Recenzja Kesha "Rainbow": Od Donalda Trumpa do country

Zaczęło się chyba od paskudnej wypowiedzi Donalda Trumpa, że "jeśli jesteś gwiazdą, kobiety pozwolą ci na wszystko. Złap je za...." - pełnego cytatu nie wypada i nie warto przytaczać. W odpowiedzi, Kesha śpiewa "Jestem cholernym pociskiem!". A może zaczęło się od przyjaciela, który przeszedł przez piekło w dzieciństwie. Kesha radzi mu "Odpuść...". Może też zaczęło się jednak od osobistych tragedii, szpitala i odwyku, ciągnącej się latami batalii sądowej. Nic dziwnego, że pierwszymi słowami Keshy przed wydaniem płyty "Rainbow" było "Mam nadzieję, że się modlisz. Mam nadzieję, że twoja dusza się zmienia. Mam nadzieję, że znajdziesz spokój...".

Kesha na okładce płyty "Rainbow"

Trzeci studyjny album młodej amerykańskiej piosenkarki Keshy wpisuje się w “trend szczerości", jaki ostatnio zauważam. Od bluesowej Alicii Keys, przez country Lady Gagę i soulową Beyonce - przez Amerykę przetacza się fala buntu i sprzeciwu silnych kobiecych osobowości światka muzycznego. Ikony pop kultury zrzucają maski i pokazują prawdziwe oblicze - dosłownie i muzycznie.

Reklama

Chociaż dorobek Keshy ciężko porównywać z tymi wcześniej wspomnianych artystek, trudno wokalistce odmówić szczerości najnowszej płyty. Kesha oficjalnie przyznała, że "Rainbow" to zlepek jej inspiracji. I faktycznie w swoich najnowszych kompozycjach nie stroni od stylistyki Iggy Popa, The Beatles czy... Dolly Parton. Wpływy country są chyba najlepiej słyszalne i wręcz dominują nawet sam głos wokalistki.

Chociaż Kesha sama się do tego nie przyznała, ja na jej najnowszej płycie słyszę też odwołania do zbuntowanego teen-popu lat 90., pokroju Avrile Lavigne. Żaden to wstyd - po wybuchu kariery zaledwie kilka lat temu, Kesha wplątała się w serię niefortunnych zdarzeń i problemów, które - jakby nie było - mocno tąpnęły jej życiem. Ma więc dziewczyna pełne prawo do buntu i kopania na oślep chociażby takimi energetycznymi kawałkami, jak "Boots" czy "Let 'Em Talk".

Chciałoby się za naiwność niektórych piosenek Keshę wyśmiać. To jednak trudne, gdy zaraz po "Learn To Let Go", wyrwanym niemal pazurami z młodzieżowej stylistyki "High School Musical", Kesha pojawia się z cudnie pokomplikowaną harmonią "Finding You" i zachwycającym falsetem podbitym niespokojnymi bębnami. Albo gdy po “Rainbow" o disneyowskiej emocjonalności następuję przepiękna ballada country "Old Flames". Tu zresztą Kesha śpiewa w duecie z samą Dolly Parton i trzeba przyznać, że głosy pań przenoszą nas w świat kowbojskiego festynu, a prostota amerykańskiego folku sprytnie oparta została na rockowym beacie.

Nawet zresztą wspomniane "Rainbow" trudno odrzucić - może i przyznamy głośno, że słodzi tęczowym tekstem, a wprowadzenie pełnej orkiestry przy kolejnym refrenie, to tylko granie na emocjach i szafowanie patosem... W cichości ducha jednak, nasze wewnętrzne dziecko, które płakało na setnym seansie “Króla Lwa" poczuje ulgę i zachwyci się nad piosenką, którą Kesha napisała z własną mamą - Pebe Sebert.

Trzeci album Keshy to zatem trochę misz-masz wpływów i jeszcze nastoletnich fascynacji Keshy - jako jej rówieśniczka, wiem o czym mówię - ale też kawał porządnej produkcji i odwołania do najstarszych, najbardziej ugruntowanych w Ameryce gatunków. Poza wszechobecnym na "Rainbow" country, Kesha popisuje się też umiejętnością wyczucia retro-popu (genialnie energetyczne "Boogie Feet", w którym Kesha czuje się niezwykle swobodnie i z czystą przyjemnością odkrywa w swoim głosie nowe brzmienia i możliwości), power-popu (wspomniane wcześniej porywające "Boots") czy soulu (singlowe "Praying"). I jak kameleon - świetnie dopasowuje się do każdej stylistyki, zabarwiając ją swoim mocnym odważnym wokalem.

"Rainbow" nie ma zadatków na album ponadczasowy, to nie płyta, która zapisuje się złotymi zgłoskami w historii muzyki. Ale to niewątpliwie ważna płyta dla Keshy i młodych kobiet nie tylko w Ameryce.

Recenzentka z Metro.co.uk, Katie Ballie już miesiąc temu okrzyknęła "Rainbow" albumem feministycznym - czy taki był zamiar Keshy? Ciężko powiedzieć. Myślę, że Kesha po prostu powiedziała co myśli o roli kobiety w świecie, o swojej roli we własnym życiu, o tym jak polityka wpływa na postrzeganie kobiet. Może to feminizm, a może - własne zdanie. Dobrze, że Kesha nie boi się go powiedzieć głośno, tak jak i nie boi się oprzeć swojej muzyki na country. Wychodzi więc na to, że Kesha po prostu wraca do korzeni. I do siebie.

Kesha "Rainbow", Sony Music

7/10

Dowiedz się więcej na temat: Ke$ha | recenzja

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje