Recenzja Hollie Stephenson "Hollie Stephenson": Młode retro

"Wschodząca gwiazda muzyki soul", "objawienie r'n'b", "świeża krew w muzyce retro" - takie określenia sypią się od kilku lat na głowę Hollie Stephenson, odkrycie i protegowaną Dave'a Stewarta. Płytowy debiut Hollie nie jest zaskoczeniem dla tych, którzy śledzą rozwój scen muzyczny r'n'b i soulu - o młodziutkiej "nowej Amy" mówiło się od dawna. Obecne gwiazdy tych gatunków powinny mieć się na baczności.

Hollie Stephenson na okładce swojego debiutu

W ostatnich latach retro soul i r'n'b były szczególnie lubiane przez międzynarodowe gwiazdy. Z list przebojów nie schodzi Adele, Emeli Sandé rozbiła bank swoją solową płytą i nagrywając z Rudimentalem, wielkim odkryciem okazała się Caro Emerald, ze swoją aparycją i figurą wokalistki lat 50. Jednak zarówno Emeli jak i Caro ociągały się z nowymi materiałami, zwodząc nas z miesiąca na miesiąc.

Reklama

Natomiast 19-letnia Hollie Stephenson swoim debiutem przypomniała starszym koleżankom, że w tym przemyśle nie można czekać zbyt długo na wenę i odpowiednie tematy do piosenek. Jej płyta może skutecznie wypełnić wakacyjną pustkę w muzyce retro. Na albumie "Hollie Stephenson" artystka zawarła wszystko, czego miłośnicy soulowych i bluesowych klimatów potrzebują. Łącznie z reggae'owym luzem na "Hard Way", którego brzmienie jest zapewne wynikiem dłuższego czasu spędzonego w studio Davida Stewarta na Jamajce.

Debiutancka płyta panny Stephenson nie jest na pewno świeża ani nowatorska - co nie jest w tym wypadku zarzutem. Wbrew temu, co twierdzą niektórzy amerykańscy krytycy, na albumie nie znajdziemy nowych rozwiązań i nietypowego podejścia do starych gatunków. Hollie Stephenson z muzykami zebranymi dla niej przez Stewarta, nagrała płytę dosadnie klasyczną. Nie powstydziłaby jej się nawet Janis Joplin, a gdyby przenieść się w czasie i materiał zrzucić komuś na gramofon w latach 70. - nie zauważyłby niczego nietypowego.

Hollie pomimo młodego wieku, śpiewa jak dojrzała doświadczona życiem i koncertami wokalistka. Nie bez powodu porównuje się ją do Amy Winehouse - w jej głosie usłyszymy tę samą chrypę, ten sam luz i to samo lekkie, ale zarazem bardzo profesjonalne podejście do wyśpiewywanych melodii. Czuć też w głosie Stephenson zespolenie z materiałem, którego większość stworzyła sama lub z niewielką pomocą swego mentora. Wyczuć też można doskonałą znajomość i zrozumienie Hollie dla charakteru muzyki retro soul - dlatego właśnie w równym biciu gitar, wstawkach blachy, czy lekkiej perkusji nie wyczujemy fałszu. To muzyka stworzona na wierny obraz i podobieństwo takich przebojów, jak "The Locomotion" Ebony.

Chociaż Hollie Stephenson, jeszcze muzycznie nie opierzoną ale na pewno obiecującą artystkę, już obarczono mianem następczyni Amy Winehouse, do tego muzycznego wzorca na pewno jeszcze dużo jej brakuje. Muzyka Hollie jest urocza i bezpieczna, ładna i przyjemna. Słychać w niej ostrożność i... pokorę. Być może Stewart czuwa nad swoją nastoletnią podopieczną, aby zbyt szybko nie wpadła w artystyczny samozachwyt. "Hollie Stephenson" to świetny debiut, początek muzycznej drogi. Kiedy już Hollie ośpiewa się w pisanych przez siebie z taką lekkością i wprawą soulowych standardach, kiedy nabędzie obycia w muzycznym świecie, na pewno znajdzie dla siebie gatunkową niszę. Potencjał i talent już ma.

Hollie Stephenson "Hollie Stephenson", Fonografika

6/10

Płytę możecie kupić TUTAJ!

Dowiedz się więcej na temat: Hollie Stephenson | recenzja

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje