Recenzja Frosti Rege "Young Midas": Rewiry odkryte na nowo

Podwórkowa płyta "jak kiedyś" zrobiona za pomocą całego arsenału obowiązujących w hip hopie metod. Za to wziął się debiutant Frosti Rege i wrócił z tarczą.

Okładka płyty Frosti Rege "Young Midas"

Szczerze mówiąc przed singlową "Pumą" 21-letni Frosti Rege był dla mnie tajemnicą. Ale, że potrafił wjechać w tym numerze na wszechobecny ostatnio afrotrap z charyzmą i nie brzmiąc jak kalka piętnastu innych typów, zaś tak zasłużona wytwórnia jak Prosto dała mu kredyt zaufania, wziąłem się za debiutancki album. W końcu wstyd nie monitorować młodych na scenie w swoim mieście. I to była dobra decyzja. 

Reklama

Już po wysłuchaniu uświadomiono mi, że Frosti sobie na płytę zapracował, że jest to człowiek, który poradzi sobie w wolnostylowej improwizacji, nie przerazi się, gdy do ręki trzeba będzie wziąć instrument i nie odbije mu woda sodowa, bo dojście do miejsca, w którym jest, wymagało od niego wielu kombinacji i determinacji. Co ciekawe, to wszystko na dobrą sprawę można z "Young Midasa" wywnioskować.

Jest tu dosłownie wszystko co tak burzy tych bardziej konserwatywnych słuchaczy - bez umiaru stosowany autotune, słodkie trapowe bity, popowa melodyjność, szybka, niechlujna artykulacyjnie nawijka w kontrze do śpiewanych partii. Tylko, że Frosti się z autotunem nie chowa, to nie jest fasada mająca zamaskować fakt, że nie umie pociągnąć wokalnie refrenu i tak naprawdę nie ma nic do powiedzenia. Koronnym dowodem niech będzie "Heroina", gdzie efekt wykorzystany jest świadomie, ma pełne kompozycyjne uzasadnienie, buduje odpowiednio mroczny klimat. Mówiłem, że niewiele razy komuś "polski Future" wychodził tak dobrze. I podtrzymuję. Z kolei wolna, balladowa "Chmura" to już polski Yung Lean. Też fajnie. Zresztą album od początku przynosi niełatwe do wykonania linie melodyczne, na których o wiele bardziej doświadczonemu nawijaczowi łatwo by się było wywalić. Chłopak daje radę - brzmi jakby miał nieco soundsystemowego obycia, ewentualne niedostatki tuszuje brawurą. 

Cukierkowość produkcji wiąże się z jej lekkością, melodie są w porządku i chwytają, muzykalność gospodarza przydała się przy wyborze bitów, bo to nie tylko ksywki, które warto mieć na płycie (2K, Eigus, ka-meal, Geezy Beats, Sim Costa, Olek, VBS i inni), ale też skuteczne, idealnie spełniające swoje zadanie produkcje. Podmamrotane w tempo linijki (patrz "Maryśka" czy "Jak Zawsze") albo rozchybotany, szarpany wokal (patrz "Zoo")  przystają do cwaniackiej, osiedlowej gadki chłopaka, który ogarnia rewir. Tak jak nieprzyjemnie kąśliwa obserwacja w "Vixapolu" przystaje do wiksiarskiego - nomen omen - bitu. Ta płyta przeważnie się zgadza, jest krążkiem zaskakująco przemyślanych wyborów i adekwatnych środków. Widać to nawet po gościach - Szpaku, Malik Montana i Kaz Bałagane są właśnie w tych utworach i w tych tematach, w których radzą sobie najlepiej, odpowiednio odnaleźli się w rolach.

Najmilszą niespodzianką jest to, że Frosti radzi sobie z narracją. To nie jest oczywiste. Na zupełnej pustocie numerów, które rzadko kiedy były w stanie wyjść poza nieprzystające do polskiej rzeczywistości kalki, poległ na debiucie Bedoes. "Young Midas" to naprawdę ciekawy przekrój przez osiedlowy mikroświat. Na przykład "Małolacik" świetnie sprawdza się jako mefedronowa opera mydlana. W "Ziomalu" przejście od barwnej i autentycznej scenki, takiej wyraźnie z życia, do wniosków o charakterze ogólnym i młodzieńczych marzeń wychodzi bardzo naturalnie. "Sram na gości z d*py, którzy nawijają o ulicach / Dalej słuchaj se lovesongów przyrządzonych przez prawiczka" - drwi raper w "Bólu". Parę kawałków dalej dorzuca, że jest z miasta, gdzie jak nie masz uczuć, możesz robić swoje, ale w tej samej piosence rozczulająco mówi o swojej dziewczynie per "kurczaczek". Takie detale robią robotę, bo czuć człowieka z krwi i kości, a nie generator rapowych mądrości. W "Sram na świat" płynie dość swobodnie, by ten chillout na trapach zagrał , umiejętnie rozwiązuje refren. Budzi trochę szacunku i jeszcze więcej sympatii. 

Paru rzeczy Frosti nie powinien robić. Na przykład pakować się w konflikt SB Maffija - TPS z niewystarczająco dobrym numerem. Albo pakować na album numery tak beznadziejne jak "Do d*py", w którym ogarnięty gość z prawej strony Wisły wychodzi raczej na buraka, z którego mamie trudno byłoby być dumnym. "Young Midas" jest za długi, czasem przeszarżowany, ale i tak Prosto miało nosa. Od Guziora trudno o lepszą, absolutnie zgodną z trendami płytę w młodym polskim rapie.

Frosti Rege "Young Midas", Prosto

7/10

Dowiedz się więcej na temat: Frosti Rege

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje