

Laura Marling "Semper Femina", Mystic

7/10

Dowiedz się więcej na temat: Laura Marling | recenzja

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje